Świetna instalacja Mirosława Bałki w Tate Modern w Londynie. "Najlepsza w historii Hali Turbin" - piszą brytyjskie gazety. Polski artysta wstawił do galerii wielki metalowy obiekt, który rozsadza przestrzeń, przyciąga, szokuje.
Fot. YouTube REUTERS
Instalacja Mirosława Bałki w Modern Tate w Londynie
"Praca Mirosława Bałki staje w rzędzie najbardziej udanych projektów w Hali Turbin - pisze krytyk "Guardiana" Adrian Searle - takich jak prace Juana Munoza, Doris Salcedo i Bruce'a Naumana". Rachel Campbell-Johnston w "The Times" uważa, że Bałka przebił wszystkich dziewięciu poprzedników: "To po prostu najlepsza dotąd instalacja w Hali Turbin".
Mirosław Bałka, którego projekt "How It Is" (to tytuł książki Samuela Becketta z 1964 r.) od wczoraj można oglądać na parterze galerii Tate Modern z Londynie - jednego z najważniejszych na świecie muzeum sztuki współczesnej - stworzył pracę bezkonkurencyjną. Ta wielka rzeźba rozpycha się w przestrzeni, do której została wstawiona, emanuje energią, wciąga do środka i daje całą gamę przeżyć: od ekscytacji nieznanym, przez lęk, podziw, zaskoczenie do - to dziwnie brzmi, bo sztuka Mirosława Bałki kojarzy się powszechnie z klimatem melancholii i żałoby - radości. Wnętrze rzeźby wypełnia ciemność czarna jak smoła, ale właśnie to jest jej istotą: sprzeczności, skrajność, kontrasty.
Widz wchodzący to Hali Turbin doświadcza uczucia zaskoczenia, które graniczy z zaburzeniem. Stoi tam wielki kontener z metalu o potężnej konstrukcji z pionowych i poziomych stalowych szyn, która powtarza zresztą wewnętrzną konstrukcję ścian Hali Turbin. Tate Modern z zewnątrz ma lico z cegieł, w środku Herzog i de Meuron, architekci, którzy przerabiali tę dawną elektrownię na muzeum, pozostawili szkielet i niektóre elementy industrialnej architektury. Wydaje się, że do tego właśnie nawiązuje Bałka. To, co zrobił, to jakby Hala Turbin - która ma aż 35 metrów wysokości i 160 metrów długości - tylko pomniejszona, wywrócona na lewą stronę i wstawiona do środka.
Stoję na pomoście, który znajduje się na poziomie pierwszego piętra galerii i dzieli Halę Turbin mniej więcej na pół, i patrzę na metalowy kontener. Przypomina mi się to, co kilka dni temu mówił Mirosław Bałka, że projekt, który przygotowuje dla Tate, w jakiś sposób będzie się odnosić do miejsca, w którym się odbywa. Wszystko się zgadza. Obiekt wstawiony do Hali Turbin jest jak matrioszka, a człowiek, który tu przyszedł, ma gonitwę myśli: gdzie jestem, skoro ściany galerii zostały skompresowane i przeniesione do wewnątrz? Co może być w środku tajemniczego obiektu, jeśli tam w ogóle jest jakieś wejście? Jedyny obraz literacki, jaki mi w tej chwili przychodzi do głowy, to koń trojański.
Schodzę z pomostu w dół. Idę wzdłuż ogromnego kontenera, teraz widać, że wspiera się na stalowych nogach. Można wejść pod spód jak pod przęsło mostu, ale uciekam, nie jest przyjemnie znaleźć się pod takim ciężarem, z sufitem blisko głowy. Kiedy jestem już blisko szczytowej ściany Hali Turbin, otwiera się nagle nowa perspektywa - wielkie metalowe pudło okazuje się otwarte, wygląda to tak, jakby jedna jego ściana została opuszczona. W ten sposób otwiera się tył ciężarówki, żeby można było załadować do niej towar, powstaje coś w rodzaju rampy. I tu znów kolejne zaskoczenie - wnętrze kontenera jest kompletnie czarne, to głębia bez światła, czeluść. Każdy, kto tam wchodzi, wtapia się w czerń.
Kontener jest w środku pusty, ściany są w dotyku aksamitne, za chwilę się dowiem, że to specjalna substancja naniesiona na metal, która przez specyficzną fakturę daje wrażenie bardzo głębokiej czerni. To już koniec, teraz należy się jeszcze odwrócić i spojrzeć w światło - na tle jasnego prostokąta, który powstaje, kiedy patrzy się w otwartą ścianę kontenera, majaczą wchodzące do środka postaci.
Dzieje się coś niezwykłego. Mimo atramentowych ciemności, sytuacja, w której się znalazłam, nie jest ani groźna, ani przerażająca. Większy lęk budził kontener, zanim się do niego weszło, teraz okazuje się przyjazny. Dlatego mimo tak wielu miłych słów wypowiedzianych pod adresem polskiego artysty przez brytyjskich krytyków w jednym muszę się z nimi nie zgodzić.
Nie wchodzę do wnętrza tej rzeźby, "przypominając sobie o tym, jak Żydzi byli ładowani do bydlęcych wagonów", jak chciałaby autorka "The Times". Mam zupełnie inne skojarzenia, wchodzę tu raczej jak do Tate Modern, do galerii sztuki współczesnej, ale zamiast spotkania z historią sztuki, a więc zamiast pouczenia, doznaję czegoś w rodzaju oświecenia poprzez ciemność, jeśli można się tak metaforycznie wyrazić. Bo czuję ogromną przyjemność z tego powodu, że spotkałam się tam nie ze sztuką, tylko no właśnie z czym? Samotnością, ciszą, medytacją. Paradoksalnie największa ciemność jest blisko najsilniejszego światła, i rację mieli mistycy, że najlepiej widać z zamkniętymi oczami.
Geografia i historia nie są pewnie w zrozumieniu tej pracy bez znaczenia. Inaczej niż moi angielscy koledzy nie czytam jej w kontekście Polski, ale Londynu. To, co dla mnie jest oczywiste, dla nich jest niewidoczne. W recenzjach nikt np. nie podkreśla, że to, co zrobił Bałka, odnosi się do Hali Turbin, a przez to do całej galerii Tate, i że w pewien sposób przedrzeźnia jej konstrukcję. To praca krytyczna wobec galerii, nieoczywista. Patrząc na ten obiekt, nie sposób nie pomyśleć o pracy Bałki sprzed dwóch lat, którą artysta pokazał na wystawie w Dublinie.
Był to pomniejszony model - właściwie sam metalowy stelaż - pawilonu mieszczącego mały ogród zoologiczny, jaki działał na potrzeby obsługi obozu w Treblince. Kontener w galerii Tate nie powtarza dokładnie proporcji Hali Turbin, ale może się z nią przecież kojarzyć. I ma prawo kojarzyć się opresją. A jednak to nie jest płaska krytyka instytucji, która ma tylko usprawiedliwić obecność artysty w systemie sztuki. To coś więcej. Mam poczucie, że artysta polemizuje także z własną sztuką, odrzuca nie tylko dydaktykę muzeum, ale i dydaktykę własną, mówi: sztuka nie polega na pouczeniu i moralności.
Bo Bałka najpierw styka widza z konstrukcją, która wydaje się opresyjna, która kojarzy się z więzieniem, ograniczeniem, ciasnotą, ciężarem i militarną lub industrialną dominacją, a potem te konstrukcję otwiera i pokazuje - dosłownie - światło w tunelu. Chyba chce nam powiedzieć o tym, że gdzieś jest jeszcze jakiś inny świat, w którym nikt niczego nam nie narzuca, ani nawet nie tłumaczy, który odbierać możemy tylko własnymi zmysłami i tylko na nich możemy polegać. To nie zagłada, ale odwrotnie - odzyskanie podmiotowości.
Mirosław Bałka "How It Is", Hala Turbin, Tate Modern do 5 kwietnia