http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Kultura >  Kultura

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum Gazeta Wyborcza - Kultura RSS

Terror niewinności

Tadeusz Sobolewski
2009-11-19, ostatnia aktualizacja 2009-11-18 18:35

Od piątku w kinach jeden z najważniejszych filmów roku - "Biała wstążka". Jego autor Michael Haneke w małym złu każe zobaczyć wielką grozę

Niemiecka wieś tuż przed wybuchem Wielkiej Wojny. Mała protestancka społeczność, którą poznajemy od podszewki, wnikając w domowe sekrety barona, zarządcy majątku, pastora, lekarza, chłopa. Ten mikroświat został odtworzony surowo i pedantycznie, na stalowoszarej fotografii, bez upiększającej stylizacji, w słabym świetle naftowych lamp. Wydaje się, że nawet słońce świeci tu blado. Kiedy patrzymy na szereg kosiarzy na dworskim polu, na lud zebrany w kościele, na dzieci śpiewające chorał, mamy wrażenie pustki, jakby coś zostało zabite, jakby ten świat miał się za chwilę rozpaść.

Poczucie to wynika nie tyle z powodu wydarzeń, o których wiemy, że nastąpią - jest lato 1914 roku i lada moment nadejdzie wieść o zabiciu arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie - ale z powodu tego wszystkiego, co już się stało, o czym dowiedzieliśmy się ze skrupulatnej relacji miejscowego nauczyciela, świadka wydarzeń, które poruszyły społeczność wsi. Ktoś zastawiał pułapki, ktoś maltretował dzieci. A poza tym, jak zwykle, ludzie rodzili się, przystępowali do konfirmacji, kochali, żenili się, zdradzali, rozchodzili, umierali. "Winni są wśród nas" - zwraca się do ludzi w kościele baron, którego synka torturowali nieznani sprawcy. Ludzie milczą.

W poprzednich filmach Hanekego często obserwowaliśmy rzeczywistość od zewnątrz, poddaną jakiemuś arbitralnemu eksperymentowi, jak w "Funny Games" czy w "Ukrytym", gdzie nie było wiadomo, kto podsyłał bohaterowi kasety, które obudziły jego dawno wyparte wspomnienia z dzieciństwa. W "Białej wstążce" nie ma żadnej interwencji z zewnątrz - oglądamy świat pełny, samoistny. Kino Hanekego, mające często charakter prowokacji eksperymentu, nabiera tu oddechu wielkości. Film, splatając po mistrzowsku wiele wątków, pełen zagadkowych niedopowiedzeń, jest wygrany na jednej napiętej strunie. Reżyser nie pretenduje do tego, by stać się wszechwiedzącym bogiem tej opowieści - umieszcza siebie w obrazie. W poprzednich filmach bywał prowokatorem zdarzeń - teraz staje się częścią przedstawionego świata. Czy to nie on wciela się w postać pedantycznego nauczyciela, który opowiada o zdarzeniach we wsi?

Widzimy wprawdzie trochę więcej, niż mógł widzieć nauczyciel, choć i on nie wie wszystkiego. Jego prywatne śledztwo zostaje przerwane. Może pastor, do którego przyszedł ze swym okropnym podejrzeniem, spowodował wydalenie nauczyciela z miasteczka? Wymusił na nim milczenie? Zresztą, wkrótce wybuchnie wojna, która przerwie ciąg wydarzeń. Ale wszelkie nieprawości i okrucieństwa, jakie miały przyjść wraz z XX wiekiem, zostały tu na naszych oczach wypróbowane. Jak w hitleryzmie, ofiarą pada niepełnosprawny. Jak w komunizmie - prześladowani będą "posiadacze".

Kto winien? Krąg podejrzanych jest duży i motywy bywają różne. Znamy tylko poszlaki, ale one wystarczą uważnemu widzowi, żeby z dużym prawdopodobieństwem mógł wskazać sprawców, dopełnić urwane wątki. Ale rozwiązanie precyzyjnie skonstruowanej zagadki kryminalnej nie wyczerpuje znaczenia tego filmu. "Biała wstążka" jest kryminałem w tym sensie, w jakim są nim powieści Dostojewskiego.

Iwan Karamazow, uświadamiając sobie ogrom ludzkich zbrodni, a zwłaszcza torturowanie dzieci, "zwracał Bogu bilet wejściowy" i mówił, że "świata Bożego nie akceptuje". Tu - gorzej: dzieci są nie tylko ofiarami zła.

"Biała wstążka" odsłania tajemniczy, perwersyjny związek między winą i karą. Kara mająca w zamierzeniu sprowadzić dziecko do "stanu niewinności" wywołuje skutek odwrotny, wzmaga zło. Nie tylko nie ma powrotu do niewinności, cokolwiek by to miało znaczyć, ale następuje jakby zarażenie przemocą. Pedagogika pastora, jego dialektyka niewinności, upadku, kary i ponownego oczyszczenia, ponosi totalną klęskę. Tworzy obraz okrutnego Boga, który z kolei odbiera wiarę w człowieka i skazuje go na upadek. Trudno o większą demoralizację.

"Dałem Bogu okazję, żeby mnie zabił" - powie karany synek pastora, idąc po poręczy mostu, ryzykując upadek. Ojciec, podejrzewając u niego skłonność do onanizmu, zmusza go do przyznania się i każe w nocy unieruchamiać chłopca sznurem. Ta kara, jak wszelkie aberracje, których jesteśmy świadkami, odbywa się przy pełnej zgodzie otoczenia i samej ofiary, niejako w ramach rodzinnej miłości.

Córka pastora, której grozi niedopuszczenie do konfirmacji, przerwie tę bierność okrutnym aktem - tak właśnie wygląda zarażenie złem. Bez odkupienia.

W niejednym momencie "Białej wstążki" przypomina się kwestia Aloszy Karamazowa ze słynnej sceny rozmowy z bratem Iwanem o "zwrocie biletu": "jest taka istota, która może wszystko przebaczyć, wszystkim wszystko..." - mówi Alosza. Tu nie przebacza nikt. Ale rzecz dziwna: przyglądamy się rozpętaniu zła z jakimś szczególnym spokojem, bez buntu Iwana Karamazowa i bez żarliwej wiary Aloszy. Reżyser, zachowując pełną bezstronność, nie ulegając żadnej światopoglądowej pułapce, nie stosując ani intelektualnego czy emocjonalnego szantażu, ani nacisku, usiłuje wydobyć z nas, widzów, łut jakiejś wiary i wywołuje poczucie głębokiego opuszczenia. Ukazując zło, tworzy pole do wypełnienia czymś dobrym. Przewrotny film, którego tajemniczość sugeruje już podtytuł, pisanym nieczytelną staroświecką kaligrafią. Nikt nie zapytał Hanekego, co znaczą te słowa, choć przecież nie dałby żadnej odpowiedzi.

Hanekemu w tym filmie - i w całej jego wybitnej twórczości, której kształt dopiero się przed nami wyłania - udało się przedstawić jak na ożywionym modelu, XX-wieczny kryzys świadomości, nieuchronny kres opartego na posłuszeństwie patriarchalnego społeczeństwa, stopniowy upadek autorytetu Ojca, Dworu, Kościoła. To, co nadciąga, będzie gorsze.

Straszny jest dla bohaterów "Białej wstążki" wybór między obrazem Boga bezwzględnego, mściwego jak pastor, a jego brakiem. Ten światopoglądowy dramat można dostrzec w miniaturze, w - wydawałoby się - pobocznym wątku synka lekarza. W jednej z najbardziej przejmujących scen filmu, chłopiec, siedząc nad talerzem zupy, dowiaduje się od swojej starszej siostry, że "wszyscy muszą umrzeć", nawet rodzice, nawet on sam. W odpowiedzi dziecko zrzuca ze stołu talerz. Gdy jego ojciec ulegnie wypadkowi (jest to jedna z tajemniczych katastrof we wsi), chłopiec wyjdzie z domu go szukać. Ale gdy ojciec wróci, synek zamknie się przed nim w komórce. "Dobrze, więc i ja ciebie nie chcę" - usłyszy od ojca.

Mówi się, że "Biała wstążka" to film o korzeniach faszyzmu. Tak zapewne jest, ale patrząc wyłącznie z tej perspektywy, neutralizujemy sens tego wielkiego filmu, odsyłamy go do historii, mówimy: to oni. Ten film dotyczy nadciągającego faszyzmu (ale też komunizmu czy terroryzmu) w takiej samej mierze, w jakiej inny film Hanekego, "Ukryte", dotyczył wojny algierskiej. Ale i tu, i tam chodzi o człowieka, o narodziny zła między ludźmi - nie tylko zła "faszystowskiego", ale tego, które przejawia się wokół nas, o którym raz po raz słyszymy w newsach - o zbiorowym znęcaniu się w szkole, o molestowaniu w rodzinie.

Może jest tak, że w dziejach cywilizacji raz wypróbowane zło nie mija bez śladu, ale pozostaje w ludziach? Jego przyczyn nie umiemy pojąć. Łańcuch podejrzeń uruchomionych w "Białej wstążce", nawet jeżeli określimy bezpośrednich sprawców, nie ma końca. Podobnie jak w "Ukrytym", sam lęk, samo wyparcie staje się kolejnym złem dodawanym do dawnego zła. Może nie warto dociekać przyczyn, tylko działać z miłością? Ale czym ona jest?

U pastora z "Białej wstążki" miłość wyraża się w wymierzanej karze, która - jak twierdzi - jest dla niego samego boleśniejsza niż dla bitych dzieci. Pastor jest uwikłany w swoją perwersyjną, pesymistyczną wiarę, w dążenie do nieosiągalnego, utopijnego ideału niewinności, który symbolizuje biała wstążka zakładana na ramię dziecka po wymierzeniu kary. Ten nieszczęśnik przypomina biskupa z "Fanny i Aleksandra" Bergmana.

W jednej z pierwszych scen filmu dzieci spóźniły się na kolację, włócząc się gromadą po wsi (pod koniec filmu wyjaśni się, dlaczego to robiły). Dostaną za to baty, ale wpierw muszą wysłuchać kazania, w którym ojciec wchodzi w rolę surowego Pana Boga: "Jeżeli mamy żyć we wzajemnym poważaniu, musimy być oczyszczeni przez karę". To z tamtej, patriarchalnej epoki, w której dzieje się "Biała wstążka", pochodzi żartobliwe powiedzenie: "Rózeczką Duch Święty dziateczki bić radzi". Tak też dzieje się w domu pastora. Odgłosy kary słyszymy zza zamkniętych drzwi, razem z chłopcem, który czeka na swoją kolej i zgodnie z rytuałem sam podaje ojcu narzędzie kaźni. Haneke przerzuca pomost między tą domową sceną a okrucieństwem epoki; w małym złu każe zobaczyć wielką grozę.

Tajemnica tego filmu polega na tym, że mimo całego natężenia zła nie bije z niego mizantropia. Ten łańcuch podejrzeń w ostatecznym rachunku prowadzi w stronę współczucia. Nie wiemy, na ile zło, które się dzieje we wsi, ma źródła organiczne. Ale widzimy cierpienie, bezradność, zniewolenie ludzi uwikłanych we wzajemne, często sadomasochistyczne związki, jak w przypadku perwersyjnego lekarza i jego gospodyni (poniżający potok wyzwisk, jaki mężczyzna wyrzuca w jej stronę po nieudanym stosunku, jest jednym z najdotkliwszych momentów filmu). Lecz równocześnie w okowach tradycji, rytuałów i przesądów, wśród usankcjonowanej przemocy i twardości norm przypominającej wręcz kraje islamskie można działać w sposób wolny, respektując drugiego człowieka. "Biała wstążka" nie jest tylko historią zła - to zarazem historia miłości kryjąca pytanie: czym ona jest?



Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

3.9

25 głosów

W środę z ''Gazetą''
* Gazeta Dom
* Zdrowa środa: Urazy ortopedyczne