http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Sputnik odwiedzi 24 miasta

Paweł T. Felis
2009-11-06, ostatnia aktualizacja 2009-11-06 12:58

Dziś zaczyna się festiwal Sputnik nad Polską: filmy debiutantów i arcydzieła Tarkowskiego, fabuły, dokumenty, krótkie metraże i animacje dla najmłodszych. To już trzecia edycja imprezy, dzięki której znów jest szansa, by oglądać nieobecne u nas przez lata nowe kino z Rosji

Festiwal otworzą "Bikiniarze" Waleria Todorowskiego - musicalowa bajka o czasach, w których "nawet głośne kichanie musiało być dozwolone w kodeksie karnym". Ktoś mimochodem wspomina tu o stalinowskich więzieniach, ktoś radzi, by nie uczyć się zbyt głośno angielskiego. Ale represje systemu sprowadzają się do walki młodych - tytułowych bikiniarzy i komsomolców.

Ci pierwsi w Moskwie lat 50. urządzają sobie radziecki Broadway - noszą wzorzyste marynarki (żeby je kupić, trzeba znać hasło: "Czy wuj Josja tu pracuje?") i kolorowe sukienki, stawiają włosy na żel i bawią się przy zakazanych bigbeatowych hitach. Ci drudzy urządzają na zepsutych wrogów socjalizmu ("od saksofonu do noża tylko jeden krok") systematyczne obławy, ale rolę rewolwerów pełnią nożyczki: najgorszym upokorzeniem dla bikiniarskiej młodzieży jest ścięcie włosów albo podarcie rajstop.

Nic dziwnego, że "Bikiniarze" stali się już w Rosji hitem - choreograficzne układy taneczne nie gorsze niż w "Chicago", musicalowe songi śpiewane przez robotników i młodych kochanków w łóżku. Iluzoryczny raj w samym centrum stalinowskiego ZSRR.

Moskiewski Broadway, rosyjska beznadzieja

W przeciwieństwie do "Rewersu" Lankosza, który bawi, ale pokazuje PRL lat 50. szorstko, brutalnie, w pewnym sensie demonicznie, urodzony w Odessie 47-letni Todorowski traktuje historię jako scenografię. "Bikiniarze" to powierzchowne, ale dające do myślenia odreagowanie radzieckiej przeszłości, film zapatrzony - jak jego bohaterowie - w Amerykę, w marzenie i w mit.

Amerykańską swobodę symbolizuje tu saksofon, płyta Elvisa Presleya i zakazany podręcznik seksualnych pozycji (po rosyjsku, ale z rysunkami). W domu niesfornej Polly matka proletariuszka tłucze ją za nocne ekscesy pasem. W domu gwiazdora Freda, który nie przypadkiem z wyglądu przypomina współczesnego idola nastolatek Roberta Pattinsona, ojciec daje tylko dyskretną radę, by syn przed powrotem rodziców sprzątał bieliznę swoich kobiet. Gdy w "Bikiniarzach" pojawi się czarnoskóre dziecko, robotnicza społeczność przyjmie je z dumą jako dowód na postępowość swoich dziewczyn i wykrzyknie chórem: "Nasz!".

Nowe kino rosyjskie często wpada w skrajności. Z jednej strony "Admirał" Andrieja Krawczuka, dopieszczony scenograficznie, ale psychologicznie banalny wyciskacz łez z czasów I wojny światowej, w którym były dowódca Floty Czarnomorskiej i antybolszewicki buntownik Aleksandr Kołczak przeżywa nieprawomyślną i tragiczną oczywiście miłość. Z drugiej - mroczna współczesność, obraz rosyjskiej biedy i beznadziei uderzający albo dość amatorską realizacją ("Zwariowana pomoc" Borysa Chlebnikowa), albo nieznośną manierą naturalizmu ("Bączek" Wasilija Sigariewa). Ale między skrajnościami jest też realizowane wbrew modom kameralne kino autorów, do których należy zaliczyć tak różnych twórców, jak ceniony Paweł Łungin i debiutant Siergiej Mokrickij.

Czy Rosję można uleczyć?

"Wierzy pan w Boga? Ja nie" - mówi jeden z bohaterów "Dzikiego pola" Michaiła Kałatoziszwilego. "Ale kiedy przyjdzie, zapytam go, czemu odwrócił się od Rosjan". W nowym kinie rosyjskim często powraca potrzeba cudu i świętości ("Car" Łungina), potrzeba zbawiciela i uzdrowiciela. Lekarza, który - jak w dwóch konkursowych filmach - przyjedzie na zapomnianą, odciętą od świata głuszę, by leczyć nie ciała, ale poranione dusze. Ale uleczyć nie potrafi.

W rozgrywającej się na początku XX wieku "Morfinie" Aleksieja Bałabanowa, zrealizowanej na podstawie "Zapisków młodego lekarza" Bułhakowa, doktor Polakow jest człowiekiem od wszystkiego: odbiera skomplikowane porody, amputuje nogi, robi tracheotomię (wszystko po raz pierwszy, więc przed każdym zabiegiem biegnie sprawdzić w bibliotece medyczne książki). Stanie się jednak nałogowym morfinistą, z lekarza zmieni się w pacjenta - podobnie jak psychiatra z "Sali nr 6" Karena Szachnazarowa (tym razem według Czechowa).

Przez ekran przewijają się schizofrenicy i ludzie cierpiący na manie prześladowcze, rzekomi zabójcy Johna Lennona i ofiary "systematycznego napromieniowywania przez sąsiadów". Poznajemy ich w trakcie paradokumentalnych rozmów realizowanych w autentycznym szpitalu psychiatrycznym - jeden z nich to właśnie były lekarz Andriej Ragin. Dziś milczy, wydaje się nieobecny - kiedyś godzinami potrafił rozmawiać z chorymi o Bogu i religii, o upadku inteligencji i szaleństwie losu. "W tym, że jestem lekarzem, a ty chorym, nie ma nic poza przypadkiem" - tłumaczy Ragin jednemu ze schizofreników. Komuś innemu powie, że "nie należy przeszkadzać człowiekowi zwariować". W filmie Szachnazarowa, w którym wyraźne są aluzje totalitarne, to nie Ragin oszalał, ale świat, który rozdaje społeczne role na zasadzie loterii.

Najciekawsze, najdojrzalsze z tej grupy jest "Dzikie pole" zmarłego kilka tygodni temu Michaiła Kałatoziszwilego. Sytuacja jak w "Morfinie", ale przeniesiona we współczesność - młody doktor na stepowej głuszy, tyle że bez leków, bez lekarskich narzędzi. Leczy głównie pijaństwo, czasem wyjmuje zabłąkane kozackie kule. Nie walczy z zabobonami ("człowiek nie umiera natychmiast, czasem poleży, poleży i wraca"), dla miejscowych jest głównie towarzyszem filozofujących rozmów. Czeka na narzeczoną. Wszyscy tu zresztą na coś czekają, tkwią w prowizorce pozbawieni jakiegokolwiek punktu oparcia czy to w religii, czy we władzy. "Chude lata" - nazwie ten stan jeden z mieszkańców. - "Lepiej by się wojna zaczęła, z byle kim. Weselej by się żyło".

Nowości-perełki

W programie festiwalu kilka retrospektyw (m.in. Andrieja Tarkowskiego, Wasilija Szukszyna i Karena Szachnazarowa, dyrektora Mosfilmu i syna polityka Georgija Szachnazarowa), sekcja Filmy Kultowe (m.in. "Moskwa nie wierzy łzom), tytuły nagradzane w ostatnich latach na festiwalu Kinotawr (m.in. "Biedni krawcy" Łungina i "Brat" Bałabanowa), a także animowane ciekawostki dla najmłodszych (jak "Przygody Winnie-Pucha", czyli rosyjska wersja Kubusia Puchatka). Szkoda, że paru ważnych tytułów na Sputniku zabraknie - dziwi zwłaszcza nieobecność brawurowego debiutu Waleriji Gai Germaniki "Wszyscy umrą, a ja nie", bodaj najgłośniejszego rosyjskiego filmu ostatnich dwóch lat, który zdobył m.in. główną nagrodę na festiwalu w Łagowie.

Będzie za to nowy film Wiery Storożewej, której świetna "Podróż ze zwierzętami domowymi" (główna nagroda na Sputniku rok temu) odniosła w Polsce zaskakujący sukces dystrybucyjny. W "Niedługo wiosna" Storożewa znów intrygująco wchodzi w świat damsko-męskich stereotypów: głównym bohaterem jest nieprzyzwoicie bogaty, władczy Paweł, ale równie ważna jest kobieta, otyła wieśniaczka i niedoszła zakonnica, która odważy się mu powiedzieć: "nie". Pojawi się też fascynujący debiut Siergieja Mokricjija "4 pory miłości", podzielona na cztery wątki-odsłony opowieść o histerycznej potrzebie bliskości.

Prawdziwą perełką jest wybitny "Papierowy żołnierz", nagrodzony Srebrnym Lwem w Wenecji film Aleksandra Germana Jr. - opowieść o lekarzu, który przygotowuje astronautów do podróży w kosmos, ale przede wszystkim kapitalna metafora lat 60., hasłowej gigantomanii zderzonej ze smrodem spalonej skóry i brudem wszechobecnego błota. Film o codziennym teatrze, o grze w mężczyznę i kobietę, w idealistę i inteligenta, w samotnika i melancholika.



Pokazy Sputnika nad Polską odbędą się w 24 miastach. Szczegóły: www.sputnikfestiwal.pl

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':