http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Smutna prawda o Jacksonie

Robert Sankowski
2009-11-02, ostatnia aktualizacja 2010-08-12 23:37

Miał być wielki comeback, został tylko film z przygotowań do koncertów - na ekranach kin możemy oglądać dokument "Michael Jackson's This Is It". To na pewno nie jest rzetelny, niezależny dokument, który pozwalałby przyjrzeć się bliżej ostatnim miesiącom Jacksona



Ten obraz wzbudzał kontrowersje, zanim jeszcze trafił na ekrany. Z jednej strony była ekipa z reżyserem Kennym Ortegą (odpowiedzialnym za przygotowywany show i za sam dokument), który zapewniał, że "This Is It" jest uczciwym zapisem tego wszystkiego, co działo się na próbach poprzedzających serię 50 londyńskich koncertów Jacksona, które miały rozpocząć się w lipcu tego roku. Miał to być wielki show - zarówno efektowny powrót na scenę i jednocześnie pożegnanie gwiazdora z publicznością, jak i gigantyczne przedsięwzięcie biznesowe ratujące wokalistę z wielomilionowych długów.

Z drugiej strony jest spora grupa fanów Michaela sceptycznych nie tylko wobec filmu, ale i powrotu artysty na scenę. Według nich - najbardziej zagorzali przeciwnicy powrotu zorganizowali nawet kampanię "This Is NOT It" - przygotowania do serii londyńskich koncertów były bezpośrednim powodem śmierci gwiazdora. Jackson pracował na próbach ponad siły, był poważnie osłabiony, zdawał sobie sprawę ze swoich ograniczeń i bał się powrotu na scenę, a jego stan fizyczny i psychiczny był utrzymywany w tajemnicy przez najbliższych współpracowników. Ich zdaniem ekipa Michaela - w tym Ortega - jest współwinna jego śmierci. To, co oglądamy w "This Is It", jest więc tylko konsekwencją tej sytuacji: wielką mistyfikacją, która ma zatuszować prawdę.

Jaka jest prawda?

"This Is It" to na pewno nie jest rzetelny, niezależny dokument, który pozwalałby przyjrzeć się bliżej ostatnim miesiącom Jacksona. Nakręcony pomiędzy kwietniem a czerwcem (ostatnie zdjęcia zrobiono na kilka dni przed śmiercią artysty 25 czerwca) koncentruje się tylko na zawodowej stronie życia Michaela - próbach przed londyńskimi występami, które odbywały się w dwóch salach koncertowych w Los Angeles. Ortega zapewnia, że cały materiał filmowy zrealizowano niejako przypadkiem, na prywatny użytek gwiazdora i jego współpracowników. Trudno mu wierzyć, gdy w niektórych scenach oglądamy pracujących na scenie członków zawodowej ekipy filmowej. Z zarejestrowanych około 100 godzin zdjęć w imponującym stylu zmontowano trwający 112 minut dokument. Jackson wypada w nich lepiej niż dobrze. Nie ma w nim nic z podupadłego idola i dziwaka, jakiego przez ostatnie lata oglądaliśmy w tabloidach. Jest artysta, który jak na rzekomy wrak człowieka jest zaskakująco pełny życia. Tańczy, śpiewa, jest pełen pomysłów na swój show. Potrafi być też zaskakująco stanowczy - owszem, wciąż ma dyskusyjny gust, jeśli chodzi o ciuchy, wciąż irytująco często powtarza wszystkim: "I love you", ale zamiast przemawiającego falsetem Piotrusia Pana, oglądamy faceta z krwi i kości, który kiedy trzeba, wie, jak postawić na swoim. Czy Michael był naprawdę w tak dobrej formie, czy też mamy do czynienia ze sprawnym oszustwem? Byłby w stanie na żywo zaśpiewać bez przerw cały materiał, który oglądamy w filmie? To, co "This Is It" pokazuje jako namiastkę pełnego show, to przecież montaż wielu sekwencji, które oddzielać mogły całe godziny, dni, nawet tygodnie. Co działo się między nimi, tak naprawdę nie wiadomo.

"This Is It" wymusza dystans

Jackson nie umarł przypadkowo. Jego uzależnienie od leków trwało od lat. Nie mogło pozostawać bez wpływu na próby w Los Angeles. Sam Michael zdaje się to chwilami potwierdzać. W wielu fragmentach filmu jest już tylko cieniem siebie sprzed lat. Kontrast między nim a świetnie naśladującymi układy choreograficzne z jego dawnych klipów młodymi tancerzami jest uderzający. - Wy możecie dawać z siebie wszystko, ja muszę się oszczędzać na koncerty. Nie prowokujcie mnie, żebym szedł na całość - mówi do nich w pewnym momencie. Brzmi to jak wymówka, za którą gwiazdor ukrywa swoją prawdziwą kondycję.

Mimo to magia Jacksona w "This Is It" chwilami wraca. Nie trzeba być wielkim fanem jego płyt, aby dać się zahipnotyzować temu, co dzieje się na ekranie podczas "Wanna Be Startin' Somethin", "Smooth Criminal", "Beat It" czy "Billie Jean". Przez moment łatwo zapomnieć o zmontowanych ujęciach czy przesadnie klarownym brzmieniu, które każe podejrzewać, że słuchamy nie prawdziwego głosu Michaela z próby, lecz podłożonych w postprodukcji nagrań studyjnych. Łatwo zapomnieć nawet, że to nie prawdziwy koncert, a tylko przymiarka do rzeczywistego show.

Rozmach tego, co pokazuje "This Is It", daje niezłe wyobrażenie, czym byłyby londyńskie koncerty. Komputerowe ujęcia kręcone do "They Don't Care About Us", wielopiętrowa scenografia do "The Way You Make Me Feel", przesadnie efekciarskie sekwencje, które miały towarzyszyć "Thrillerowi", fragmenty pokazujące pracę pirotechników czy specjalistów od kostiumów - wszystko to daje wyobrażenie, jak gigantyczną produkcją było "This Is It" i jak wielkie zaangażowano w nią pieniądze. To jeszcze jedna, ukryta między wierszami prawda o formie Jacksona - prawie każdy prezentowałby się nieźle na scenie przy takim nakładzie środków i nagromadzeniu najnowszych technologii.

Mimo kontrowersji ten film jest skazany na sukces. Według wstępnych kalkulacji tylko w ciągu pierwszych pięciu dni (będzie pokazywany jedynie przez 2 tygodnie) dokument zarobił ćwierć miliarda dolarów. A przecież równolegle z filmem ukazała się też płyta o tym samym tytule. W archiwach czekają nieznane nagrania Michaela. Na martwym Jacksonie show-biznes długo jeszcze może zarabiać równie dobrze - a może i lepiej - niż na żywym. I to chyba jedyna prawda, którą przekazuje "This Is It".



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 48 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    51 głosów