Grzegorz Lisicki: Naprawdę Polska jest tak zaśmiecona przez reklamę? Elżbieta Dymna: Tak. Dziwią nas reakcje pełne niedowierzania. To, co jest na naszych zdjęciach, widać przecież dookoła. Zdjęcia robiliśmy podczas wyjazdów do różnych miast, nad morze, w góry. Wszędzie reklamy agresywnie atakują. Panuje bałagan i brzydota. Najgorsze, że po obejrzeniu zdjęć trzeba wyjść na zewnątrz i oglądać to na własne oczy. To aż boli.
Marcin Rutkiewicz: Weźmy zdjęcie otwierające album, z przedmieść Częstochowy. Na kupie stoją tablice reklamowe: biało-granatowa oferta salonu samochodowego, olbrzymia żółto-czerwona McDonalda. Jedna wyższa, druga niższa. Jedna pozioma, druga pionowa, a nad wszystkim góruje wiadukt oklejony żółto-niebieskim bannerem Castoramy. W samym środku tego bałaganu stoi niepozorna tablica: Jasna Góra, 8 km. To zdjęcie jest fantastyczną metaforą naszego kraju.
To też świadectwo szczególnego momentu rozwoju gospodarki rynkowej w Polsce. E.D.: Pewnie za 30 lat ludzie oglądający te zdjęcia nie będą mogli uwierzyć, że pozwoliliśmy, by nasz kraj tak wyglądał. Chcemy, żeby ludziom w Polsce otworzyły się oczy. Bo najgorsze, co mogło nas spotkać - i spotkało - to zobojętnienie na ten bałagan.
M.R.: Album to również analiza przyczyn tego stanu i propozycje koniecznych zmian. To także zrobione przez nas prywatne badanie opinii publicznej. Można powiedzieć, że jakościowe. O wypowiedź poprosiliśmy bowiem szereg osób tworzących polską kulturę: Jacka Żakowskiego, Zbigniewa Hołdysa, prof. Andrzeja Bliklego, Marcina Mellera, Wilhelma Sasnala, Fisza, Wojciecha Eichelbergera, Edwarda Dwurnika, prof. Stefana Kuryłowicza, Magdalenę Cielecką, Vienio i wielu innych.
Niemal wszyscy mówią to samo. Magdalena Staniszkis, urbanistka, postuluje wojnę totalną z działalnością reklamową. "Z okupantem się nie negocjuje" - napisała. "Zmasowana degradacja" - to prof. Blikle. Marcin Meller: "Kiedy na to patrzę, chce mi się rzygać". Skąd takie postawy wobec reklamy zewnętrznej? M.R.: Branża reklamowa dysponuje badaniami, z których wynika, że tylko 6 proc. ludzi postrzega reklamę jako problem. Wierzymy, że to prawda. Pewne wyjaśnienie, dlaczego tak jest, dał wypowiadający się w albumie Michał Chaciński: ktoś uciął nam część mózgu odpowiedzialną za percepcję. Zobojętnieliśmy, nie widzimy problemu.
I właśnie to stało się motorem naszych działań.
E.D.: Degradacja przestrzeni publicznej przez reklamę w Polsce stała się zagrożeniem kulturowym. Mamy na to dowody - 200 stron naszego albumu. Widać szczególną cechę reklamy - niepowstrzymane dążenia do zawłaszczenia przez nią całego świata. Pokazujemy plaże zamienione w reklamowe pola bitew, miejsca szczególnie wartościowe krajobrazowo upstrzone koślawymi tablicami, kościoły obstawione billboardami itd.
To chyba reklama dzika. E.D.: Z tą oferowaną poprzez duże międzynarodowe często firmy nie jest lepiej. Oni się biją na lokalizacje. Ile razy już to było mówione: firma A stawia swój nośnik w miejscu X. Za chwilę w tym samym miejscu zjawia się firma B. Jej billboard jest większy, wyższy - musi być lepsza niż konkurencja. Potem przyjeżdża firma C. Ta stawia już billboard gigant, na dodatek na ukos. I tak w kółko. Skutek oszałamiający. Tego mamy na zdjęciach mnóstwo. Przygnębiający przykład to Zakopane, które nawet zabytkowy budynek, który powinien być ozdobą Krupówek, pozwala oklejać z każdej strony billboardami i ekranami
wideo. Pokazujemy, jak reklama wdziera się na stare dworce
PKP i zabytki w Gdańsku, Krakowie, we Wrocławiu, w Warszawie. Jak przyczepia się do miejsc kultu religijnego, cmentarzy. Przygnębia tandetna siata na Bibliotece Jagiellońskiej i dmuchany balon obok. Kiczowate bannery na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych czy Uniwersytecie Warszawskim pokazują jądro problemu - reklama to łatwe i spore pieniądze. Nawet szacowne instytucje ich bardzo potrzebują. Oklejają się więc reklamą i w ten sposób dają przykład z góry.
M.R.: W zeszłą sobotę naszą prezentację oglądał prezydent Poznania i jednocześnie prezes Związku Miast Polskich Ryszard Grobelny. Dla samorządowców z tego związku nieokiełznany zalew reklam to bardzo istotny problem. Ale samorządy nie mają skutecznych narzędzi prawnych, by regulować ład przestrzenny i powstrzymać reklamowy potop.
Wy lobbujecie za ustawą, która reklamę w Polsce ucywilizuje. M.R.: Nasz album wyślemy do kilkuset znaczących osób. Do ministrów, posłów, czołowych dziennikarzy, ludzi kultury. Także do przedstawicieli firm reklamowych. Chcemy, by wielu ludzi widziało potrzebę zmian. Uważamy, że doraźne zmiany w prawie, łatanie dziur nie rozwiążą problemu. Konieczna jest odrębna ustawa precyzyjnie regulująca sferę informacji komercyjnej. W albumie dajemy konkretną propozycję, co można z tym zrobić: wprowadzić regulacje dotyczące sytuowania reklam, możliwości limitowania liczby nośników reklamowych w miastach i gminach. Postulujemy też, by pojawiły się strefy ochronne całkowicie wolne od reklam: tereny zielone, rekreacyjne, miejsca kultu religijnego i cmentarze, miejsca pamięci, szkoły i uczelnie.
E.D.: Nie walczymy z reklamą, chcemy, by wzbogacała przestrzeń publiczną, a nie niszczyła jej. Wierzymy, że wspólnym wysiłkiem możemy uporządkować ten chaos. Po to zrobiliśmy ten album.
*
Elżbieta Dymna i Marcin Rutkiewicz - założyciele warszawskiego stowarzyszenia MiastoMojeAwNim.pl, które stara się o ucywilizowanie rynku reklamy zewnętrznej w Polsce, podejmuje też społeczne akcje czyszczenia ulic Warszawy z nielegalnych plakatów i ogłoszeń, które oblepiają ściany, słupy i latarnie. Organizatorzy spotkań Okrągłego Stołu Reklamowego, podczas których przedstawiciele władz miasta i urzędów oraz branży reklamowej rozmawiają o sposobie unormowania obecności reklam w Warszawie. Polski outdoor - reklama w przestrzeni publicznej, Elżbieta Dymna, Marcin Rutkiewicz, wydawnictwo Klucze Sp. z o.o.