http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nobel dla Herty Müller

Jacek Szczerba
2009-10-09, ostatnia aktualizacja 2010-01-18 14:34

Literacką Nagrodę Nobla za 2009 rok otrzymała 56-letnia Herta Müller opisująca życie niemieckiej mniejszości w komunistycznej Rumunii. Akademia Noblowska napisała w uzasadnieniu, że wyróżnia Müller jako autorkę, "która łącząc intensywność poezji i szczerość prozy, przedstawia świat wykorzenionych"

- Myślę, że w tym, co ona pisze, jest niezwykła siła, ma bardzo, ale to bardzo wyjątkowy styl - powiedział Peter Englund, sekretarz Akademii Noblowskiej: "Czytasz pół strony i już wiesz, że to Hertha Müller".

Müller urodziła się w wiosce Nitchidorf w rumuńskim Banacie, zamieszkanej niemal wyłącznie przez Niemców sprowadzonych tu w XVIII w. przez Habsburgów. Nitchidorf ma dziś 1526 mieszkańców, w tym tylko 10 Niemców, a jej mer już zdążył się ucieszyć z powodu nagrody dla "rodaczki".

"Nie jestem prawdziwą Niemką, ale nie jestem też prawdziwą Rumunką. Pochodzę z miejsca pomiędzy. W moich książkach nie napisałam jeszcze ani jednego zdania po rumuńsku. Rumunia i Niemcy są sobie tak obce, że nic w nich i nic we mnie z wtedy i teraz nie może się spotykać bezkarnie - mówiła Müller w niedawnym wywiadzie dla "Dużego Formatu", przeprowadzonym przez Angelikę Kluźniak.

Prześladowana przez rumuńską tajną policję Securitate wyemigrowała z Rumunii w roku 1987 razem z mężem pisarzem Richardem Wagnerem. Zamieszkała w Berlinie Zachodnim.

Rumuńska wersja totalitaryzmu

Po polsku publikuje ją wydawnictwo Czarne. Ukazały się już "Niziny" (2006), "Sercątko" (2003), "Lis już wtedy był myśliwym" (2005), "Król kłania się i zabija" (2005), "Dziś wolałabym siebie nie spotkać" (2004), "Głód i jedwab" (2008) oraz "Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie" (2006).

Życie i twórczość Müller naznaczyły dwa totalitaryzmy - niemiecki i radziecki, ten drugi w wersji rumuńskiej. Müller mówi: - Spłodził mnie po II wojnie światowej esesman, który wrócił do domu. Ojciec opowiadał o wojnie jak o największej przygodzie swego życia. Kiedy był pijany, śpiewał nazistowskie pieśni.

Upaństwowienie własności uderzyło w jej rodzinę: - Mój dziadek do roku 1945 miał pola wokół wsi. Handlował zbożem i artykułami kolonialnymi. Po wywłaszczeniu trzypokoleniowa rodzina - on, żona, córka, zięć i ja - zajmowała dwa pokoje. Pozostałe stały się magazynami. Ojciec po wojnie został księgowym w pegeerze, potem i tego nie mógł robić, bo był Niemcem. Musiał pracować w polu. W końcu został kierowcą ciężarówki. Gdy umarł, dostałam od pielęgniarki jego protezę dentystyczną i okulary.

Na uniwersytecie w Timisoarze studiowała germanistykę i romanistykę. Sympatyzowała wtedy z grupą literacką Aktionsgruppe Banat. - Głównie czytaliśmy. W latach 60. w Bukareszcie działał już Instytut Goethego. Tam wypożyczaliśmy książki. Przeczytaliśmy chyba wszystko, co w tym czasie ukazywało się w Niemczech, Austrii i Szwajcarii. Chcieliśmy przynajmniej rozumieć, co się dzieje, skoro nie mogliśmy nic zmienić. Już to, że rozmawialiśmy po niemiecku, wydawało im się niebezpieczne. Nasze pokoje były zapluskwione, wszędzie podsłuch.

Praca, dom, przesłuchania

Po studiach wysłano ją jako nauczycielkę niedaleko granicy z Mołdawią: - W szkole, w której miałam uczyć, nie było nawet prądu. Za to była kobieta, która uczyła tam niemieckiego i nie chciała konkurencji. Wszyscy patrzyli na mnie wrogo. Odmowa analizowania wiersza o Ceau escu albo opłacania składki związkowej prowadziła do tego, że nauczyciele nienawidzili mnie, a nie systemu.

Potem pracowała w fabryce maszyn w Timisoarze jako tłumaczka instrukcji obsługi pras hydraulicznych. Tu napisała swoją pierwszą książkę "Niziny": - W biurze, w towarzystwie sześciu czy siedmiu osób, między jednym tłumaczeniem a drugim. Wstawałam o 5 rano, o 6.30 byłam w fabryce. Do dziś, kiedy piszę, potrzebuję odgłosów dnia codziennego. Mogę to robić w najgłośniejszym miejscu w kawiarni. W pracy pisałam ręcznie, potem przepisywałam w domu na maszynie. Czasem kradłam papier z fabryki.

"Niziny" - antyidylla o jej wiejskim dzieciństwie, z ojcem pijakiem i matką, "dla której była czymś drugorzędnym" - cztery lata leżały w wydawnictwie. Ukazały się w roku 1982 w wersji ocenzurowanej. - Po ukazaniu się książki mamę ciągali na przesłuchania, chłopi z kołchozu nie chcieli jeździć z nią na traktorze ani wozem, zostawiali samą na polu. Dziadkowi, który całe życie golił się u fryzjera, zakazano wejścia do zakładu. Przeszmuglowane do Niemiec przez niemieckiego dyplomatę "Niziny" ukazały się tam w pełnej wersji w roku 1984, w oficynie Rotbuch Verlag. Książka miała świetne recenzje, a autorkę zaproszono na targi do Frankfurtu nad Menem, gdzie skrytykowała dyktaturę Ceau escu, za co dostała zakaz publikacji w Rumunii.

Zaczęło ją niepokoić Securitate: "Zostałam wezwana. Czwartek, punkt dziesiąta" - tak zaczyna się jej powieść "Dziś wolałabym siebie nie spotkać", ale odmówiła współpracy: - Przychodzili do fabryki dwa albo trzy razy. Powiedzieli, że powinnam podpisać zobowiązanie do współpracy. Za pierwszym razem grozili zwolnieniem z pracy, nawet śmiercią. Za drugim byli bardziej przyjaźni. Próbowali mnie przekonać, że byłabym wspaniałym obserwatorem ludzi i życia. Za trzecim zaczęli dyktować: Ja, Herta Müller, zobowiązuję się, że nikomu, bez względu na pokrewieństwo...

Życzyłam Ceau escu, żeby zdechł

Mając 27 lat, próbowała popełnić samobójstwo. Dwukrotnie dokonała zakazanej w Rumunii aborcji. Po wyrzuceniu z fabryki uczyła niemieckiego - prywatnie i w kilku szkołach, z których ją jednak usuwano. Wtedy zaczęła "spacerować po mieście (...) i kraść w sklepach".

Bohaterowie jej "Sercątka" są zmuszeni do emigracji z Rumunii. - Ja też nie chciałam emigrować. Długo powtarzałam, także podczas przesłuchań: Tylko jeden człowiek powinien odejść - dyktator; wszyscy inni mogliby zostać. Słyszałam, że jak mi się tu nie podoba, to mam jechać do tego kapitalistycznego bagna, tam jest moje miejsce.

Pytana czy nie wróciłaby do Rumunii odpowiada: - Od upadku reżimu Ceau escu nie jestem na emigracji. Teoretycznie mogłabym wrócić. Ale nie wraca się tam, skąd się odeszło. To złudzenie. Kiedy dziś jadę do Rumunii, jestem obca. A ci, co zostali, patrzą na mnie krzywo.

Na Zachodzie dostawała listy z pogróżkami: - Wezwała mnie służba ochrony państwa. Pokazali mi zdjęcie mężczyzny i notes. Było w nim moje nazwisko. Poradzono mi, żebym nie chodziła do knajp z rumuńskim personelem. Podejrzewano, że ten mężczyzna przyjechał, żeby mnie zamordować na zlecenie rumuńskich tajnych służb.

Mocno przeżyła zgładzenie rodziny Ceau escu: - Oglądałam to w telewizji i płakałam. Egzekucję trudno wytrzymać. Ale zasłużyli sobie na to, przez 20 lat życzyłam Ceau escu, żeby zdechł. Mówię tak, choć jestem przeciwniczką kary śmierci.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 22 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    19 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':