Waldemar Kumór: Czy Węgrzy są żarłokami? Krzysztof Varga: Nie wiem. Nie bardziej chyba niż Polacy. Ale na Węgrzech, w przeciwieństwie do Polski, kultura kulinarna jest ważnym składnikiem kultury życia codziennego.
Poza tym tam jedzenie jest, powiedziałbym, bardziej egalitarne. To znaczy można jeść w eleganckich restauracjach, można jeść w gospodach, karczmach, w sklepach mięsnych - w każdym sklepie mięsnym jest stanowisko, gdzie na miejscu podają gorące mięso. Tam można spotkać faceta w garniturze z laptopem obok robotnika, obok emeryta. U nas jest inaczej - jedni chodzą do knajp bardziej eleganckich, szpanerskich. Inni, ci których nie stać, chodzą do innych.
Pierwsza zapamiętana potrawa węgierska? - Nie pamiętam. Pamiętam tylko, że mój ojciec robił w domu paprykarz z ziemniaków, leczo i zapiekankę. Lubił też robić pörkölty i zupę gulaszową. To nie jest jedzenie, którym można się codziennie żywić, bo jest wyjątkowo ciężkie, ale bardzo je lubię - jest takie domowe w dobrym sensie tego słowa.
W Polsce właściwie twoja książka była przyjęta entuzjastycznie. Znasz jakieś węgierskie opinie o "Gulaszu z turula"? - Raczej się podobała Polakom, którzy mieszkają na Węgrzech i moim węgierskim znajomym, którzy znają polski. Ktoś mi powiedział: "No tak, właśnie tacy jesteśmy". Moja znajoma, która wykłada na uniwersytecie pod Budapesztem napisała mi: "Tak, wszystko się zgadza, jesteśmy melancholikami, tylko nie wziąłeś pod uwagę wątku meteorologicznego". Zbaraniałem. "Bo, widzisz, w Budapeszcie czy na Węgrzech, gdy świeci słońce, to ono też jest takie zamglone i melancholijne i smutne".
Może to jest prawda? Myślę, że reakcja węgierska nie będzie jednoznacznie pozytywna. Przekład węgierski jest już gotowy, książka ma się niebawem tam ukazać. I to będzie prawdziwy test dla mnie i dla "Gulaszu". Napisałem zresztą osobny wstęp do węgierskiego wydania.
Dostałeś medal od Węgrów za to, że napędziłeś im turystów z Polski? - To jest ciekawe, bo rzeczywiście niektórzy mówią, że gdy przeczytali "Gulasz", chcieli natychmiast jechać na
Węgry. Parę osób powiedziało mi, że gdy byli w Budapeszcie, poznawali miasto z moją książką. A przecież ona nie jest przewodnikiem turystycznym. A jeżeli już, to bardzo alternatywnym.
Bo mnie naprawdę nie interesuje wzgórze zamkowe w Budapeszcie, most Małgorzaty, zwiedzanie parlamentu. Ja to już wszystko znam, wolę odwiedzać własne miejsca i odkrywać nowe.
Medal też mnie nie interesuje. Podejrzewam, że mogę raczej dostać w zęby, gdy książka się ukaże na Węgrzech. Może się spodobać ludziom, którzy mają poglądy liberalne, a bardzo nie spodoba się ludziom, którzy mają konserwatywne.
Co ich zdenerwuje? - Pewnie uznają, że zbyt dużo uwagi przykładam do ich nostalgii historycznych, które dla mnie momentami są groteskowe. Tam bardzo wielu ludzi tęskni za tymi wielkimi Węgrami sprzed układu w Trianon, chcieliby, żeby Koszyce nazywały się znów po węgiersku Kassa. Nie mówiąc już o nostalgii za utraconym Siedmiogrodem.
Tak jak niektórzy z Polaków tęsknią z Lwowem i Wilnem? - To zupełnie nieporównywalne ze względu na skalę. Nie widziałem w Polsce ludzi, którzy by chodzili w koszulkach z mapą II Rzeczpospolitej, nie widziałem na samochodach nalepek z mapą przedwojenną. A na Węgrzech mnóstwo. Tam możesz sobie kupić koszulkę wielkich Węgier sprzed Trianon.
To jest raczej proste do wytłumaczenia - Węgry po 1920 r. straciły dwie trzecie obszaru, a nic nie zyskały. Czy to się komuś podoba, czy nie, my w Polsce straciliśmy Wilno i Lwów, ale mamy za to Szczecin i Wrocław, czyli wyszliśmy nieporównanie lepiej od Węgrów. Poza tym dla nas I wojna światowa to było powstanie państwowości polskiej po zaborach, natomiast dla Węgrów koniec I wojny to upadek mocarstwowości austro-węgierskiej. 5 mln Węgrów zostało poza granicami, Siedmiogród, który był sercem Węgier, został za granicą. Więc ta rana ciągle jest dla nich bardzo bolesna i ona żyje współcześnie.
Lubisz jeździć na Węgry? - Bardzo. Nie tylko po to, żeby się najeść i posiedzieć w gorących źródłach, ale dlatego, że podoba mi się coś, czego mi brakuje w Warszawie. Podoba mi się niezmienność. Wiem, że karczma, w której jadam obiady, będzie w tym samym miejscu, ten sam kelner przyjdzie i powie: cieszę się, że nas znów odwiedziłeś.
Jak tam jesteś, to masz swoje miejsce do pracy, masz knajpkę, do której chodzisz na obiady, masz swoje łaźnie, gdzie chodzisz się kąpać. Tego mi brakuje w Warszawie, bo jak patrzę, choćby na swoją dzielnicę, to widzę: miałem warzywniak, teraz mam bank, miałem aptekę, a teraz też bank, nigdy nie jestem pewien, co w danym miejscu będzie.