Film opowiada o zburzeniu muru berlińskiego i zmianie systemu politycznego z perspektywy losów królików zamieszkujących pas ziemi oddzielającej wschodni i zachodni Berlin. Ogólnopolska premiera kinowa "Królika" planowana jest na 4 grudnia.
Mur berliński tak naprawdę był dwoma murami - przestrzeń między nimi stała się rajem dla królików. Ich życie pokazał film Bartka Konopki. ''Początkowo króliki były przekonane, że mur, zasieki i strażnicy z psami są po to, by strzec ich bezpieczeństwa. W rezerwacie żyło się wygodnie. Każdy jego mieszkaniec miał to samo, każdy żył podobnie w jednej z identycznych nor. Nie trzeba było walczyć o pozycję na drabinie społecznej. W ogóle - niewiele trzeba było robić. Króliki były zadowolone. Ale z biegiem czasu okazało się, że trawy jest wprawdzie po równo dla każdego, ale jest fatalnej jakości, i że zaczyna brakować przestrzeni do życia. A wszelkie próby opuszczenia rezerwatu są surowo karane. W końcu mur został rozebrany. W szerokim, wolnym świecie, który się przed nimi otwarł, króliki poczuły się zdezorientowane, zagrożone i nieszczęśliwe. Pierwsze pokolenie nie potrafiło znaleźć sobie w nim miejsca. Szanse mają być może młode króliki, które urodziły się już poza rezerwatem'' - tak tę metaforę życia i przemian w Niemczech Wschodnich streszczono w programie tegorocznego Planet Doc Review. ''Celna i miejscami humorystyczna analiza szeregu czynników, które doprowadziły do budowania się postawy typowej dla homo sovieticus.''
Rozmowa z Bartkiem Konopką, reżyserem Donata Subbotko: W "Króliku po berlińsku" opowiadacie z operatorem Piotrem Rosołowskim o ludziach poprzez zwierzęta. Drugi raz - po dokumencie "Ballada o kozie"- sięgacie do podobnego pomysłu. Dlaczego? Bartek Konopka: Tym, co nas z Piotrkiem pociąga w kinie, jest szukanie zaskakującej perspektywy na znane historie. To szczególnie ważne w dokumencie, gdzie dąży się do pokazaniu jakiegoś wycinka rzeczywistości, na podstawie której można sobie wyrobić zdanie o całości.
I w przypadku "Ballady o kozie", i "Królika po berlińsku" ciągnęło nas do metafory, znalezienia uniwersalnej prawdy o świecie, ludziach, sytuacji.
Zresztą już Ezop opowiadał bajki o ludziach, chociaż pisał o zwierzętach. W dokumencie do podobnej metody odwoływał się też kultowy film "Szczurołap" Andrzeja Czarneckiego.
Pomysł, aby króliki patrzyły na ludzi, był dla nas wyzwaniem, szansą zabawienia się narracją. W "Balladzie o kozie" też pokazaliśmy ludzi z punktu widzenia kóz, jednak tam powoli kamera staje po stronie człowieka.
Przy królikach myśleliśmy, że użyjemy tego samego klucza, ale to się nie sprawdziło. Podczas montażu zrozumieliśmy, że trzeba skupić się tylko na królikach i - podpatrując ich zachowanie - spojrzeć na rodzaj ludzki z dystansu, tworząc alegorię tego, co się wydarzyło w 1989 r., a także tego, co się stało później, kiedy króliki przegoniono z bezpiecznego pasa ziemi oddzielającego
Niemcy wschodnie od zachodnich. Wtedy to musiały zacząć walczyć o przetrwanie z psami, kotami i szczurami. Innymi słowy - dotknął je kapitalizm.
W Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy skończyłeś kurs dokumentalny u Marcela Łozińskiego. To podobno on rzucił pomysł o królikach. - Tak, mówił nam, że przed laty chciał nakręcić film o tysiącu królików, które biegają na zielonej trawie między murem, ale uznał, że skoro nie nakręcił tego w 1989 r., w momencie zburzenia muru, to już nie ma sensu tego ruszać.
Kiedy cztery lata temu Piotrek Rosołowski pojechał do Niemiec na stypendium, przypomniał sobie o tych królikach i zaczął szukać ich śladów. Robiliśmy ten film cztery lata i do końca nie wiedzieliśmy, czy coś z tego będzie.
Jak film odbierają Niemcy? - Dla nich to takie spojrzenie kosmity na mur. Myślę, że żałują, że sami tego nie nakręcili. Jednak "Królik" nie był pokazywany na ich najważniejszych festiwalach dokumentalnych, bo one odbywają się tam jesienią, a my wystartowaliśmy w świat już wcześniej, wiosną.
Najpierw trafiła się nam nagroda na Hot Docs w Toronto, jednym z ważniejszych festiwalu filmu dokumentalnego, potem jeszcze w Krakowie, Warszawie, w końcu w Stanach, gdzie film robi zaskakującą karierę oscarową.
Teraz, po kilku dokumentach i 40-minutowej "Trójce do wzięcia", bierzesz się za pierwszą fabułę pełnometrażową "Lęk wysokości". - Za dwa tygodnie zaczynamy zdjęcia. To bardziej intymny film, oparty na emocjach. W przeciwieństwie do "Królika" trudno go streścić w dwóch zdaniach, ale będzie to kameralna historia rodzinna rozgrywająca się między ojcem a synem.
Młody chłopak, któremu się wydaje, że poukładał sobie życie, robi karierę jako reporter. Pewnego dnia dowiaduje się, że jego ojciec wylądował w psychiatryku. Na początku syn próbuje sprzedać jego mieszkanie, a potem wciąga się w dziwną relację prowadzącą na krawędź szaleństwa. To taka opowieść o dzisiejszym synu marnotrawnym. A także o dwoistości świata, jego schizofrenicznej naturze, o podziałach - na ojca i matkę, teraźniejszość i przeszłość, skromność i pychę, miłość i manipulację. Jeśli szukać odniesienia w kinie, to będzie coś między "Rain Manem" a "Inwazją barbarzyńców". Fantazjujemy ze scenarzystą Piotrkiem Borkowskim na podstawie prawdziwych postaci, bo nie chcę, żeby to był tylko taki wylew osobisty, ale żeby powstała z tego ciekawa filmowa historia, a jak ktoś się doszuka, że kryje się w niej doświadczenie i prawda, to fajnie.
Opiekunem artystycznym "Lęku" jest Agnieszka Holland, z którą znaleźliśmy wspólny język. W rolach głównych zagrają Marcin Dorociński i Krzysztof Stroiński. Podoba mi się, że oni kompletnie do siebie nie pasują, że są z różnych światów, mają różne temperamenty - w filmie będzie widać, jak ojciec i syn przez lata niewidzenia się ze sobą tak się od siebie oddalili.
Mnie się nigdy nie spieszyło do debiutu fabularnego. Wiem, że fabuła jest trudna i jak się nie ma o czym opowiedzieć, to nie ma sensu się z tym mierzyć. Myślałem, że moim pierwszym filmem pełnometrażowym będzie opowieść dokumentalno-fabularna - prawdziwe życie, bez udziału aktorów, ale sytuacja sprowokowana przed kamerą. To by był mój charakter pisma. Złożyło się jednak inaczej, ale można powiedzieć, że w "Lęku wysokości" dokumentalność bierze się z prawdziwej historii, którą oboje ze scenarzystą znamy z życia.
"Królik po berlińsku", poniedziałek, 9 listopada, TVP 1, godz. 22.45