http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gilliam: Moja kariera to ciągłe pomyłki

Rozmawiał Paweł T. Felis
2009-11-30, ostatnia aktualizacja 2009-11-29 17:30

Gościem specjalnym trwającego w Łodzi festiwalu Plus Camerimage jest jeden z współtwórców słynnego Monty Pythona Terry Gilliam

SERWISY
Filmy
W konkursie głównym jego najnowszy film "Parnassus" z ostatnią rolą Heatha Ledgera - szalona, jakby celowo chaotyczna opowieść o tytułowym doktorze, który jeździ po realistyczno-bajkowym świecie ze swoim "Imaginarium", staroświeckimi przedstawieniami zapomnianego iluzjonisty. Parnassus żyje z "darem" i "przekleństwem", które zawdzięcza samemu diabłu - swoją tajemnicę ma również przypadkiem uratowany i przygarnięty przez trupę Tony (Heath Ledger), który w pewnych sytuacjach przybiera postać Johnny'ego Deppa, Jude'a Lawa i Colina Farrella. W tej specyficznej antybajce Parnassus i diabeł to dwóch zmęczonych demiurgów, którzy - nawet jeśliby potrafili - nie chcą świata poprawiać. Za to przekornie wymieniają się rolami: szlachetny iluzjonista chce dobrze, ale sprowadza na siebie i innych nieszczęścia, podczas gdy diabeł, "wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni".



Paweł T. Felis: Mówi się o panu jako o współczesnym Don Kichocie, inni nazywają pana filmowym Piotrusiem Panem. Bardzo nie lubi pan tego świata, który istnieje wokół?

Terry Gilliam, gość specjalny festiwalu Plus Camerimage: Nie miałem czasu na długie spacery po Łodzi, ale niech pan spojrzy za okno. Wszędzie stoją kominy, jakby pilnowały porządku. Kamienice sprawiają wrażenie, jakby miały się za chwilę rozsypać. A tam widać łódzką telewizję, chyba najbrzydszy budynek, jaki kiedykolwiek widziałem.

Oczywiście od dorosłych wymaga się, żeby widzieli świat taki, jaki jest. Nie wiem, czy jestem Piotrusiem Panem, ale ciągle próbuję patrzeć na świat jak dziecko. Żeby się zachwycić, a czasem przerazić, żeby nie dać się zmiażdżyć zdrowemu rozsądkowi.

Ale to spojrzenie dziecka - jak bohaterki "Tideland", która wymyśla sobie własną wersję rzeczywistości - bywa też okrutne: w jej świecie zakładane na palce lalki mogą być złośliwe, na każdym kroku czai się zło.

- Często kojarzymy dziecięcą wyobraźnię z kiczem, ale przecież to właśnie w dzieciństwie mamy najbardziej przerażające koszmary, mnóstwa rzeczy się boimy. Fascynujące w tej perspektywie jest jednak to, że świat widziany przez dziecko ciągle żyje, zmienia się, tworzy na gorąco.

Robi pan filmy, żeby uciec od rzeczywistości?

- Po prostu chcę wymyślić świat na nowo. Stworzyć go po swojemu, bo w tym, w którym żyjemy, czuję się dość kiepsko. Ale to zawsze trwa chwilę, po czym musisz wrócić na ziemię. Za każdym razem naiwnie wierzę, że tym razem to "coś" już uchwyciłem, że już wiem, już znalazłem klucz. Ale gdy kończę zdjęcia i oglądam film, zawsze mam wrażenie, że to znowu nie to. I zaczynam raz jeszcze. Cała moja kariera to nic innego, jak nieustanne nietrafianie w punkt, ciągłe pomyłki. Tak, właściwie robię filmy, żeby po raz kolejny - na własną odpowiedzialność - się pomylić.

Kiedy ogląda się dokument "Lost In La Mancha" o niedokończonej, przerwanej realizacji pana wersji "Don Kichota", widać jak na dłoni brutalny paradoks: specjalista od światów wyobrażonych musi na każdym kroku borykać się z tym, co przyziemne.

- Może dla zdrowia psychicznego to potrzebne? Zresztą we wszystkich moich filmach wyobraźnia walczy z rzeczywistością. Być może dlatego nie lubię filmów fantastycznych, które są niczym innym jak ucieczką w świat, gdzie obowiązują zupełnie inne reguły. A ja nie chcę opowiadać bajek - najbardziej fascynująca jest zależność między rzeczywistością a wyobraźnią, ten ciągły boks, z którego rodzą się rzeczy niezwykłe albo siniaki.

Salman Rushdie w swoim eseju o pana filmie "Brazil" pisał, że stawia pan w nim zasadnicze pytania: Jaka jest zależność między światem realnym i wyobrażonym? Jak dostać się z jednego do drugiego? Jak odnaleźć drogę do Wonderland? Co by pan na takie pytania odpowiedział?

- Że najważniejsze to znaleźć przestrzeń. Dzisiejszy świat to wieczny hałas, gwar, bałagan. A ja od tego uciekam. Kilka lat temu byłem szefem jury podczas Nokia Film Festival - Nokia wypuściła wtedy właśnie nowy typ aparatu z fantastyczną kamerą cyfrową. Ale mój problem polega na tym, że nie znoszę telefonów komórkowych. Po co mamy telefony? Żeby ciągle się z kimś porozumieć, ciągle się z kimś łączyć, coś załatwiać, coś mówić, zagłuszać ciszę. I nie być samemu. Ale tylko wtedy, gdy pozwalasz sobie na samotność, możesz zastanowić się, kim jesteś. I musisz uruchomić wyobraźnię. Do tej zabawy, do tej gry próbuję zaprosić swoich widzów.

O swoim nowym, pokazywanym podczas Camerimage filmie "Parnassus" powiedział pan, że to prawdopodobnie autobiografia, ale nie jest pan pewien, czy na pewno pana.

- W każdym swoim filmie znajduję postać, z którą mogę się utożsamiać. Tym razem najbliżej mi oczywiście do Parnassusa

Bo daje ludziom szansę, żeby weszli do świata swoich snów?

- Bo jest magikiem, sztukmistrzem, który przygotowuje te swoje przedstawienia, jeździ z nimi po świecie, ale na nikim nie robią one wrażenia (śmiech). Ale równie dobrze mogę być diabłem, z którym Parnassus zawiera swój pakt: obaj przecież kłamią, a ja nic innego w swoich filmach nie robię!

"Parnassus" nie miałby sensu, gdyby chodziło tylko o historię iluzjonisty, który spełnia ludzkie marzenia. Potrzebny był mi diabeł, potrzebne było mi zło. I od razu przyszedł mi do głowy Tom Waits, bo jego muzyka - piękna, sentymentalna, słodka - jest totalnym zaprzeczeniem tej postaci. A ja potrzebuję kontrastów, sprzeczności. Próbuję coś opowiedzieć i jednocześnie to podważyć. Odkąd pamiętam, bałem się odpowiedzi - zawsze wolałem pytania.

Jak w przypadku przerwanego z powodu choroby Jeana Rocheforta "Don Kichota", jak w przypadku "Doktora Mauchansena" i tym razem wydawało się, że film skończy się fiaskiem: w trakcie zdjęć zmarł Heath Ledger. W napisach końcowych tłumaczy pan jednak, że to "film Heatha Ledgera i jego przyjaciół". W jakim sensie?

- Heath był aktorem niezwykłym, piekielnie zdolnym. Kiedy nagle, w tak tragiczny sposób, zmarł, byliśmy załamani. Ale okazało się, że w pewnym sensie on właśnie - z innego wymiaru - zaczął nam w tym filmie pomagać. Przez swoją uporczywą nieobecność wymusił zmiany w scenariuszu, choćby tę najważniejszą: gdy bohaterowie wchodzą w kreowany przez Parnassusa świat za lustrem, zmieniają swoje twarze. Śmierć Heatha dała całej ekipie mnóstwo energii, zmobilizowała wszystkich: wiedzieliśmy, że właśnie dlatego, że go nie ma, nie możemy tego filmu nie skończyć.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 11 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    24 głosy