http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Piękny świat umarłego

Tadeusz Sobolewski
2009-10-23, ostatnia aktualizacja 2009-10-22 15:12

Od piątku w kinach szwajcarskie "Odgłosy robaków" Petera Liechtiego - uznane przez Europejską Akademię Filmową za najlepszy dokument roku. Pomysł filmu jest makabryczny, ale efekt - mistyczny

Odgłosy robaków - zapiski mumii
Odgłosy robaków - zapiski mumii
Odgłosy robaków - zapiski mumii - plakat
Odgłosy robaków - zapiski mumii - plakat
Kontemplacyjne ujęcia przyrody, podobne do tych z filmu Petera Liechtiego, mogłyby się znaleźć w "Zwierciadle" Tarkowskiego: strumień płynący przez zieloną polanę, rosnące nad im białe, puchowe kwiaty. Słyszymy szum drzew, krople deszczu uderzające o przezroczystą, plastikową folię namiotu.

Tylko że obrazy ze "Zwierciadła" były zapamiętane przez dziecko, a obrazy z "Odgłosów robaków" widzi 40-letni samobójca, który postanowił się zagłodzić na śmierć w plastikowym namiocie, na odludnej leśnej polanie. Upatrzył sobie kiedyś to miejsce i powiedział: tutaj dobrze byłoby umierać. Nie wiemy, dlaczego. Szwajcarski autor impresyjnych dokumentów proponuje nam wyprawę, która już w tytule zapowiada się makabrycznie. Mamy odtwarzać drogę samobójcy, tak jakby bez umierania nie dało się kontemplować świata? Trzeba spojrzenia umierającego, żeby zobaczyć zwykły las?

Jednak kontemplacja zawsze kojarzona była z niebyciem. Thomas Merton, mnich katolicki zainteresowany buddyzmem, w książce "Nowy posiew kontemplacji" pisał: "By wejść do królestwa kontemplacji, trzeba w pewnym sensie umrzeć: ale ta śmierć jest wejściem na wyższy poziom życia".

Niestety, bohater tego filmu, którego twarzy nie zobaczymy ani razu, umarł dosłownie, jeśli wierzyć komentarzowi. Jego mumię znaleziono jakoby w lesie pod Zurychem, po wielu miesiącach (stąd podtytuł filmu: "Zapiski mumii"). Pseudodokument Liechtiego nie rozstrzyga motywów tego samobójstwa. Odtwarza dzień po dniu pobyt w namiocie na leśnej polanie człowieka, którego tożsamości "nie udało się ustalić". Kamera patrzy jego oczami. Czytamy jego notatki.

Mija sierpień, zaczyna się wrzesień, zmieniają się pory dnia, pogoda. Samobójca zadziwiająco długo przebywa między życiem a śmiercią. Nikt nie zagląda na polanę, gdzie leży w swoim namiocie, bez ruchu, bez jedzenia. Czas dłuży mu się, sekundy trwają tyle, ile minuty. Ma ze sobą wodę (później będzie pił deszczówkę), radio na baterie, na którym słucha muzyki, latarkę, notes. Wszystko to po szwajcarsku, higienicznie, pieczołowicie przygotowane. Ma nawet lekarstwa. Pyta siebie: czy to nie absurd brać lekarstwa, kiedy się umiera?

Tekst tych notatek mógłby napisać Beckett. Nieznajomy codziennie notuje swój stan fizyczny i psychiczny. Uważnie przygląda się swemu ciału i przyrodzie od zewnątrz, jakby patrzył już spoza życia. Jest w tym nawet pewien rodzaj luksusu. W spokojnym potoku obrazów udaje się jakby zatrzymać czas. To, co migawkowe, staje się przykuwające. Przynaglani odliczaniem dni życia chwytamy łapczywie te obrazy rzeczywistości, bezcenne fragmenty świata, do którego nie ma już powrotu: jakiś profil człowieka za zadeszczoną szybą tramwaju, deszcz obijający się o jezdnię, gałęzie na wietrze. Zwykłe obrazki nabierają wspaniałej mocy. Dla bohatera filmu życie nabiera sensu i urody dopiero wtedy, gdy czuje bliskość śmierci.

Można by odwrócić te zależność: patrzmy na świat tak, jakbyśmy mieli odejść - stare zalecenie mistyków. Bohater "Odgłosów robaków" notuje w pewnym momencie, że mógłby wrócić do życia, gdyby jakiś człowiek zabłądził na tę polanę. Dla niego - nazywa siebie niewierzącym - byłby to znak od Boga. Ale nikt nie przychodzi.

Więc trzeba było stworzyć aż tak wymyślną, fikcyjną konstrukcję, która do końca mami nas swoim autentyzmem, żeby pokazać, jak olśniewająca jest rzeczywistość, kiedy patrzymy na nią z perspektywy śmierci? Fikcyjnemu bohaterowi tego "dokumentu" - człowiekowi Zachodu - umieranie daje namiastkę kontaktu z Bogiem. Czy to się udaje? W kinie nie da się tego pokazać inaczej niż przez zaprzeczenie. Inaczej - grozi kicz, widoczek pięknej przyrody. Potrzebny był więc aż tak niezwykły koncept, żeby uchwycić rzeczy najprostsze?

W zapiskach Thomasa Mertona z lat 60., wydanych jako "Dzień obcego" ((przekład: Marianna Cielecka i Maciej Bielawski), czytamy taki oto, nieco kpiarski w tonie, ale pełen wewnętrznej radości zapis doświadczeń pustelnika: "Co noszę? - spodnie. Co robię? - żyję. Jak się modlę? - oddycham. (...) Tu w górze, w lesie widuje się Nowy Testament: to znaczy wiatr zstępuje między drzewa i wdychasz go. Czy to ma być jasne? Nie zachęcam nikogo, by spróbował..."

Kiedy indziej Merton notuje: "Można by powiedzieć, że zdecydowałem się poślubić ciszę lasu. Słodkie, ciemne ciepło całego świata będzie musiało być mi żoną. Z serca tego ciemnego ciepła wypływa sekret, który usłyszeć można tylko w ciszy, ale jest on korzeniem wszystkich sekretów, jakie szepczą w swoich łóżkach wszyscy kochankowie na całym świecie".

Być może w prawdziwej kontemplacji nigdy nie jest się samemu.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Tomaszewski: - Nie będę kibicował Polsce!

Jeśli partyjna komisja etyki uzna, że strzelam samobóje w tej drużynie, to przysięgam: Przyjmę każdy werdykt i zostanę posłem niezależnym

Chiński spot na Euro

Stadion Narodowy pod ostrzałem, piłkarze rozstrzeliwani przez napastników jak w "Gwiezdnych wojnach", piłka lecąc zamienia się w ognisty pocisk