http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nie tylko gospodarka, głupcy!

Przemysław Czapliński*
2009-10-08, ostatnia aktualizacja 2009-10-07 18:33

Podczas zakończonego niedawno Kongresu Kultury Polskiej przystąpiłem do spisku. Nasz cel - zmiana myślenia polityków o edukacji kulturalnej

Przemysław Czapliński
Fot. Paweł Ulatowski / AG
Przemysław Czapliński


Na krakowskim Kongresie pojawił się silna światopoglądowa różnica między ludźmi kultury i politykami.

Zanim pojawiła się różnica silna, spotkały się różnice pozorne.

Po wypowiedzi Leszka Balcerowicza - ostro skrytykowanej przez Waldemara Dąbrowskiego - zarysowały się dwa stanowiska. Pierwsze z nich - nazwę je neoliberalnym - sprowadza się do przeświadczenia, że najlepsza kultura to ta, która uniezależnia się od państwa i od mecenatu wszelkich instytucji oficjalnych. Artysta - w języku rynkowym producent, wytwórca, przedsiębiorca - powinien być zainteresowany niezależnością, ponieważ każda forma państwowego mecenatu pociąga za sobą nie tylko ograniczenie wolności, lecz także zapośredniczenie kontaktu z odbiorcą. Kto np. otrzymuje pełną dotację na robienie czasopisma, nic nie wie o swoich czytelnikach: bez względu przecież na to, czy numer pisma zostanie kupiony, czy nie, dotacja i tak przyjdzie.

Odbiorca - w języku rynkowym konsument - to według neoliberała człowiek, który dysponuje odpowiednią ilością czasu i nadwyżką pieniędzy, aby móc jedno i drugie zainwestować w kulturę. Im zamożniejsze społeczeństwo, tym więcej takich ludzi, im większa nadwyżka, tym częstsze i hojniejsze inwestowanie w kulturę, im więcej inwestowania, tym więcej zamówień na zróżnicowane formy kultury, im więcej zamówień, tym więcej niezależności dla artysty. Rynek daje pieniądze, pieniądze dają wolność.

Stanowisko drugie - można je nazwać demokratycznym - jest bardziej wstrzemięźliwe. Jego zwolennicy mówią, że nie o zwolnienie państwa z obowiązku opieki nad kulturą chodzi, lecz o wyrównanie dostępu do państwowych pieniędzy. Przekonują, że pieniędzy od państwa będzie więcej, jeśli instytucje zaczną gospodarniej zarządzać dotacjami. Pojawia się tu także idea sponsorowania instytucji państwowych przez osoby prywatne. A zatem: z równości biorą się pieniądze, z pieniędzy - wolność.

Dla neoliberała wartość kulturalna powinna podlegać natychmiastowemu sprawdzianowi w spotkaniu z odbiorcą, a więc - zgodnie z logiką rynku - jak najprędzej wchodzić w cyrkulację towarów i usług. W ten sposób artysta przyspiesza wymianę między producentem i konsumentem, otrzymując szybką odpowiedź na pytanie, czy na jego towar jest popyt, czy też nie. Dla demokraty możliwe jest wydłużenie okresu płatności - udzielenie kredytu artyście. Pożyczka nie jest jednak bezzwrotna, ponieważ demokrata sądzi, że dzisiejsze dzieła elitarne znajdą kiedyś swoich odbiorców.



Wolność, równość, konsumpcja

Obaj dyskutanci tak naprawdę różnią się zatem w spodziewanej szybkości transakcji. Wspólne im jest jednak patrzenie na kulturę jako na sferę wymierną. Kiedy neoliberał mówi, że rynkowa akcja i reakcja powinny zachodzić możliwie szybko, demokrata twierdzi, że warto poczekać - kiedyś zwróci się z nawiązką. Obaj jednak posługują się kategoriami rynkowymi. Producent, towar, konsument, konsumpcja. Neoliberał okazuje się demokratą, demokrata - neoliberałem.

Wyobraźmy sobie grę komputerową pod tytułem "Zarządzanie kulturą". Ma ona dwie wersje: Liberał.1.0 oraz Demokrata.2.0. Wolałbym zagrać w wersję pierwszą.

Jest okrutna, ale prosta: gracz, występujący w charakterze artysty, zabiega o pieniądze, a wszystkie instytucje państwowe wydają decyzję odmowną. Artysta wymyśla coraz ciekawsze projekty, a oni odpowiadają: "Nie". Z jednej strony wyrafinowanie w pisaniu wniosków, z drugiej - urzędniczy sadyzm. Strategia państwa w tej wersji przypomina strategię gry w kółko i krzyżyk: wystarczą trzy dobrze postawione znaczki, by zablokować przeciwnika. Niby artysta nie przegrał - bo gra zakończyła się patem - ale i nie wygrał, bo rachunek ekonomiczny nie pozwolił wydać pieniędzy na kulturę.

Gra Demokrata.2.0 trwałaby dłużej i polegała na docieraniu do tych samych odmownych odpowiedzi - rozłożonych jednak na lata. Dlatego wersja Liberał.1.0 jest poznawczo płodniejsza. Kiedy ją kończymy, rozumiemy konsekwencje strategii, jaką państwo polskie od 20 lat usiłuje zastosować w odniesieniu do kultury. Strategia polegająca na systematycznym upowszechnianiu myślenia rynkowego i wycofywaniu się z dotacji doprowadziłaby - gdyby zastosować ją z żelazną dyscypliną - do zaniku państwa.

Gra Liberał.1.0 prowadzi więc - nareszcie - do zakwestionowania koncepcji liberalno-demokratycznej. Nie chodzi już bowiem o to, czy państwo wydzieli więcej pieniędzy na projekty przez siebie uznane za "wartościowe". Ani o to, czy zdecyduje się udzielić długoterminowej pożyczki na działania artystyczne dla elit. Chodzi o to, żeby przestać myśleć według dotychczasowych metafor.

Wytwarzają one bowiem obraz, na którym państwo istnieje po jednej stronie, zaś kultura po drugiej. Na obrazku takim widzimy długą kolejkę - artystów, dyrektorów bibliotek, teatrów i muzeów - stojącą przed drzwiami instytucji państwowej. Petenci u źródeł pieniędzy.

Tymczasem prawdziwszy byłby obraz, w którym to nie kultura zależy od państwa, lecz państwo zależy od kultury. To nie „oni” utrzymują „nas”, lecz my wszyscy utrzymujemy się nawzajem ze wspólnie wypracowanych środków. Bo kultura to ogół materialnych i niematerialnych warunków życia wytworzonych przez społeczeństwo. Kultura to jednostkowe i zbiorowe sposoby radzenia sobie z rzeczywistością. Wszystko zatem, czym jest państwo, należy do kultury: podział władz na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą, dwuizbowy parlament, ministerstwa, flaga, hymn, podatki, instytucje, granice, komunikacja - to wszystko jest kulturą.

Gdyby pewnego dnia społeczeństwo - w odpowiedzi na zmniejszającą się opiekę państwa - zechciało doprowadzić do końca reformy liberalne, całkowicie się usamodzielniając, państwo zniknęłoby z powierzchni ziemi. Zniknęłyby podatki, komunikacja i wybory, rząd i parlament. Na co i komu, szanowni przedstawiciele kolejnych rządów i parlamentów, bylibyście potrzebni, gdyby społeczeństwo posłuchało lekcji "niezależnej kultury"?



Skąd się biorą dorośli

Największą wadą myślenia ekonomicznego o kulturze jest skupienie na formach aktywności kulturowej obywatela samodzielnego finansowo. Błąd tkwi w przekonaniu, że dorosły człowiek wybiera - w pełni świadomie - tę formę kultury, która najbardziej odpowiada jego potrzebom i finansowym możliwościom. Ta koncepcja nie pozwala wyjaśnić, ani skąd biorą się potrzeby, ani dlaczego wybory są tak mało zróżnicowane.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 10 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':