Chodząc po wystawie "Schizma" w CSW poświęconej sztuce lat 90., natknęłam się na masę obiektów z lat 90. i na kilka nowych. Z nich zachwyciły mnie dwie instalacje - Maurycego Gomulickiego i Romana Dziadkiewicza. Gomulicki wypełnił powierzoną mu salkę kasetami VHS z trzeciorzędnymi filmami s.f. i horrorami - ustawił je na półkach i pochlapał czerwoną farbą. Wróciła upiorna dekada postkomunistycznego smutku i dyskusji o tym, od kiedy i do jakiego stopnia Polska leży na tzw. Zachodzie. Pomyślałam, że mam nagle kontakt z tą epoką, którą czterdziestolatek Gomulicki świetnie pamięta, i że niestety nie mam z nią kontaktu w pozostałej części wystawy. Nawet jeśli tak dużo miejsca poświęcono tu archiwum CSW.
Zamek Ujazdowski spełniał w tym czasie rzeczywiście bardzo ważną rolę. Nie było jeszcze tak wielu galerii sztuki najnowszej. Odbywały się tu zarówno wielkie przeglądowe wystawy, jak i debiuty, gromadzono kolekcję, nawet produkowano prace artystów i jeśli jakiś historyk zechce kiedyś pisać o tej dekadzie, dużo czasu będzie musiał spędzić w archiwum CSW. Problem w tym, że do tego archiwum podszedł teraz kurator pracujący w CSW - Adam Mazur. Dlatego wcale się nie dziwię, że nie jest to przegląd krytyczny. Część archiwalna jest ciekawa, ale zbyt wyraźnie widać, że jest robiona z pozycji podwładnego. Trzygodzinny wywiad z dyrektorem CSW Wojciechem Krukowskim puszczony został z głośnika w kącie jednej z sal; ktoś ma ochotę odsłuchać? Proszę bardzo, ale na stojąco. Chyba że w tym zabiegu, na jego nieosiągalnym dla mnie poziomie, jest zakamuflowana jakaś wewnątrzinstytucjonalna krytyka.
Wystawa prócz archiwum, czyli zdjęć, nagrań audio i
wideo, prezentuje także dużo obiektów sztuki z kolekcji CSW. Jednak zamierzenie "rewizjonistycznej prezentacji kolekcji CSW", o czym czytam w ulotce wystawy, spaliło na panewce. Trudno robić rewizję od wewnątrz, bo zawsze zadziała autocenzura.
Pytanie brzmi: jak można było zrobić wystawę rewidującą utarte schematy mówienia o sztuce lat 90., mając do dyspozycji tylko kolekcję Zamku Ujazdowskiego, który był wtedy "głównym rozgrywającym"? Wtedy, w dekadzie lat 90., wystawa na zamku decydowała o tym, czy ktoś jest ważny, czy nieważny, czy przejdzie do historii. Jak zrobić rewizję, mając tak związane ręce? A całkowicie się zgadzam, że jeśli cokolwiek warto robić dzisiaj, to właśnie rewizję. Jednak rozumiem ją w inny sposób - jako krytyczne przyjrzenie się własnym działaniom i poglądom. W rewizję, w której nie ma wewnętrznej walki, po prostu nie wierzę. Może ona się zamienić tylko w powtarzanie własnej mitologii i to właśnie się stało na Zamku Ujazdowskim.
Oglądając wystawę, zadawałam sobie pytanie, co byłoby ciekawsze. Myślę, że spotkanie z artystami. Brakuje mi tutaj sztuki, za wielkie jest ciśnienie kuratorskiej wizji. Są momenty świetne - znakomita Alicja Żebrowska z pełną wersją "Grzechu Pierworodnego" (kobieta rodząca lalkę Barbie), fascynujący wczesny Libera z rzeźbami wideo "Kaczką" i "Kąpielowiczem". Ale niepotrzebnie ich prace zostały ustawione w jakieś sztuczne ciągi, formacje gatunkowe czy tematyczne. Film z dokumentacją "Lego" Zbigniewa Libery jest na tej wystawie wprowadzeniem do "Berka" Artura Żmijewskiego, czyli oglądamy to, o czym już sto razy czytaliśmy: artyści polscy w latach 90. wyrażają w swojej sztuce traumę wojny i Holokaustu. Pachnie podręcznikiem.
Dlatego kiedy weszłam do pomieszczenia urządzonego przez Romana Dziadkiewicza, gdzie na podłodze zostały rozsypane jesienne liście, a wśród nich też jakby rozsypane wczesne prace artysty, całość zaś zatytułowana "Smród Młodości", poczułam, że znów ktoś mówi do mnie o czymś, co ma sens, co jest jego własnym wspomnieniem, rozliczeniem, może nawet właśnie rewizją. I miałam poczucie tak wielkiego rozziewu tej pracy z resztą wystawy, że kiedy zobaczyłam pod ścianą zmięty czarny przedmiot ze sztucznego tworzywa, omyłkowo przeczytałam podpis "Płacz Zbigniewa Libery". Chodziło jednak o płaszcz, który autor dostał kiedyś od artysty i który właśnie leżał na podłodze.
Wystawę zgubił brak decyzji: pokazujemy sztukę lat 90. czy robimy rekonstrukcję historii zamku? Decyzji, której nie zabrakło, co ciekawe, w dwóch innych wystawach poświęconych kolekcjom - w Zachęcie i Muzeum Narodowym. Wystawa w Zachęcie przygotowana przez artystę Karola Radziszewskiego miała na celu przetrząśnięcie kolekcji i pokazanie jej w inny niż dotąd sposób. Pokaz w Muzeum Narodowym to ingerencja w stałą wystawę przy pomocy rzadko pokazywanych obiektów z kolekcji.
Obie są znakomite. Radziszewski powyciągał ze zbiorów Zachęty obrazy kupowane do kolekcji w latach 70. i 80. i zrobił z tego świetny pokaz vintage. Skonfrontował je z ogromną instalacją Edwarda Krasińskiego, nie mówiąc do końca, co mamy na ten temat myśleć, co jest, uważam, humanitarnym podejściem do widza. Prowokacyjne i ciekawe są "Interwencje" w Muzeum Narodowym. Dziewczyna z Iraku witająca się z amerykańskim żołnierzem z "Pozytywów" Libery zestawieni są z "Pocałunkiem" Rodina, chińska rzeźba przedstawiająca wojownicze bóstwo - z "Bitwą pod Grunwaldem". Jest dowcipnie, lekko, ironicznie. Zamek wobec tych gestów wygłosił solenny referat.
"Schizma", CSW Warszawa, do 15 listopada, "Siusiu w torcik", Zachęta, do 22 listopada, "Interwencje", Muzeum Narodowe w Warszawie, do 30 grudnia.