Premiera filmu „2012” w święto niepodległości okazała się świetnym chwytem marketingowym. W warszawskich kinach kto nie miał biletu na co najmniej godzinę przed wieczornym seansem, wracał do domu z kwitkiem. Cóż lepiej promuje film katastroficzny od etykietki „kolejny film reżysera »Dnia Niepodległości «”?
Prawdę mówiąc, trudno coś lepszego o tym filmie napisać. Jest podobnie beznadziejnie głupi i równie przeuroczo widowiskowy jak "Dzień Niepodległości". Tyle że postęp techniki w komputerowych efektach specjalnych sprawił, że nowy film jest jeszcze bardziej widowiskowy. I, jakby dla wyrównania, jeszcze głupszy.
Wszystko w tym filmie jest nieznośnie stereotypowe. Głównym bohaterem zgodnie z najlepszą tradycją kina katastroficznego jest rozwiedziony ojciec, dla którego kataklizm jest doskonałą okazją, by odzyskać więź z własnymi dziećmi i byłą żoną. Tym razem nie
gra go Tom Cruise, ale John Cusack (moim zdaniem bardzo korzystna zamiana).
Sprawdzają się wszystkie schematy, które dobrze znamy z poprzednich filmów tego typu. Wiemy, że jeśli bohaterowie uciekają przed kataklizmem, to wybiegną z każdego budynku na sekundę przed jego zawaleniem,
samochód ruszy tuż przed pochłonięciem ulicy przez rozpadlinę w skorupie ziemskiej, a samolot wystartuje przypadkowo na sekundę przed zagładą lotniska.
Wiemy też, że jeśli widzimy kogoś, kto walczy o przetrwanie, nie przebierając w środkach, to ten ktoś na pewno sam wpędza się w pułapkę i poniesie spektakularną śmierć ku przestrodze. I że jeśli obserwujemy od początku konflikt między cynikiem a idealistą, to w finale dojdzie do werbalnej konfrontacji, w której idealista udowodni, że jednak od początku miał rację.
W "Dniu Niepodległości" w kulminacyjnej scenie główny bohater unieszkodliwił atak Obcych, podłączając swojego macintosha do ich komputera - który okazał się jakimś cudem kompatybilny z systemem MacOS, choć nie jest z nim kompatybilna większość komputerów na naszej planecie. Takich nonsensów mamy jeszcze więcej - na przykład telefony komórkowe, w rzeczywistości rutynowo padające w sylwestra od przeciążenia składanymi życzeniami, działają do samego końca w walących się miastach, żeby postacie drugoplanowe jeszcze zdążyły patetycznie wyrecytować: "Żegnaj, mój przyjacielu" do słuchawki.
Patos to najbardziej nieznośny element tego filmu - przykładem choćby wspomniana wyżej konfrontacja cynika i idealisty. Film i tak ma dwie godziny czterdzieści minut, do których multipleksy dodają następne czterdzieści minut niekończącego się bloku trailerów i reklam. Tymczasem niepotrzebnie tracimy kilkanaście minut na absurdalnie nieprawdopodobną psychologicznie przemowę jednego z bohaterów, w której padają frazesy typu "gdy przestaniemy się troszczyć jeden o drugiego, zatracimy nasze człowieczeństwo". I chociaż ta przemowa toczy się na tle zegara odliczającego minuty do ostatecznego kataklizmu, nikt bohaterowi nie przerywa, kruszeją twarde serca cyników. Którzy na koniec oczywiście ze wzruszeniem przyznają bohaterowi rację. Gdyby jeszcze w tle pojawił się łopoczący amerykański sztandar, to ja bym już tylko wypatrywał Leslie Nielsena, bo ta scena to już po prostu parodia kina katastroficznego, jak w "Mars atakuje!" czy "Strasznym filmie 4".
Jak zwykle u Emmericha pewne elementy komiczne wprowadzono celowo. Mieszkańców Kalifornii uspokaja gubernator, który był kiedyś aktorem grającym twardzieli i przemawia z niemieckim akcentem. Los Angeles zapada się pod ziemię właśnie gdy gubernator deklaruje "najgorsze już za nami" ("ze worst is ouwer"). Mamy tu też karykaturę królowej Elżbiety i Angeli Merkel.
Kampania promocyjna filmu "2012" wzbudziła zastrzeżenia etyczne, polegała bowiem na podsycaniu strachu przed rzekomą apokalipsą przez wrzucanie do internetu fikcyjnych filmików i dokumentów rzekomo uzasadniających naukowo grożący nam kataklizm. Te uzasadnienia odwołują się do teorii profesora Hapgooda, który 50 lat temu uznał, że zmiany w prehistorycznym rozmieszczeniu kontynentów na Ziemi nie biorą się w powolnego przesuwania płyt tektonicznych, tylko z niestabilności skorupy ziemskiej, która co jakiś czas się gwałtownie przemieszcza (ale nawet dla Hapgooda "gwałtownie" nie oznaczało tego co w filmie Emmericha, miał na myśli procesy trwające tysiące lat). Hapgood rzeczywiście był profesorem - ale historii starożytnej. O geofizyce nie miał zielonego pojęcia, jego głównym dowodem było... zniknięcie Atlandydy, której istnienie przyjął za fakt historyczny.
Ośmieszanie założeń filmu Emmericha nie ma jednak sensu, bo w filmie to też przewidziano. Pada tu sugestia, że naukowcy już od dawna wiedzą, iż nadchodzi apokalipsa, ale milczą na żądanie polityków. Niepokorni giną w "wypadkach".
Spiskowcy przygotowali sposób ocalenia dla siebie samych oraz dla 400 tys. pasażerów, którzy wykupują bilety na przetrwanie apokalipsy po miliard euro na głowę. To właśnie ich kamienne serca kruszy płomienna przemowa głównego bohatera w kulminacyjnej scenie.
Moje wrażliwe serduszko jednak kraje się na myśl o tym, jak bardzo tę fortunę zmarnowano. Za czterysta bilionów euro naprawdę można by wymyślić coś ciekawszego od takiego planu ratunku, jaki widzimy w finale tego filmu - jeśli to kosztowało bilion, to spiskowcy strasznie przepłacili.
Już wiadomo, że powstanie sequel - pokazujący pierwszy rok ludzkości po kataklizmie - oraz odpryskowy serial telewizyjny. Mam nadzieję, że pojawi się tam wątek sensacyjny próbujący wyjaśnić, kto ukradł te 400 bilionów i jak je zainwestował, żeby przetrwały taką zawieruchę.
"2012", reż. Roland Emmerich,
USA 2009, dystr. UIP