Tadeusz Sobolewski recenzuje filmy reżyserii Romana Polańskiego: "Dwaj ludzie z szafą", "Nóż w wodzie", "Wstręt", "Matnia", "Dziecko Rosemary", "Tragedia Makbeta", "Chinatown", "Frantic".
Kadr z filmu "Dwaj ludzie z szafą" Romana Polańskiego (1958)
Fot. GW SK 543/10
Kadr z filmu "Nóż w wodzie" Romana Polańskiego. Jolanta Umecka i Leon Niemczyk
Dwaj ludzie z szafą (1958)
25-letni student Filmówki zrealizował tę etiudę poza programem szkoły, żeby dostać nagrodę na brukselskiej wystawie światowej Expo '58 (dostał ją). Dwóch mężczyzn wyłania się z morza. Dźwigają staroświecką szafę z lustrem. Pchają się z nią do tramwaju, do kawiarni. Nikt ich nie chce. Atakują ich chuligani (wśród nich sam Polański - w podobnej roli jak później w "Chinatown"). Będą świadkami egzekucji kota. Nie ma dla nich miejsca w nieludzkim świecie, gdzie nawet dziecko budujące na plaży zamki z piasku ma w sobie coś absurdalnego.
Sam pomysł z szafą nie był oryginalny - podobnie wykorzystali ją Themersonowie w przedwojennej eksperymentalnej "Przygodzie człowieka poczciwego". Ale Polański stworzył dzieło własne, dojrzałe, drapieżne, zapowiedź tego, co zrobi później. Dochodzi tu do głosu jego wizja świata - okrutnego, absurdalnego, w którym niewinność musi spotkać się z przemocą. Rzecz charakterystyczna: nie ma w tym buntu. Nie ma też morału. Nic z romantyzmu. Smutna bluesowa ballada Komedy kontrastuje swoim spokojem i monotonią z okrucieństwem fabuły. Ten dystans, bycie "cool" zasadniczo różniły film Polańskiego od socjalistycznych nawoływań do zmiany świata i walki o lepsze jutro. Bohater Polańskiego, jeśli walczy, to o własne przeżycie. Wie, że zło jest elementem rzeczywistości, która odbija się w lustrze szafy.
Na pytanie, co symbolizuje szafa, odpowiedziałbym: kino. Sztukę. Nic więcej się nie liczy. Taka jest odpowiedź Polańskiego na zło świata - jak chopinowskie nuty w "Pianiście", które towarzyszą Zagładzie.
Jacht "Christine" podobno stoi jeszcze gdzieś w Mikołajkach. W porównaniu z doskonałym debiutem Polańskiego nakręconym na tej łodzi większość fabuł, jakie oglądamy dziś w kinie, wydaje się sztuczną ilustracją z góry przyjętych założeń. "Nóż w wodzie" to wciąż dzieło żywe. Film swobodny jak jazzowa improwizacja ma zarazem rygor klasycznej tragedii - choć do tragedii w końcu nie dochodzi.
Akcja pełna suspensu, w której liczą się najdrobniejsze gesty, rozgrywa się w ciągu jednej doby między trojgiem ludzi: właścicielem jachtu, dorobkiewiczem i macho (Niemczyk), jego żoną sprowadzoną do roli służącej (Umecka, mówi głosem Ciepielewskiej) i młodym autostopowiczem, intruzem, który wchodzi pomiędzy tych dwoje i rozbija układ. Filmem rządzi optyka bystrego podglądacza. Uczestniczymy w rozgrywce, przyjmując punkt widzenia każdego z uczestników. Jest w tym coś z biologicznej walki o pierwszeństwo. Pojawienie się młodego budzi w samcu przewodniku chęć rywalizacji. Ten, który kiedyś dostawał w kość, a potem dorobił się majątku i pozycji, będzie chciał "przeczołgać" młodego. Przeliczy się.
Każde z nich - na końcu również kobieta - będzie miało swój moment satysfakcji, górowania, przewagi. "Pływanie po wodzie to jest nic. Dopiero jak się idzie przed siebie, konieczny jest nóż. Tak już jest w życiu". Bije z tego filmu bezwzględna wiedza o tym, "jak naprawdę jest", przekorna wobec wszelkich utopii - zarówno siermiężnego gomułkowskiego socjalizmu, jak i zachodniej kontestacji. Czy młody zamieni się w przyszłości w kogoś takiego jak właściciel jachtu? U początku swojej światowej kariery Polański stawia w tym filmie pytania: jak nie zmieszczanieć, nie stać się niewolnikiem swojej pozycji? A z drugiej strony jak przetrwać, nie będąc ofiarą?
Wstręt (1965)
Swój pierwszy pełnometrażowy film na Zachodzie Polański nakręcił w "swingującym Londynie" dla wytwórni Michaela Klingera specjalizującej się m.in. w filmach soft porno. W ciągu 17 dni napisał z Gerardem Brachem scenariusz psychologicznego horroru uznanego za "jeden z najbardziej przerażających filmów, jakie kiedykolwiek powstały", porównywanego z "Psychozą". Jednak w odróżnieniu od Hitchcocka, u którego dobro i zło jest zawsze na swoim miejscu, u Polańskiego warstwa moralności jest cienka, umowna. Człowiek znajduje się w siatce zależności. Może być zarazem mordercą i ofiarą, jak Carol Ledoux, Belgijka pracująca jako manikiurzystka w "wyuzdanym" Londynie (Catherine Deneuve). Jej wstręt do mężczyzn, brudu i seksu przybiera formę maniakalną. Carol ma silne poczucie grzechu, gdy słyszy zza ściany miłosne jęki swojej siostry, jest w niej paniczny lęk przed seksem, ale zarazem o nim marzy. W klinicznie odtworzonych atakach psychozy maluje się jak prostytutka i przeżywa w wyobraźni brutalny gwałt.
Po tym filmie nazwano Polańskiego "badaczem lęku". W scenach, gdy zabarykadowana w swoim mieszkaniu kobieta widzi w szparze światło i słyszy kroki obcego, doszukiwano się reminiscencji przeżyć z getta. W tej analizie strachu Polański dotyka perwersji, pokazuje, jak graniczy on z przyjemnością.
W morderstwach, których dokonuje Carol, wyraża się potęga stłumionego popędu. Męski atrybut, falliczna brzytwa, w jej ręku staje się narzędziem zbrodni. U prowadzącej się swobodnie siostry Carol odrażająca i grzeszna strona seksu została zaakceptowana. Natomiast u Carol to, co "niewinne" i "grzeszne", zostało chorobliwie rozdzielone. Gdy w finałowej scenie mężczyzna - obiekt jej nienawiści i odrazy - bierze ją zemdloną na ręce, morderczyni, która zdążyła już zarżnąć dwóch adoratorów, uśmiecha się jak mała dziewczynka w ramionach ojca.
Matnia (1966)
"To mój najlepszy film. Oddaje istotę kina" - mówił kiedyś Polański. Co jest tą istotą? Pomieszanie gatunków? Nieprzewidywalność fabuły? Absurd bez dna? Tragifarsa?
Pierwotny tytuł "Jeśli przyjdzie Katelbach" nawiązywał do "Czekając na Godota" Becketta, blisko mu też było do wczesnego Mrożka. I tak jak polski teatr absurdu burzył konwencje opowieści bohaterskiej, tak Polański i Brach nasycali absurdem klasyczną sytuację dramatyczną znaną z zachodniego kina - zbieg z więzienia terroryzuje rodzinę. Jak zawsze u Polańskiego nastąpi wymiana ról. Bogaty biznesmen mieszka na pustkowiu oblewanym przez oceaniczny przypływ z młodą żoną (Francoise Dorleac, siostra Catherine Deneuve; zginęła w wypadku po realizacji filmu), która goni za każdym mężczyzną. Mąż, aby się jej przypodobać, przebiera się w damskie peniuary. Takich właśnie, oddanych swojej grze, zastaje ranny gangster. Owszem, będzie ich terroryzował, ale czasem będzie zmuszony grać rolę służącego. Zginie, nie uzyskawszy połączenia telefonicznego z tajemniczym Katelbachem. Po latach jakby wyparowało z "Matni" to, co kiedyś było jej przekornym atutem. Może w ogóle absurd w sztuce zużył się, spowszedniał? Została zjawiskowa Dorleac, surrealistyczny krajobraz z niekończącym się szeregiem słupów telegraficznych, obraz morza zalewającego czarną limuzynę, łysa czaszka Donalda Pleasence'a - opuszczonego męża płaczącego na skale - i muzyka Komedy.