"Frascati", autobiograficzna książka Ewy Kuryluk, w której autorka opowiada traumatyczną historię swojej rodziny, przyćmiła nieco inną jej książkę, też wydaną niedawno, zatytułowaną "Kangór z kamerą", i też autobiograficzną, ale inaczej. Kuryluk zdaje tu relację ze swojego życia - nie za pomocą tekstu, ale obrazu, a konkretnie obrazu fotograficznego.
O tym, że ta znana malarka i rysowniczka czasami także fotografuje, było wiadomo od kilku lat. Autofotografie Ewy Kuryluk pojawiały się na jej ostatnich wystawach. Jednak dopiero przeglądając album poświęcony wyłącznie jej autoportretowej fotografii, widzi się skalę zjawiska.
Fotografia to nie margines jej działań, ale jedna z głównych obok malowania i pisania spraw prowadzona bez wytchnienia przez całe życie. Według informacji artystki w jej archiwum może być nawet 10 tys. zdjęć. Są to fotografie wykonywane od 1959 r. do dzisiaj. Robione przeważnie w samotności, a jeśli z kimś, to bardzo bliskim - bratem albo mężem. To, o czym czytamy we "Frascati" - trauma wywołana chorobą matki i brata, śmierć ojca, wcześnie uzyskana samodzielność - w jakiś sposób przedostaje się także do zdjęć Ewy Kuryluk.
Najpierw jest to miła dziewczyna, która robi zdjęcia z ciekawości i zapewne dla przyjemności. Od końca lat 60. fotografia dojrzewa razem z nią, widzimy coraz więcej autodestrukcji, wnikania w to, co bolesne, związane z chorobą, cierpieniem. Zimą 1969 r. po upadku na nartach robi sobie zdjęcia z rozbitą twarzą i strużką krwi cieknącą z nosa. To już odbiega od stereotypowego obrazu kobiety na fotografii w tym czasie oraz od stereotypowego sposobu użycia fotografii przez kobietę-artystkę.
Są też akty robione konsekwentnie i uparcie przez całe życie, bez znieczulenia. Są takie, gdzie artystka uwodzi i chce się podobać, ale i takie, gdzie efekt uwodzenia zostaje zniszczony. Cały czas mam też wrażenie prowadzenia dialogu ze sztuką, głównie z tradycją tzw. aktu, czyli ze sposobem, w jaki mężczyźni reprezentowali w sztuce kobietę. To, co robi Kuryluk, to swego rodzaju demistyfikacja aktu. Tak to wygląda naprawdę - mówi artystka - odgrywając sceny jak z Bonnarda lub z Degasa. Naprawdę, czyli bez filtru męskiego oka. Kobieta wchodzi do wanny, wyciera się ręcznikiem i bardzo się stara, żeby się nie poślizgnąć, poruszając się trochę ciężko i niezgrabnie. Żartem na marginesie tej samej tradycji są sceny zdejmowania majtek. Kobieca nagość jest w sztuce wzniosła, kobieta w sukni też, lecz co było wcześniej? Nawet Wenus z Milo musiała w jakimś momencie zdjąć lub włożyć majtki.
Prócz dialogu ze sztuką i dialogu z własnym życiem jest tu coś, co wykracza poza doświadczenie jednostki i artystki. Czegoś udaje się tutaj dotknąć, sprawy trudnej, ale najciekawszej. Pokazany zostaje moment, kiedy spojrzenie własne, a jednak zewnętrzne staje się sposobem zachowania integralności, określenia własnych granic.
W tych fotografiach ujawnia się skrajny egotyzm, ale mam poczucie, że jest to jednocześnie siła ratująca życie, skupiająca to, co własne w jednym ciele i spojrzeniu. Jest niezwykle ciekawe, że wobec nomadycznego życia Ewy Kuryluk, która w ciągu ostatnich 50 lat przenosiła się z miejsca na miejsce, o czym świadczą podpisy pod zdjęciami: Stuttgart, Wiedeń, Warszawa, Nowy Jork, Paryż, Tokio itd., jej własne ciało wydaje się czymś w rodzaju stałego adresu zamieszkania.
Jest tym także feministyczny manifest - kobieta może być bezdomna, ale zawsze może zakorzenić się we własnym ciele.
Fascynujący jest także dla mnie aspekt polityczny tej historii. Odnajduję go w autofotografiach, ale i na wystawie wczesnych obrazów Ewy Kuryluk w galerii Art+on w Warszawie, którą można tam oglądać do końca października. Pokazane tam zostały obrazy z przełomu lat 60. i 70., które przez ostatnie trzy dekady nie oglądały światła dziennego.
Mam tu na myśli obrazy z końca lat 60. pt. "Człekopejzaże". To kolejne odkrycie dotyczące przecięcia dramatycznych wydarzeń roku 1968 ze sztuką. W "Człekopejzażach" sylwetki niby-ludzkie, splecione ze sobą, płynące w przestrzeń, wydają się zapisem tego, co wtedy wisiało w powietrzu - zagrożenia, nienawiści, zerwania więzów społecznych, wpychania jednostek w sytuacje uwikłania i zależności.
Nie znałam tych obrazów, teraz z ich perspektywy inaczej patrzę na późniejszą twórczość artystki, a także na polską sztukę przełomu lat 60. i 70. To kolejny powód do bardziej politycznego spojrzenia na twórczość artystów tego czasu, choć nie wiem, czy należy do historii awangard. Co też jest zresztą ciekawe: Ewa Kuryluk chyba świadomie zawsze starała się być na osobnej wyspie.
Kangór z kamerą 1959-2009, Ewa Kuryluk, wydawcy: Galeria Artemis i Galeria Art+on, dystrybucja Wydawnictwo Literackie
Źródło: Gazeta Wyborcza