http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Starmachowie skrzyżowani z Narodowym

Dorota Jarecka
2009-11-12, ostatnia aktualizacja 2009-11-11 17:14

Andrzej Starmach pierwsze dzieła sztuki kupił za pieniądze, które zarobił za granicą jako kucharz. Dziś ma w zbiorach prace kluczowe dla polskiej powojennej awangardy

Po raz pierwszy w takiej skali możemy zobaczyć, co ma w swoich zbiorach słynna krakowska galeria. Teresa i Andrzej Starmachowie prowadzą ją od dwóch dekad, ale sztukę współczesną zaczęli zbierać przynajmniej 10 lat wcześniej. Do tej pory, jeśli pokazywali swoje zbiory, to fragmentarycznie, jak dwa lata temu w Muzeum Narodowym we Wrocławiu czy na wystawach indywidualnych artystów: Tadeusza Kantora, Andrzeja Wróblewskiego, Jerzego Nowosielskiego, Edwarda Krasińskiego.

Wystawa w Muzeum Narodowym w Krakowie, na której pokazano ponad 300 dzieł polskiej sztuki powojennej i która zajmuje główną salę na parterze Muzeum, to kolejny "coming out" polskiego kolekcjonera. Do niedawna polscy zbieracze sztuki współczesnej pilnie strzegli swoich tajemnic. O tym, co kto ma i ile to jest warte, mówiło się niechętnie. Teraz powoli się to zmienia, co można chyba wiązać m.in. z efektem psychologicznym przystąpienia do Unii Europejskiej.

Na świecie od lat 90. mamy bowiem czas intensywnego budowania prywatnych muzeów i wystawiania prywatnych kolekcji sztuki na widok publiczny. Niemiecka kolekcjonerka Ingvild Goetz w 1993 r. otwiera własne muzeum w Monachium, szwajcarski kolekcjoner i marszand Ernst Beyeler robi to samo w Bazylei w 1997. Ten nurt w obecnej dekadzie tylko narasta. Latem tego roku w Wenecji François Pinault swoim prywatnym festiwalem (otworzył dwie wystawy sztuki współczesnej ze swoich zbiorów) o mało nie przebił weneckiego Biennale, które otwierało się w tym samym czasie.

W Polsce własnego muzeum jeszcze nikt nie otworzył, choć mówiło się, że zamierza to zrobić Grażyna Kulczyk. Swoje zbiory na zaproszenie publicznych instytucji pokazywali za to m.in. bracia Bieńkowscy z Łodzi czy Krzysztof Musiał z Warszawy. Wyjątkiem jest fundacja Signum Jarosława i Hanny Przyborowskich, która otworzyła stałe miejsce dla swojej kolekcji, jednak nie w Poznaniu, skąd pochodzą kolekcjonerzy, tylko w Wenecji.

Udostępnienie przez Muzeum Narodowe w Krakowie przestrzeni czasowej dla kolekcji Teresy i Andrzeja Starmachów to zatem kolejne przełamanie bariery między tym, co prywatne i publiczne. Nawet szybki spacer przez tę wystawę nie pozostawia wątpliwości, że jest to kolekcja wybitna. Są tu dzieła kluczowe dla sztuki polskiej po 1945 r. - obrazy Andrzeja Wróblewskiego i Jerzego Nowosielskiego z okresu przełomowej I Wystawy Sztuki Nowoczesnej w Krakowie w 1948 r., w tym "Niebo nad górami" Wróblewskiego czy "Bitwa o Addis Abebę" Nowosielskiego.

Są Kantor, Maria Jarema, Tadeusz Brzozowski, niezwykły późny surrealista Marek Piasecki, którego pięć prac ze swojej kolekcji Starmachowie ofiarowali teraz Muzeum Narodowemu w Krakowie. A także bardzo ciekawi twórcy z Grupy Krakowskiej - jak Andrzej Pawłowski, Teresa Rudowicz, Marian Warzecha. Nie tylko oni. Są także Henryk Stażewski, Edward Krasiński i Koji Kamoji - artyści warszawskiej awangardy, Natalia Lach-Lachowicz - reprezentantka awangardy wrocławskiej. Są też dwa obrazy Władysława Strzemińskiego i rzeźba Katarzyny Kobro.

Andrzej Starmach opowiedział na konferencji prasowej, że pierwsze dzieła sztuki kupił w 1976 r., kiedy wrócił zza granicy z pieniędzmi, które zarobił jako kucharz. Opowiedział też wiele innych soczystych anegdot. Na przykład o tym, jak w 1973 r. pożyczył od siostry, która zatrudniła się wtedy jako nauczycielka, jej pensję w wysokości 2700 zł. Z pieniędzmi udał się do Desy w Krakowie, kupił dwa rysunki Kantora, każdy po 1200 zł, a za pozostałą część pożyczonej kwoty - bilet kolejowy do Warszawy. Tam również poszedł do Desy, sprzedał rysunki, oddał siostrze pieniądze, a za resztę pojechał na wakacje.

Mówił także o tym, jak na początku lat 80. targował się o monotypy (prace na papierze) Andrzeja Wróblewskiego, które chciał kupić po 10 dol. za sztukę. Nie udało się - za 9 prac musiał zapłacić 100 dolarów. Z tych barwnych anegdot z pewnością można by ułożyć pouczającą i zabawną książkę. Jednak uświadamiają one również, że Andrzej Starmach (a także jego żona, ale to on jest osobą, która reprezentuję galerię na zewnątrz) jest nie tylko kolekcjonerem, ale także marszandem.

Ma to swoje wielkie zalety. Bo dzięki kontaktom rynkowym udało mu się, przeważnie za granicą, nabywać do kolekcji wybitne dzieła polskich artystów, takich jak Stażewski, Winiarski czy Kantor, które inaczej rozpierzchłyby się po mniej znaczących kolekcjach i może nigdy nie zostały udostępnione polskiemu widzowi. Zresztą zasługi Andrzeja Starmacha dla historii sztuki nie kończą się na tym. To w Galerii Starmach w Krakowie odbyły się dwie kluczowe dla badań nad polską sztuką wystawy. W 1998 r. była to rekonstrukcja "I Wystawy Sztuki Nowoczesnej" w Krakowie z 1948 r., ostatniej manifestacji awangardy przed socrealizmem. W 2000 r. - "Nowocześni a socrealizm", która zmieniła podejście historyków i publiczności do sztuki tego okresu.

Bycie jednocześnie marszandem i kolekcjonerem stwarza jednak pewien kłopot, szczególnie gdy dochodzi do wystawy w Muzeum Narodowym. Jak przyznał sam Andrzej Starmach, między jego działalnością kolekcjonerską a działalnością marszanda nie ma ostrych granic. Oczywiście nie ma mowy, by pozbywać się tego, co jest rdzeniem kolekcji, a więc kluczowych dzieł Wróblewskiego, Nowosielskiego czy Kantora. Jednak nie jest wykluczone, że niektóre z prac, które oglądamy dziś w Narodowym, znajdą się kiedyś na rynku. Może być tak, że po tej prezentacji ich wartość wzrośnie.

To pytanie właściwie nie pod adresem Andrzeja Starmacha, ale Muzeum i jego polityki wobec prywatnych kolekcji - Jak być powinno? Czy np. nie należało wcześniej umówić się z kolekcjonerem, że obiekty wystawione w Muzeum na rynek już później nie wejdą? Zdaje się, że na takiej zasadzie wystawia w krakowskim Muzeum Narodowym prace ze swojej kolekcji znany marszand działający w Niemczech Rafał Jablonka. Inaczej publiczne muzeum wchodzi w interakcję z rynkiem. Pytanie jest tym bardziej warte dyskusji, że rynek jest u nas czymś nowym, a publiczne kolekcje dość ubogie i nie są w stanie prowadzić integralnej polityki zakupów. Praktyka współistnienia rynku i muzeów dopiero się uciera.

"Kolekcja. Dwadzieścia lat Galerii Starmach" Muzeum Narodowe w Krakowie, do 20 grudnia

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów