Niewidzialna ręka
Adam Zagajewski
Znak, Kraków
Emila Ciorana Zagajewski przyłapał w dziennikach na wyznaniu, że potrafi pisać wyłącznie w stanach depresyjnych (podobnie jak Philip Larkin, melancholijny i złośliwy brytyjski poeta) i przez to obcina górną warstwę ducha. "Ja natomiast - wyznaje autor "W cudzym pięknie" - mogę pisać tylko w okresach radości albo przynajmniej pogody".
Zagajewski w kręgach młodej poezji polskiej uchodzi niemal za poetę "wyklętego", ale w innym sensie, wyklętego a rebours - kogoś, kto przyznaje się do solidarności z mieszczaninem. Rozpoznaje po prostu człowieka "w tym szkaradnym potworze, który za chwilę zdejmie okulary, odłoży książkę i w najlepszym humorze odbędzie dla zdrowia krótki spacer". Czy w tych łagodnych, pozbawionych zjadliwości zdaniach nie ma gombrowiczowskiej przekory wobec poezji będącej nieustannym wspinaniem się na palce, śrubowaniem metafory, odsłanianiem rozdarcia? To wszystko też może być sztampą.
Zagajewskiego stać na to, żeby oddać hołd Gałczyńskiemu, ulubionemu poecie jego rodziców. "Poza tym na ogół nie czytali wierszy", ale chcieli ocalić "to niewidzialne coś", "szept wielkiej poezji", który może stać się "cichym, cierpliwym hymnem życia", zwykłego, "mieszczańskiego" życia. Ono też stąpa nad otchłanią przykrytą po herbertowsku zwykłą słomianką, o którą wycieramy buty przed wejściem do
mieszkania. Czy takie wyznanie poety bądź co bądź pierwszorzędnego, choć mającego wśród młodszych poetów wielu przeciwników ("Oni cię nie lubią, mówi R."), nie wymaga dzisiaj śmiałości?
Czytam poetów przeklętych, poetów schizofreników, poetów samobójców, ale czekam zawsze na nowy tom Adama Zagajewskiego - poety stanów normalnych, poety "końca rewolucji", który mówi, że "trzeba się leczyć". Autor "Niewidzialnej ręki" pyta retorycznie, jakby z lekkim uśmiechem, czy "trzeba wziąć na siebie cały ciężar świata"? I odpowiada z ewangeliczną przekorą: tak, ale po to, żeby "uczynić go lekkim, znośnym" i móc zarzucić na siebie jak plecak. "Cały ciężar? Krew i brzydotę? To niemożliwe". W tych wierszach jest ciemność, ale rozświetlona jak piwnica, do której schodzi się z latarką; mistyka, ale przepuszczona przez firankę codzienności.
W wierszu "Vita contemplativa" podziw dla berlińskiego muzeum oblanego "ciemnymi wodami" kanałów, dla starożytnych budowli i rzeźb, które "wiele widziały", okaleczonych jak inwalidzi wojenni, prowadzi do kontemplacji "chwili bez godziny, jak powiedział poeta,/ którego w Lublinie zabiła bomba".
Piękne porównanie: "Ołtarz, przed którym nikt się nie modli./ Oto czym jest vita contemplativa." Oto typowa dla Zagajewskiego figura: radość, do której prawo z różnych powodów jest nam odmawiane, której nie umiemy zmieścić ani w życiu, ani w kulturze, a którą poeta nie powinien gardzić. Obrazy momentalnego szczęścia, wyklęte przez współczesną sztukę, zostały odesłane do reklamy, skąd przychodzą do nas w szyderczej karykaturze - Zagajewski stara się je włączyć na powrót w obręb wysokiej poezji. To też jest rodzaj transgresji, tyle że w sferę jasności, ciszy. "W czarnych murach tlą się jasne myśli". Wszystko ma swoje przeciwstawienie: jawa i sen, mrok i blask, świat i umysł. Jak uchwycić moment równowagi?
Znakiem szczególnym, melodią Zagajewskiego jest ton rezygnacji, za którą przychodzi niespodziewane, momentalne uniesienie. Jest w tym znany paradoks życia duchowego: moment olśnienia przychodzi czasem w chwili rezygnacji. Uniżenie, przyznanie się przed sobą do słabości jest sposobem, żeby zmierzyć się z czymś "większym od nas". Wiersze Zagajewskiego z nowego tomu balansują na granicy tego stanu, są jego czułym opisem.
W tomie "Niewidzialna ręka" znajduje się kilka wierszy programowych mówiących o poezji i statusie poety. Jeden z nich, szczególnie istotny, kończy się poufałym zwrotem: "już i tak za dużo powiedziałem". To "jerzyki szturmujące kościół św. Katarzyny". Obraz jak z klasycystycznego poematu, z początku chłodny i uważny, opisowy, stopniowo coraz bardziej ekstatyczny, przechodzący w wielką metaforę. Ptaki obijające się o mury nieukończonego gotyckiego kościoła "są obrazem ekstazy, ale nie są ekstazą/ nie mogą nią być, nie chcą, nie potrafią". To tylko ptaki, które nie mają nic z wielkich mistyków, "nie są Janem od Krzyża ani Katarzyną z Aleksandrii lub Katarzyną Sieneńską...". My - czyli poeci i ich czytelnicy - również nie jesteśmy mistykami. To właśnie jest moment rezygnacji, ale nie wiedzieć kiedy, tworzy ona miejsce dla entuzjazmu. Jerzyki w swoim szalonym ataku (" nie umieją/ poruszać się po ziemi"), "w gwizdach przenikliwych i szorstkich, zupełnie nieludzkich,/ konkurujących z dzwonkami telefonów komórkowych", pod spojrzeniem obserwatora, który jest "trochę trzeźwy i trochę szalony", stają się częścią aktu poetyckiego, który można porównać do mistycznego aktu pojednania ze światem, czystego podziwu dla niego, "zanim powróci noc, komary i ignorancja".
Powierzchnia tych wierszy mieni się, jest chłodna i gorąca na przemian. Są jasne, ale dotyczą czasem stanów niejasnych. Ciekawe połączenie sprzeczności: pycha i skromność, entuzjazm i ironia poety, który w eseju opublikowanym w najnowszych "Zeszytach Literackich" definiuje poezję słowami: "lekka przesada".
Wobec mowy potocznej poezja jest przesadą. Tęsknimy za tą przesadą, "za obrazem, za trafnym porównaniem, za metonimią. Gdy jednak przesada potęguje się (...) zaczyna nam brakować precyzji i skromności wypowiedzi zupełnie prozaicznej, takiej, jaką lubią inżynierowie, stanowiący bądź co bądź znaczną część ludzkości". Zagajewski z powodzeniem łączy obie te mowy: poetycką i prozaiczną, wysoką i potoczną. Może nasi rodzice, wujowie i ciotki - pisze - "byli poetami dobroci i zwykłości - ale jak bardzo niemymi, jakże nieśmiałymi! Przepaść dzieliła ich od poetów aktywnych i uznanych. Gdzieś ponad nimi, w arktycznej ciszy pracował niestrudzony, niewidzialny czarny poeta tego stulecia, ironista, sceptyk (...), nieszczęśliwy i arogancki".
Ironia kryje się w portrecie tego "czarnego poety". Można dotykać spraw ostatecznych, opisując jazdę tramwajem w czasach gliwickiej młodości ("Ostatni przystanek"): "myślałem, że na ostatnim przystanku/ odsłoni się sens wszystkiego,/ale nic się nie stało, nic,/ motorniczy jadł bułkę z serem,/ dwie stare kobiety cicho rozmawiały/ o cenach, o chorobach".
Zobaczyć w czymś takim rzeczy ostateczne - to wyższa
szkoła jazdy, mistyka dnia powszedniego. "Tylko jedno wiem: to istnieje, nawet jeżeli znika".