Kresowe trójmiasto. Truskawiec - Drohobycz - Borysław
Stanisław Sławomir Nicieja
Wydawnictwo MS, Opole
O ile jednak Sopot z molem, Grand Hotelem i Monciakiem przejęliśmy po Niemcach, o tyle uzdrowisko Truskawiec zbudowaliśmy sami. Opowiada o tym książka Stanisława Niciei.
Szyk i uroda Truskawca, prześliczne pensjonaty (głównie w stylu zakopiańskim, choć w latach 20. i 30. pojawiły się też
domy bauhausowskie), zadbana zieleń parku i ulic stały tak naprawdę na jednym źródle: cuchnącej zgniłymi jajami szczawie Naftusi leczącej wątrobę, kamicę nerkową, cukrzycę i sklerozę. Zdrojów mineralnych biło tam więcej, ale to Naftusię znały wyższe sfery całej międzywojennej Polski.
Do 1870 r. zdroje truskawieckie były własnością austro-węgierskiego skarbu państwa, potem spółki akcyjnej, a w końcu, w roku 1928, wieloletni prezes spółki Rajmund Jarosz wykupił cały zdrój. Nikt jednak nie krzyczał o nomenklaturowym uwłaszczeniu się, bo Jarosz spijał zdrojowe zyski po to, by Truskawcowi przydać europejskiego blichtru. Jak już zbudował dla kuracjuszy basen solankowo-siarkowy, to wielkości żeglownego jeziora, głębokości 9 metrów, a piasek na plaże przywiózł znad Bałtyku. Kapitalistą był oświeconym i wrażliwym; latem 1928 r. oparł się naciskom, by zamknąć wystawę obrazów Brunona Schulza godzącą w kołtuńskie poczucie obyczajności, a co roku po cichu dawał darmowe bilety dla biednych Żydów z Drohobycza.
Bywanie w Truskawcu było przed wojną towarzyskim obowiązkiem. Wzięci aktorzy - Majewska, Dymsza, Bodo - mijali się z sanacyjnymi generałami i politykami. Sławni sportowcy - Walasiewiczówna, Kusociński, Konopacka - pijali naftusię wespół z Witkacym, Zegadłowiczem, Makuszyńskim, Tuwimem, Słonimskim, Schulzem. Na deptakach widywano Kiepurę i prezydenta Wojciechowskiego, w kawiarniach śpiewał
Mieczysław Fogg z chórem Dana, a do tańca przygrywały na dancingach słynne big-bandy Henryka Golda i Jerzego Petersburskiego. Miał Truskawiec i mroczny epizod - w 1931 r. dwaj ukraińscy terroryści zakradli się do pensjonatu i zastrzelili senatora Tadeusza Hołówkę.
Każdy mógł powiercić Tuż obok sielskich pejzaży i wielkoświatowego szyku Truskawca płonęło piekło Borysławia. Przed wojną było to trzecie pod względem powierzchni - po Warszawie i Łodzi - miasto w Polsce. Wyrosło błyskawicznie na ropie naftowej. Z Borysławia pochodziło trzy czwarte wydobycia ropy w II RP. Nie obowiązywały tam żadne zasady, żadne ograniczenia, wiercić szyby naftowe mógł każdy - i wszędzie. Wieże wiertnicze stały więc jedna przy drugiej (było ich w sumie ponad 1500), wtulone między ziemne i żelazne zbiorniki na ropę naftową, oplecione rurociągami.
Gorączka czarnego złota ściągała tu poważnych kapitalistów i typy spod ciemnej gwiazdy. Wszyscy wiercili i marzyli, że właśnie z ich szybu tryśnie czarny gejzer. Taki jak z odwiertu Wacława Wolskiego - gigantyczny jak na borysławskie warunki strumień dawał 50 wagonów dziennie - tak wiele, że właściciel, nie mogąc wywieźć tego bogactwa, przegrodził jeden z jarów ziemnym wałem i na przedmieściu stworzył jezioro czystej ropy.
Leopold Staff, który odwiedził Borysław w 1904 r., w liście do kolegi pisał z przejęciem, że był w przedsionku dantejskiego piekła. Ulice w Borysławiu przypominały solne bagna, w których brodziły konie z sierścią do połowy tułowia wypaloną przez solankę. W słonym błocie łyskały tłuste plamy ropy.
Nad tym bagniskiem układano drewniane chodniki. Miasto cuchnęło wyziewami nafty, wstrząsały nim eksplozje gazów w szybach, dławił je dym pożarów. Na przełomie XIX i XX w. technika gaszenia szybów stała nisko. Bywało, że odwierty płonęły i po kilka miesięcy, nocami oświetlając Borysław apokaliptyczną łuną.
Szaleństwo ropy uniosło też Drohobycz, choć tej części kresowego trójmiasta udało się zachować bardziej cywilizowany charakter. Szyk i bogactwo kamienic reprezentacyjnej ulicy Stryjskiej, budowanych wedle najnowszych mód, zainspirowały Schulza do napisania "Ulicy Krokodyli".
Zwycięzcy w wyścigu po czarne
złoto tarzali się w prawdziwym złocie. Pyszne kamienice i wille budowali na miejscu, ale też w Truskawcu, we Lwowie, w Wiedniu nawet. Przez dworzec w Drohobyczu napływała rzeka luksusowych mebli, dzieł sztuki, wytwornych win i kreacji. Drohobycz był bodaj najbardziej zmotoryzowanym miastem przedwojennej Polski, po jego brukach mknęły wtedy sportowe bugatti i harleye-davidsony.
Prof. Nicieja, autor pamiętnego "Cmentarza Łyczakowskiego we Lwowie", opisując losy wielkich drohobyckich i borysławskich nafciarzy, rekonstruuje uniwersalny klimat epoki wielkiego, nagłego bogacenia się, gdy lawina łatwych pieniędzy odkrywa najpiękniejsze i najciemniejsze strony ludzkiej natury, gdy bajecznie bogaci filantropi sąsiadują z moralnie zdegradowanymi, którzy muszą płacić za wszystko, a za namiastki miłości i przyjaźni zwłaszcza. Tak było podczas kalifornijskiej gorączki złota, naftowej w Pensylwanii, kauczukowej w dorzeczu Amazonki.
Borysław i Drohobycz były piekłem nie tylko z powodu boschowskich krajobrazów. Były piekłem dla wyzyskiwanych, głodnych, zawsze czarnych od ropy robotników. Na samym dnie byli borysławscy łebacy, w znakomitej większości Żydzi. Z kałuż, przydrożnych rowów, z zaolejonej rzeki Tyśmienicy za pomocą pędzli z końskiego włosia wychwytywali resztki ropy. Potem ropę tę wyciskali rękoma do wiadra.
Końcem niezwykłego mikroświata kresowego trójmiasta była wojna. Najpierw we wrześniu Luftwaffe zbombardowała i spaliła państwową rafinerię Polmin - przed wojną największą i najnowocześniejszą w Europie. Polmin płonął przez trzy tygodnie. Odbudowany przez hitlerowców został obrócony w perzynę przez amerykańskie bombowce w czerwcu 1944 r. Na te rafinerie Borysławia i Drohobycza, w których udziały miał kapitał amerykański, nie spadła ani jedna bomba.
Sowieci wywieźli, wymordowali polskie elity kresowego trójmiasta. Hitlerowcy wymordowali drohobyckich i borysławskich Żydów. Jednymi z nielicznych, którzy ocaleli, są wynalazca i pisarz Wilhelm Dichter oraz były ambasador Izraela w Polsce Szewach Weiss. Rodzinę Weissa ukrywała Polka, której syn, funkcjonariusz ukraińskiej policji, brał udział w mordach na mieszkańcach getta.
Po wojnie pół wieku władzy sowieckiej zniszczyło wszystko - prócz resztek przedwojennej społeczności także architekturę i ducha kresowego trójmiasta. Piękne przedwojenne wille burzono dziesiątkami pod budowę betonowych bloków. Baśniowa epopeja nieba splecionego z piekłem skończyła się.