W 1793 r. statek z lordem Macartneyem, specjalnym wysłannikiem króla Jerzego III, dotarł do wybrzeży Chin. Jego zadaniem było otwarcie Cesarstwa Niebios na handel angielski. Macartney starannie przygotował się do misji, wiózł ze sobą bogate prezenty dla cesarza. Ambasador imperium, nad którym nie zachodziło słońce, chciał olśnić egzotycznego monarchę: jego ekspedycja zabrała ze sobą planetarium, teleskopy, chronometry, bele tkanin z wełny i bawełny z Birmingham i Sheffield.
W Chinach panował wtedy cesarz Qianlong z dynastii mandżurskiej. Kończył właśnie 85 lat, za jego panowania Państwo Środka osiągnęło największy zasięg terytorialny w historii i uważało się za centrum cywilizowanego świata. W Pekinie cesarz odbierał hołdy i trybuty od władców stojących niżej w hierarchii. Władca uznał za naturalne, że odległa Europa chce mu złożyć hołd. Na znak łaski zwolnił barbarzyńcę z Zachodu od tradycyjnego kowtow (trzy uklęknięcia i dziewięć padnięć twarzą na ziemię). Zadowolił się przyklęknięciem przybysza na jedno kolano. Dary nie zrobiły jednak na cesarzu wrażenia. "Nie mamy najmniejszego zapotrzebowania na wytwory tego kraju" - kazał odpisać Qianlong, dodając, że
Chiny mają wszystko. Oferta nawiązania stosunków nie została podjęta. Gdy w 1860 r. żołnierze brytyjscy i francuscy zajęli cesarski Pałac Letni w Pekinie, w stajniach znaleźli prezenty Macartneya. Nie zostały rozpakowane.
Wyjeżdżając z Chin, Macartney, którego misja była jednocześnie handlowa i szpiegowska, napisał, że to kolos na glinianych nogach. Historia przyznała mu rację. W początku XIX w. kanonierki brytyjskie wpłynęły w głąb kontynentu i wymusiły na cesarzu zgodę na handel opium. Upadek Chin był równie niespodziewany, co porażający. Nieco ponad sto lat po wizycie Macartneya w Zakazanym Mieście ostatni cesarz abdykował, Chiny pogrążyły się w chaosie. Przeżyły wojnę domową, okupację japońską i kampanie Mao. Nie minęło kolejne 100 lat - są bankierem Ameryki, skupują światowe surowce, kolonizują Afrykę. To wszystko, nie zmieniając systemu rządzenia. Jakie będą za następne sto lat? Najlepiej, gdyby stały się demokracją. Ale czy tak będzie? Odpowiedzi należy szukać w ich historii. Jak powiedział Konfucjusz: "Badaj przeszłość, jeśli chcesz odgadnąć przyszłość".
Ostatnim 200 latom historii Chin poświęcona jest książka Jonathana Fenby'ego. Fenby to nazwisko z górnej półki światowego dziennikarstwa: był naczelnym "South China Morning Post" w Hongkongu, szefem serwisu zagranicznego Reutersa i wydawcą londyńskiego "The Observer". Należy do ekskluzywnego klubu tzw. China-watchers, doświadczonych obserwatorów Państwa Środka. Jego książka to niemal tysiąc stron fascynującej
lektury, której nie da się wpakować do bagażu podręcznego, ale warto postawić w domowej bibliotece.
Fenby nie napisał książki z tezą, choć nie unika ocen. Ostro ocenia Mao Zedonga. Pisze, że miał na sumieniu więcej zabitych niż Hitler i Stalin razem wzięci, liczbę jego ofiar ocenia na 70 milionów ludzi. Przewodniczący nie był jednak wcieleniem zła - tak widzi go Jung Chang, autorka biografii "Mao" - lecz przywódcą powstania chłopskiego, który został cesarzem, założycielem nowej dynastii.
To niejedyny fragment książki, w którym autor pisze o ciągłości chińskiego despotyzmu i widzi ten sam sposób rządzenia niezależnie od tego, czy Chiny były cesarstwem, republiką, czy demokracją ludową. Przez 21 stuleci historia toczyła się zgodnie z szablonem wyznaczonym już za panowania Qin Shi Huangdi zwanego Pierwszym Cesarzem. Były próby, by się od niego wyzwolić, a Fenby je analizuje. Rok po upadku cesarstwa w 1912 r. w Chinach ogłoszono republikę, a po roku przeprowadzono jedyne do tej pory wybory (głosu nie mieli biedni i kobiety). Raptem rok później parlament rozwiązano, a nowy silny człowiek Chin, prezydent Yuan Shikai ogłosił się cesarzem. Wywołał przeciwko sobie ogólny bunt i zmarł w 1916 r.
Demokracji domagano się jeszcze w 1989 r. na Tiananmen - o tym są aż trzy rozdziały książki wyjaśniające, jak bardzo protest studentów był zakorzeniony w chińskiej tradycji. Czynili jak konfucjańscy doradcy tronu - przemawiali do góry, liczyli, że obudzą sumienia rządzących. Nie zagrali kartą, która im się sama pchała w ręce, nie zwrócili się do społeczeństwa. Były szanse powodzenia, bo - jak pisze Fenby - w Pekinie protest popierali shimin, zwykli ludzie, którzy czuli się oszukani przez system. Nie bez powodu chińscy komuniści szczególnie bali się "Solidarności" zwanej "polską chorobą", ruchu robotników i intelektualistów. Po 1989 r. zadbali o to, by już nigdy do takiego sojuszu nie dopuścić.
Brytyjski autor wprowadza czytelnika w gąszcz chińskiej historii. Jest mistrzem zwięzłej relacji i celnych puent. Pozwala inaczej spojrzeć na przyczyny upadku cesarstwa, na fiasko republiki, powody dojścia komunistów do władzy. Naświetla kulisy wizyty prezydenta Nixona w Chinach w 1972 r. Maoiści zagrali amerykańską kartą na chłodno. Ich partnerzy Nixon i Henry Kissinger byli przegrani u startu, bo ulegali sentymentom i złudzeniom. Dali się porwać fascynacji mitycznymi Chinami i własną rolą historyczną. Przygotowali wizytę w tajemnicy przed Departamentem Stanu i własną opinią publiczną.
"
Stany Zjednoczone zamieniają się z małpy w człowieka, choć ogon jest nadal widoczny" - mówił z zadowoleniem Mao, któremu wizyta dodała sił i zapewne przedłużyła życie. Kissingera urzekł premier Zhou Enlai. Uprzejmy Zhou mówił o Kissingerze, że to "prostytutka, która się wystroiła i stoi pod naszymi drzwiami". Po odejściu od polityki Kissinger założył firmę doradczą wyspecjalizowaną w kontaktowaniu firm amerykańskich z chińskimi partnerami, często ludźmi rządu. Taki był początek szczególnej relacji między
USA a Chinami, do dziś pełnej nieporozumień.
Tylko z historycznego dystansu, tak jak to zrobił Fenby, można odpowiedzieć na pytania o dzisiejsze Chiny. Dlaczego Chińczycy popierają partię komunistyczną? W Polsce i innych krajach dawnego bloku, gdzie system się zużył, trudno to zrozumieć. A jednak w Chinach od paru lat panuje euforia. Tłumaczenie, że chodzi tylko o sukces ekonomiczny albo że to efekt propagandy, spłyca sprawę. Przyczyny leżą w historii Chin ostatnich 200 lat. Dlatego Fenby opisuje chaos, jaki zaczął się w Chinach od wojen opiumowych. Najstarsza cywilizacja świata, jedyna, jaką Chińczycy znali, załamała się na oczach kilku pokoleń. Jakby grunt osunął się pod nogami. Państwo było bezsilne, mocarstwa zachodnie odkrajały sobie co bardziej atrakcyjne kąski, w portach powstały eksterytorialne enklawy, których pilnowała
policja, u wejść do parków zawieszono (Chińczycy w to wierzą) tabliczkę informującą: "Psom i Chińczykom wstęp wzbroniony". Na świecie Chiny uchodziły za "chorego człowieka Azji". Intelektualiści głowili się, jak je podnieść. Udało się to komunistom. Nieważne, że za cenę milionów ofiar Mao. To było dawno, ludzie wolą o tym nie mówić. Dla Chińczyków ważne, że ich kraj się odrodził, liczy się w świecie, mogą być z niego dumni.
Czy Chinom uda się uwolnić od przekleństwa własnej historii? Fenby nie jest optymistą. "Przywódcy partyjni pozornie zdają się dostrzegać konieczność ewolucji systemowej, tymczasem de facto uchylają się od prawdziwego procesu zmian, tkwiąc w martwym punkcie ze względu na historię, strach, ścierające się grupy interesów, a także z racji własnych słabości" - pisze. Finał nie jest obojętny dla świata, w którym Chiny grają coraz większą rolę. Ich historia przestaje być tylko tematem dla orientalistów. Chiny są już na półkach supermarketów czy u wylotu z Warszawy, gdzie chińska firma buduje drogi. Nadchodzi era Chin, czytajmy Fenby'ego.
Dobrze, że wydano jego "Chiny", szkoda tylko, że w nieudolnym tłumaczeniu. Przepadło w nim sporo z genialnej zwięzłości Brytyjczyka. A miejscami ma się wrażenie, że szacowne wydawnictwo Znak oszczędziło też na redaktorze. "Stir fried nation", czyli Chińczycy, to w tym tłumaczeniu naród "duszony na wolnym ogniu". Jak wie każdy, kto jadł w chińskiej restauracji, "stir fry" polega na smażeniu potrawy w wysokiej temperaturze na woku przy jednoczesnym mieszaniu jej.
''Chiny. Upadek i narodziny wielkiej potęgi'', Jonathan Fenby, przeł. Jan Wąsiński i Jerzy Wołk-Łaniewski, Znak, Kraków