http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Cud w czterech odsłonach

Paweł T. Felis
2009-10-12, ostatnia aktualizacja 2009-10-11 22:17

Na pierwszy nikt nie czeka, drugi nie jest nagrodą za pobożność, trzeci skazuje na samotność, a czwarty jest spotkaniem. Tylko ten ostatni, w filmie "Nic osobistego" Urszuli Antoniak, naprawdę chwyta za gardło

W "Kronikach z Mexico City" Carlosa Enderle (konkurs Wolny Duch), gangsterskiej komedii w brawurowym tempie biegnącej od jednego żartu do następnego, nikt na cud nie czeka. Ale cud - przekorny, skrajnie świecki, brutalnie komiczny - zdarzy się i tak: zyska na nim jednak nie bandyta-wariat, który wierzy w kosmitów i telepatyczne rozmowy z "facetami w czerni", ale para pozornie opuszczonych przez Boga staruszków, których nie stać na zapłacenie kolejnej raty kredytu za mieszkanie.

Tego rodzaju uwodzicielskie, choć zarazem mocno powierzchowne kino popularne publiczność Warszawskiego Festiwalu Filmowego przyjmuje entuzjastycznie. Na filmach w poważniejszym tonie, jak "Lourdes" Jessiki Hausner, na sali zadziwiająco dużo pustych miejsc. Ale może to przypadek?

Wbrew pozorom w "Lourdes" nie ma emocjonalnego szantażu, taniej religijności. Austriacka reżyserka przygląda się religijnym rytuałom na chłodno - obserwuje katolickie msze, ciągnące do groty w Lourdes tłumy chorych, dziwnie zimny, "biurokratyczny" sztafaż pielgrzymki zorganizowanej na kształt turystycznej wycieczki. I ci, którzy wciąż zadają pełne wątpliwości pytania (gdy paralityk opowiada z kasety wideo o swoim uzdrowieniu, ktoś komentuje: "dlaczego na filmie cały czas siedział?"), i ci, którzy śmieją się z niepoprawnych dowcipów (na pytanie Ducha Świętego: "Może pojedziemy do Lourdes", Matka Boska odpowiada: "Świetny pomysł, nigdy tam nie byłam"), ale też najbardziej gorliwi pielgrzymi - wszyscy wydają się w jakimś sensie "opuszczeni przez Boga". Cud, który w końcu przyjdzie, budzi wątpliwości i dziwi, tym bardziej że nie jest nagrodą za pobożność: uzdrowiona zostanie sympatyczna dziewczyna, która przez całą pielgrzymkę próbuje głównie zwrócić uwagę przystojnego wolontariusza-ochroniarza. Logika cudu okazuje się nieprzenikniona. Swoim nurtem płynie zamknięta w rytuały religijność, swoim wiara, a jeszcze innym zadziwiające lekarzy uzdrowienie. Mogą, ale nie muszą się spotkać. Najbardziej efektowny cud nie jest przecież lekarstwem na samotność.

Na samotność właśnie narzeka tytułowy dyktator z "Cara" Pawła Łungina. Na ziemi szykuje miejsca dla Chrystusa, szuka wszędzie boskich śladów, niejako torturuje się cytatami z "Apokalipsy św. Jana". W jednej chwili kaja się za grzechy ("podłością dorównuję zwierzętom"), by za chwilę oznajmić z dumą, że jako car jest "władcą doskonałym".

Ta superprodukcja, dość staroświecka w formie, choć zarazem nawiązująca do słynnego "Iwana Groźnego" Eisensteina, wydaje się rewersem poprzedniego filmu Łungina - znakomitej "Wyspy". Cara gra Piotr Mamonow - ten sam, który w "Wyspie" był skłonnym do sztubackich żartów świętym Anatolem, boskim pomazańcem buntującym się wobec daru uzdrawiania i przewidywania przyszłości. Anatol żył w piekle świadomości swojej winy sprzed lat - car Iwan do żalu skruszonego grzesznika nie jest zdolny. W filmie Łungina, w którym ucieleśnieniem zła jest polski król Zygmunt August i "sprzedanie" nowogrodzkich ziem, władza nie pochodzi od Boga: jest tylko szaleństwem heretyka.

"Lud zawsze chce chleba i igrzysk, ale bez zdolności buntu przestajemy być społeczeństwem" - odpowiadał reżyser w telewizyjnym wywiadzie na pytanie, czy jego film jest metaforą obecnej polityki w Rosji. Najważniejszym bohaterem jest tu bowiem nie Iwan, ale Filip (ostatnia przed śmiercią rola Olega Jankowskiego) - jego przyjaciel uznany później przez Kościół prawosławny za świętego. "Car" to poruszający portret człowieka, w którym ta świętość, fascynujący ostatnio Łungina temat, się rodzi - przez bunt, zgodę na śmierć, a wreszcie moc uzdrawiania.

W filmach "Lourdes" i "Car" cud nie tylko z samotności nie leczy, ale w jakimś sensie na nią skazuje. W znakomitym holendersko-irlandzkim "Nic osobistego" polskiej reżyserki Urszuli Antoniak (konkurs międzynarodowy) cudem jest właśnie spotkanie, przyjaźń młodej Anne (brawurowa Lotte Verbeek) i dużo starszego Martina (Stephen Rea). On żyje samotnie na irlandzkim pustkowiu, ona zostawia za sobą życie w Holandii i włóczy się bez grosza, z namiotem na plecach, po wzgórzach Connemary.

Niezwykłość filmu polega na tym, że w ten cud nie sposób nie uwierzyć. Opryskliwa, zamknięta w sobie dziewczyna zaznacza na początku: żadnych pytań i wynurzeń osobistych. Ale potem sama tę zasadę złamie. Bez cienia sentymentalnego kiczu, z zadziwiającą u debiutantki klasą Antoniak prowadzi dwoje outsiderów do momentu, kiedy obcość świata zostaje pokonana. Nie ma pięknych zachodów słońca, czułych słów i patetycznej muzyki (choć Anne lubi słuchać opery) - cud spotkania pozostaje do końca nieuchwytny. A jednocześnie chwyta za gardło.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':