http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pensjonat pod klepsydrą

Krzysztof Varga
2009-11-03, ostatnia aktualizacja 2009-11-02 18:25

Narrator Pazińskiego niczym Józef z Schulzowsko-Hasowego arcydzieła przyjeżdża w miejsce, gdzie usiłuje odnaleźć przeszłość, duchy dzieciństwa

Pensjonat

Piotr Paziński

Nisza, Warszawa



Piotr Paziński zadebiutował prozatorsko piękną książką - niewielką, zwartą, a tak pełną treści. Książką, w której przeplata się nostalgia z ironią, a te dwie przyprawy umiejętnie dodane do narracji zawsze dobrze jej robią. Paziński wiedział, w jakich proporcjach je podać, i wyszło mu to świetnie.

Paziński nie jest jednak debiutantem zupełnym. Rocznik 1973, naczelny miesięcznika "Midrasz", ma już przecież na swoim koncie "Labirynt i drzewo" - filozoficzną monografię "Ulissesa" Joyce'a, oraz osobisty, pięknie wydany przewodnik dla turystów-intelektualistów "Dublin z Ulissesem". Tym razem nie o Joysie jednak będzie, ale o pewnym podwarszawskim pensjonacie, a dokładnie o żydowskim domu wypoczynkowym w Otwocku.

Narrator tej książki, "ostatni z łańcucha pokoleń, uczepiony na samym końcu", w pogoni za fantomami dzieciństwa wyrusza do tytułowego pensjonatu, w którym jako dziecko spędzał wakacje. Powrót do dzieciństwa to oczywiście wyeksploatowany do niemożności topos literacki, ale u Pazińskiego nie chodzi tyle o dzieciństwo narratora, ile o namalowanie pejzażu mijającego świata. Nie, ten świat nie mija, on już nieodwołalnie minął.

Pensjonat to było kiedyś miejsce żywe i gwarne, dziś - chylące się ku upadkowi, zamieszkałe przez nielicznych dawnych pensjonariuszy, ale raczej jakby przez ich duchy, które snują się po pensjonacie jak po nawiedzonym domu. Te żywe duchy, głównie ludzie w mocno podeszłym wieku, posiadają jednak wyraziste osobowości i charaktery, wciąż prowadzą ożywione dyskusje, choć wszystko, co dzieje się w ich podwarszawskim życiu, jest już jedynie wspomnieniem dawnej przeszłości.

Panie Mala i Tecia, panowie Abram i Leon i jeszcze kilka innych kapitalnie skreślonych postaci dodają umarłemu światu niezwykłego życia. Budzą sympatię, ale też smutek i współczucie. Ich zakotwiczenie w przeszłości i wegetacja w teraźniejszości, codzienne drobne kłótnie i tarcia, ale też fundamentalne spory, np. o wyższości syjonistów nad bundowcami (członkowie przedwojennej socjalistycznej żydowskiej partii Bund) albo na odwrót, to najlepsze fragmenty książki.

Czytając "Pensjonat", najpierw pomyślałem o zapomnianym dziś chyba zupełnie pisarzu Leo Lipskim, ale potem nadeszło skojarzenie oczywiste - Bruno Schulz. Ja wiem, że to jest może skojarzenie zbyt łatwe, w dodatku porównywanie oryginalnego młodego autora do klasyków niekoniecznie musi być komplementem, bo Paziński przecież nie kopiuje nikogo, tylko stwarza swój własny styl. Nic na to jednak nie poradzę, że ten podupadły pensjonat z książki Pazińskiego skojarzył mi się z nowelami drohobyckiego geniusza. Więcej - kiedy czytałem "Pensjonat" przed oczami stawały mi kadry z "Sanatorium pod klepsydrą" Wojciecha Hasa: ten sam klimat upadku, przeszłości, tajemnicy. Przecież narrator Pazińskiego niczym Józef z Schulzowsko-Hasowego arcydzieła przyjeżdża w miejsce, gdzie usiłuje odnaleźć przeszłość, duchy dzieciństwa. I już od pierwszych słów, już od pierwszych kadrów wiemy, że to będzie nieudana pielgrzymka, bo naszego minionego życia nie da się cofnąć jak filmu z ostatnich wakacji albo teledysku w internecie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':