Zwycięzca w Konkursie Międzynarodowym otrzyma Warsaw Grand Prix i 100 tys. zł. Wyłoni go jury z przewodniczącym Janem A.P. Kaczmarkiem oraz Anne Lai, Ulrich Felsberg, Christian Gaines i Albert Wiederspiel.
Będzie też pięć konkursów (Międzynarodowy, 1-2, Wolny Duch, filmów dokumentalnych oraz krótkometrażowych), pięć sekcji niekonkursowych (m.in. Mistrzowskie Dotknięcie i Odkrycia - Wizje Współczesnego Świata) oraz targi CentEast z pokazami polskich filmów dla selekcjonerów zagranicznych festiwali.
Korporacja oswojona Jednym z wydarzeń festiwalu będzie pokaz
"Witajcie w życiu" Henryka Dederki - filmu zdjętego z afisza WFF w 1998 r. i objętego sądowym zakazem rozpowszechniania. Szaleństwo Amwaya w Polsce, zdaje się, minęło, ale za to korporacyjna mentalność stała się dziś czymś oczywistym i oswojonym. "Wierzę, że przyszliście tu dzisiaj z marzeniem. Ale jeśli go nie macie, nie martwcie - posiejcie i pielęgnujcie!" - tłumaczy z przyklejonym do twarzy uśmiechem amwayowski instruktor.
Podobną w duchu przemowę wygłasza szef odzieżowej fabryki we francuskim filmie
"Louise-Michel" Gustave'a de Kerverna i Beno^t Delépine'a: "Nikt nie chce pracować więcej niż 35 godzin w tygodniu, nikt nie chce zarabiać mniej i każdy chciałby jadać w restauracji". Ale jest kryzys, a w kryzysie trzeba sobie pomagać i działać "jak drużyna": "Pozwólcie nam przejść te trudne czasy i nie martwcie się! Wyobraźcie sobie, że z perspektywy księżyca wasze problemy są absurdalne ".
Kobiety wkrótce tracą pracę, ale De Kervern i Delépine - jak we wcześniejszej "Aaltrze" (2004) - w formule czarnej komedii pozwalają upokorzonym na zemstę. Gdy robotnice będą debatować, co zrobić z odprawami (Może założyć własny biznes? Albo wydać kalendarz z aktami?), pozornie najmniej rezolutna, nieco ociężała Louise (świetna Yolande Moreau) proponuje: "Wynajmijmy mordercę i zabijmy szefa". Wszystkie są za.
Bo bogaty jest zwykle rozkapryszonym idiotą, rozhisteryzowanym dzieckiem, któremu należy się lanie - jak w holendersko-belgijskich
"Ostatnich dniach Emmy Blank" Alexa van Warmerdama (Konkurs Międzynarodowy). Tytułowa pseudoarystokratka - niczym Emilia w "Nad Niemnem" - jest tu wiecznie chora, stoi nad grobem ("Nie mam raka - umieram ze zmęczenia!") i wyżywa się na służbie: kamerdynerowi każe np. zapuścić wąsy, bo "brakuje mu stylu".
Związek, czyli kontrakt Niewiele różni też banały instruktora z Amwaya od rad, jakie słyszy bohaterka
"Girlfriend Experience" Stevena Soderbergha -
luksusowa prostytutka dowiaduje się, że musi iść z duchem czasu. Powinna zadbać o nowe zdjęcia, lepszą stronę internetową i odpowiednie podejście do klienta: w branży konkurencja wciąż się czai.
Niemal cały film przeplatany jest ujęciami z podróży samolotem - eleganccy panowie jadą na weekendową wycieczkę do Vegas. W jednej chwili dyskutują o kryzysie i polityce Obamy, a za moment o tym, co znaczy "stabilność" w relacji kobiety i mężczyzny oraz na czym polega "otwarty związek". Jeden z uczestników "wycieczki" w takim związku żyje: on pracuje jako trener na siłowni, jego dziewczyna jest panią do towarzystwa.
Soderbergh wybrał ciekawy sposób istnienia w
Hollywood - wciąż reżyseruje hity w rodzaju "Ocean's Eleven", zajmuje się produkcją (m.in. głośny dokument "Roman Polański. Ścigany i pożądany"), ale od czasu do czasu pozwala sobie na rozkoszne filmowe drobiazgi typowe dla twórców niezależnych. W niemal paradokumentalnym "Bubble" (2005) obnażał iluzję uśmiechu z amerykańskiej prowincji, w "Girlfriend Experience" podgląda bogaczy, którzy płacą prostytutce, żeby móc pożalić się na stracone miliony ("Zarabiam dziesięć razy mniej niż dotąd!") i ponarzekać na szaleństwo kryzysu.
Wszystko jest na sprzedaż - związek to rodzaj umowy. Jak w niemieckim
"Jerichowie" Christiana Petzolda, gdzie bita przez bogatego męża żona nie może od niego odejść, bo musiałaby zwrócić swoje gigantyczne przedmałżeńskie długi. Przed ślubem podpisała intercyzę. Teraz - również w ramach finansowej umowy - uprawia seks z kochankiem. Jest postacią tragiczną czy banalną?
Głośne tytuły w konkursach W Konkursie Międzynarodowym rywalizować będą ze sobą tak docenione już tytuły jak rewelacyjny
"Dom zły" Wojciecha Smarzowskiego, faworyzowany w Wenecji przez krytyków
"Lourdes" Jessiki Hausner o człowieku zderzonym z perspektywą namacalnego, jakby nielogicznego cudu i
"Nic osobistego" Urszuli Antoniak, pracującej w Holandii i debiutującej na dużym ekranie Polki (aż pięć nagród w Locarno). W tej sekcji również pokazana na otwarcie
"Metropia" Tarika Saleha, animowany thriller z apokaliptyczną wizją świata walczącego o resztki ropy naftowej, norweski
"Upperdog" Sary Johnsen z Agnieszką Grochowską czy wreszcie
"Opowieści Złotego Wieku" Constantina Popescu i Cristiana Mungiu, który po "4 miesiącach, 3 tygodniach i 2 dniach" wraca do scenariusza sprzed lat i w komediowej tonacji portretuje młodość w czasach komunizmu, który przetrwać pomógł humor.
W Konkursie 1-2 (debiuty i drugie filmy) przede wszystkim triumfator Gdyni -
"Rewers" Borysa Lankosza, ale też kino z Rumunii (
"Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie"), Litwy (
"Światła mijania") i Iranu (nagrodzony w Rotterdamie debiut
"Zachowaj spokój i licz do siedmiu" o irańskich przemytnikach). Mocnym tytułem jest brawurowy formalnie
"White Lightnin'" Dominica Murphy'ego: Edward Hogg fenomenalnie wciela się tu w postać upodlonego w młodości Jesco White'a, dla którego całym światem jest taniec. Życie upływa mu w drodze, w ciągłym biegu: więzienie, obskurne knajpy, wreszcie dużo starsza kobieta, która stanie się jednocześnie kochanką i matką - White będzie wobec tego związku bezradny, jak bezradny jest wobec własnej agresji i paranoi.
O nagrodę walczyć też będą
"Stracone czasy" Arona Matyassyego o szukającym sprawiedliwości (i zemsty) bracie zgwałconej dziewczyny - zdaniem jury budapeszteńskiego festiwalu najlepszy węgierski film roku. Dla mnie ciekawsza jest jednak
"Transmisja" Rolanda Vranika - niemal pozbawiona fabuły, zbudowana z drobiazgowo skomponowanych kadrów historia o świecie bez obrazów, ale też bez emocji, prawie bez powietrza (ten węgierski film pojawi się w konkursie Wolny Duch).
Nie zabraknie na festiwalu znanych nazwisk -
Paweł Łungin pokaże "Cara", rozbuchany epos o dyktatorskich rządach Iwana Groźnego, a Corneliu Porumboiu, twórca znakomitego "12:08 Na wschód od Bukaresztu", powróci nagrodzonym FIPRESCI w Cannes filmem
"Policjant, przymiotnik" - "detektywistyczną łamigłówką" o policjancie, który naraża się szefom, bo nie chce aresztować młodego chłopaka za "nakłanianie do zażycia narkotyków".
Intrygująco pyta o kobiecość duński
"Żołnierzyk" - jedna z bohaterek sprzedaje swoje ciało, druga - tytułowa - o ciało pozornie nie dba: wróciła z wojny w Afganistanie, jest bodyguardem w burdelu ojca, a w domu trzyma stosy brudnych naczyń i uschnięte kwiatki. "Chciałam dotknąć tematu tabu, przynajmniej w Danii - pokazać psychiczny i fizyczny wpływ wojny na życie byłych żołnierek" - mówiła mi w Berlinie reżyserka Annette K. Olesen.
Z "Żołnierzykiem" współgra chorwacko-serbski
"To jeszcze nie koniec" Vinko Bresana (nagroda FIPRESCI w Karlowych Warach) - tu również mamy byłego żołnierza, chorwackiego snajpera, i serbską prostytutkę grającą w filmach porno. I jeszcze jeden film, który na wojnę - w tym wypadku terrorystyczny atak w Londynie - patrzy z punktu widzeniu rodziców zaginionych dzieci: on (nagrodzony w Berlinie Sotigui Kouyaté) jest wyznawcą islamu, ona (Brenda Blethyn) chrześcijanką. Ich dzieci były w sobie zakochane.
Trzy filmowe rewelacje Czekam na nowe filmy
Park Chan-Wooka ("Pragnienie") o księdzu, który chce walczyć z siejącym spustoszenie wirusem, ale sam zostaje zarażony i zmienia się wampira, oraz znanego u nas jako dokumentalista ("Śmierć człowieka pracy")
Michaela Glawoggera, który pokaże
"Grę w ojca" i realizowany w Polsce
"Najlepszy kontakt". Duncan Jones pokaże "Moon", nagrodzony w Seattle i Edynburgu film o inżynierze (Sam Rockwell), który ma wrócić na Ziemię z bazy na ciemnej stronie Księżyca ("Uwielbiam wybuchy i sceny akcji, ale tęskniłem za czasami, kiedy bohater był bardziej swojski i przypominał zwykłego robotnika" - mówi reżyser).
Ciekaw jestem, jak zostanie w Polsce odebrany
"Mamut" Lukasa Moodyssona, niesłusznie - jak sądzę - zmieszany w Berlinie z błotem: jest w tym świadomie popularnym filmie (z Gaelem Garcią Bernalem) dyskretne pęknięcie, banalne zło, w które wchodzimy niby przypadkiem i które ma już całkiem niebanalne konsekwencje.
Trzy najważniejsze filmy pojawią się w sekcjach Odkrycia i Mistrzowskie Dotknięcie. Pierwszy z nich to brytyjski
"Fish Tank" Andrei Arnold - błyskotliwy portret nastolatki, która nie może liczyć ani na matkę, ani na przyszywanego "ojczyma": musi dorosnąć na własną rękę, ale wcześniej musi dać się upodlić, by przeżyć moment deziluzji i na świat, w którym dotąd najważniejszy był taniec przy hip-hopie, spojrzeć oczami kobiety.
Drugi to absolutna perła - włoski
"Obiad w środku sierpnia" Gianniego Di Gregoria (nagroda za debiut w Wenecji). Starszy mężczyzna opiekuje się matką, ale nie stać go na czynsz - w ramach rekompensaty administrator proponuje: "Może mogłaby tu zostać moja matka?". Zostanie i matka, i ciotka Mary. I jeszcze jedna matka przyjaciela lekarza. Ale w tym pełnym humoru filmie nie ma nic z burleski: starość jest tu nieefektowna, gderliwa, męcząca - realistyczna jak w dokumencie, prawdziwa jak w życiu.
I wreszcie wybitny film z Niemiec
"Wszyscy inni" (Grand Prix Jury w Berlinie): hipnotyczna psychodrama, w której młoda para uprawia ze sobą "emocjonalne zapasy", gombrowiczowskie
gry w miny i pozy, ale w gruncie rzeczy walczy o coś, co najintymniejsze: o bliskość, czułość, pewność - czyli o coś, co w świecie muzycznej menedżerki z wytwórni płytowej i cenionego architekta powinno być tylko romantyczną mrzonką i banałem. Przeszywająco mądry film o rozstawaniu się ze złudzeniami, o zawsze obecnych maskach "kobiecości" i "męskości". I o tęsknocie - melancholijnej, bo niemożliwej do spełnienia.
Szczegóły:
www.wff.pl.