Dorota Jarecka: Po trzech latach pracy na stanowisku kierownika działu sztuki współczesnej został pan kilka tygodni temu wyrzucony z Muzeum w Koszalinie. Dyrektor zarzuca panu niesubordynację. Pod listami w pana obronie podpisało się kilkaset osób z całej Polski. Co się naprawdę stało?
Ryszard Ziarkiewicz: Nie poszło o nieumiejętność współpracy. Dyrektor Jerzy Kalicki uznał, że ja się za bardzo „panoszyłem” ze sztuką współczesną. Konflikt tlił się od początku i odnawiał za każdym razem, kiedy chciałem coś zrobić dla naszego działu, np. kupić coś do zbiorów. Od roku dyrektor blokował nasze wystawy. Niedawno przedstawiłem mu koncepcję rozwoju muzeum poprzez dział sztuki współczesnej. On nie podjął dyskusji.
Dlaczego muzeum miałoby się rozwijać akurat w tym kierunku?
- Bo jeśli czymś się wyróżnia w skali kraju, to właśnie sztuką współczesną, czyli tzw. Kolekcją Osiecką. Zaczęło się tak, że w 1963 r. do Koszalina przyjechał wybitny artysta Marian Bogusz z pomysłem zorganizowania plenerów, a w przyszłości - muzeum sztuki nowoczesnej. To drugie nie wyszło, ale z prac, które do 1981 r. powstawały na plenerze w Osiekach pod Koszalinem, powstała znakomita kolekcja.
Jak tylko przyszedłem do działu, zabrałem się za opracowywanie tych zbiorów, nasza książka "Awangarda w plenerze" dostała Nagrodę Marszałka Województwa Zachodniopomorskiego. W kolekcji jest 600 obiektów, w tym prace: Krasińskiego, Berlewiego, Kantora, Natalii LL, a do tego kilka tysięcy fotografii.
Koszalin został zniszczony w 1945 r. Do końca wojny był miastem niemieckim, potem przyjechało tu sporo repatriantów ze Wschodu i ludzie z innych części Polski. Plenery były cząstką budowania nowej tożsamości tego miasta, bo w nich prócz awangardy, czyli "wielkich nazwisk" z ważnych artystycznych ośrodków, jak Warszawa, Poznań, Wrocław, Kraków, uczestniczyli też miejscowi artyści. Dzięki tym plenerom wiele dobrego tu się stało.
Dyrektor Kalicki w rozmowie ze mną użył dokładnie tego samego argumentu: zadaniem muzeum jest budowa tożsamości, dlatego jeśli ma do wyboru zakup wiejskiej skrzyni i dzieło współczesne, wybierze skrzynię. Albo strój ludowy, bo potomkowie repatriantów czasem chcą coś przekazać do muzeum.
- Dlatego uważam, że to nie jest zatarg osobisty, rzecznik prezydenta miasta, który wydał oświadczenie, że to "konflikt prywatny, który zostanie rozstrzygnięty w sądzie", robi błąd. To jest konflikt ideowy. A miasto powinno się zdecydować, jakiego muzeum chce: tradycyjnego czy nowoczesnego.
Ja uważam, że modernizm i kultura współczesna są ważniejsze dla budowania tożsamości niż sprzęty ludowe i wykopaliska archeologiczne. Nie mam nic przeciwko sztuce ludowej. W Muzeum jest cenny dział poświęcony tzw. kulturze jamneńskiej, osadnikom z Niderlandów, którzy mieszkali nad jeziorem Jamno i mieli swoje rzemiosło, ikonografię. Tylko to jest sprawa zamknięta. Z tej ziemi nic się już nie wykopie. To, co zostało odnalezione, jest wystawione. Odłogiem leży nowoczesność.
Dlaczego jest lepsza do budowania tożsamości?
- Podam przykład akcji, którą robiłem w Muzeum i która została zablokowana przez dyrektora. Nazywała się "Kocham Koszalin". Zaproponowałem, żeby na fasadzie zawisły billboardy, chciałem zwrócić uwagę na Muzeum, chciałem, żeby zaczęło coś mówić do publiczności. To nie jest CSW w Warszawie, mamy małą frekwencje.
Pierwszy billboard, autorstwa Roberta Knutha, który wykorzystał fotografie Kamila Jurkowskiego, przedstawiał kobietę z okolic Koszalina, która miała na przedramieniu napisane flamastrem "Kocham Koszalin" i uśmiechała się do nas. Plakat podobno nie podobał się prezydentowi, bo jej uroda nie pasowała do kanonu piękna lansowanego przez pisma dla kobiet. Wywołał kontrowersje, ludzie dyskutowali, czy powinna reprezentować Koszalin. To była właśnie dyskusja o tożsamości miasta, o tym kim my dzisiaj jesteśmy.
Następny plakat, Zdzisława Pacholskiego, to było zdjęcie z manifestacji poparcia dla władz w 1976 r., z czasu wypadków w Radomiu. Na tym zdjęciu widać małą dziewczynkę, która stoi na jezdni, a przed nią dwa znaki: skrętu w lewo i w prawo. Przed wyborami w 2007 r. wydało nam się to dobrym, aktualnym projektem uderzającym w obawy polityczne. Kiedy powiesiliśmy plakat na fasadzie muzeum, dziewczynkę na fotografii rozpoznał ojciec, dowiedzieliśmy się, że ona nie żyje. Radiowy reportaż na ten temat autorstwa pani Jolanta Rudnik dostał we Włoszech nagrodę.
Trzeci billboard został zatrzymany przez dyrektora. Była to kobieca pupa na stylowym krzesełku i napis: "Koszalin jest jak hotel, choćbyś mieszkał w nim całe życie, nigdy nie będzie domem".
Która tradycja jest lepsza? Według mnie ta, która wywołuje dyskusję.
Jednak nowoczesność w Koszalinie była też częścią polityki PRL. Plenery chętnie organizowano na Ziemiach Odzyskanych, to było budowanie tożsamości tych ziem przez komunistów.
- Tak, Plenery w Osiekach to był obcy implant, jak Pałac Kultury, ale na szczęście powstało tam masę dobrych prac, a po drugie - udało się w nie wciągnąć lokalnych artystów i publiczność. Te plenery były jak święto, jak festiwal. Do czego można je porównać? Chyba do Warszawskiej Jesieni.
Zdaję sobie sprawę, że odruch niechęci do sztuki współczesnej może być związany z traktowaniem Kolekcji Osieckiej jako dziedzictwa PRL-u. Tylko co to jest dziedzictwo PRL-u? Kiedy pod koniec lat 40. dekretowano socrealizm, dużą wagę przywiązano do działów archeologicznych w muzeach na Ziemiach Zachodnich. Szukanie piastowskich świadectw było dźwignią budowania tożsamości tych ziem. Archeologia też nie jest neutralna politycznie.
W 1994 roku stracił pan pracę w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie. Dlaczego?
- W 1993 r. w Polsce była reforma administracji i galeria, w której pracowałem, zaczęła podlegać miastu. Zażądano ode mnie lojalności, czyli robienia takich wystaw, jakich chce prezydent i związki twórcze. Nie zgodziłem się i zostałem zwolniony. Program galerii od początku budził kontrowersje. Nie ukrywałem, że to nie jest galeria dla środowisk związkowych. Ludzie nie byli przyzwyczajeni, że można powiedzieć o ich sztuce, że to jest nieciekawe. Wiele rzeczy udało mi się jednak zrobić, jak wystawę "Perseweracja mistyczna i róża", gdzie były świetne prace Krzysztofa M. Bednarskiego, Roberta Rumasa, Zbyszka Libery.
To właśnie Zbigniew Libera powiedział, że w 1993 roku w Polsce skończył się czas "bezwładzy", czyli wolności sztuki. Władza zorientowała się, że może się posługiwać sztuką we własnych celach. Ten okres jeszcze trwa?
- W centrum już chyba nie. Na prowincji sztuka i kultura jest nagminnie instrumentem w ręku władzy.
Co to jest prowincja? Małe miasto?
- Nie wielkość decyduje, ale świadomość, np. tego czym jest muzeum. Jeśli jest odnowione, gzymsy pozłocone, wszystkie żarówki się świecą i nieważne, co jest w środku - to jest prowincja. Prowincjonalizm to niechęć wobec współczesności i przenoszenie każdego konfliktu na płaszczyznę osobistą: "Ziarkiewicz jest awanturnikiem".
W 1986 r. zrobił pan wystawę "Ekspresja lat 80." w BWA w Sopocie, na której spotkały się alternatywne środowiska sztuki lat 80. Co było trudniejsze: zrobić niezależną wystawę w czasach komunizmu, czy pracować w Muzeum w Koszalinie w 2009 roku?
- Przykro mi to powiedzieć, ale teraz mam podobne problemy. Zaniedbanie prowincji polega na tym, że nie ma zmian. Kiedy przychodziłem do Muzeum, pomyślałem, że zrobimy rzecz najprostszą z możliwych - powstrzymamy rosnącą przepaść między prowincją a centrum. Ale to się nie udaje. Przepaść rośnie, centrum idzie do przodu, a prowincja, coraz bardziej przerażona, jak człowiek stojący nad przepaścią, patrzy do tyłu i ucieka do tego, co już zna.
Ryszard Ziarkiewicz, krytyk sztuki kurator, ur. 1954 r. w Gdańsku, zasłynął wystawą "Ekspresja lat 80." w 1986 r. w galerii BWA w Sopocie, która pokazała młodą niezależną sztukę tego czasu. W 1988 r. był współautorem pierwszej muzealnej wystawy nowej sztuki "Realizm radykalny, abstrakcja konkretna" w Muzeum Narodowym w Warszawie, na której zaprezentowano m.in. prace Grzegorza Klamana, Gruppy, Edwarda Dwurnika. W latach 1989-91 współpracował z Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie, w 1989 r. zorganizował tam wystawę "Raj utracony" dotyczącą problemu przełomu politycznego i sztuki zaangażowanej. W latach 1992- 94 pracował w Państwowej Galerii Sztuki Sopocie, w latach 1993-2006 wydawał niezależne, najważniejsze w tym czasie polskie pismo o sztuce "Magazyn Sztuki". Od lutego 2007 r. kierownik działu sztuki współczesnej Muzeum w Koszalinie. Zorganizował tam m.in. wystawy: "Prekursorzy współczesności. Nowoczesna sztuka z Koszalina" i "Kontakt (wspólnie z Muzeum Narodowym i Zachętą w Szczecinie), opracował książkę "Awangarda w plenerze: Osieki i Łazy 1963-81", za którą Muzeum otrzymało Nagrodę Marszałka Województwa Zachodniopomorskiego. Zwolniony z pracy 29 października. Przeciw jego zwolnieniu listy do prezydenta Koszalina Mirosława Mikietyńskiego wystosowali: Wojciech Krukowski i kolegium kuratorów CSW, artyści i krytycy z całej Polski (460 podpisów) koszalińskie środowisko artystyczne oraz muzealnicy i kuratorzy sztuki ze Szczecina (21 podpisów)
Źródło: Gazeta Wyborcza