http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Tkaczyszyna-Dyckiego życie z duchami

Agnieszka Wolny-Hamkało
2009-10-01, ostatnia aktualizacja 2009-10-04 19:48

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki został laureatem Literackiej Nagrody "Nike" 2009 za tom "Piosenka o zależnościach i uzależnieniach".

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki
Fot. Renata Dabrowska / AG
Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki
Co nas bierze, kiedy po kolejnym wierszu miękko zapadamy się w ten spójny, mroczny świat? Że zaczynamy "myśleć Dyckim", "mówić Dyckim"? Bo on narzuca swój język, melodia jego wiersza zaczyna nam towarzyszyć. A jest to upiorna melodia nawiedzonej kołysanki.

Mantryczna powtarzalność przywodzi na myśl modlitwę, rytuały, zaklęcia. Tematy tej poezji: śmierć, choroba, nicość - obsesyjnie powracają w wielu wariacjach, tworząc subtelnie zmieniającą się architekturę wiersza. "Istotą poezji jest nie tyle zasadność / co bezzasadność napomknień i powtórzeń" - pisze w wierszu poeta.

- Dycki kojarzy sprzeczności - mówi krytyk Piotr Śliwiński. - Pierwsze skojarzenie dotyczy sprawy fundamentalnej: ekskluzywności jego poezji i zarazem jej magnetyzmu. To poezja dla wybranych, która porywa wszystkich. To poezja dla wszystkich, która tajemniczym sposobem wydaje się zwrócona tylko do mnie.

Napięcia w poezji Dyckiego rodzą się nie tylko na poziomie języka - wywołują je także zderzenia metafizyki z fizjologią. Bezpruderyjność i dosłowność przeplata się tu z subtelną, nienachalną metaforyką. Dycki oswaja tabu - on nie tylko łazi wokół śmierci, homoseksualizmu, namiętności, rozkładu ciała. Bierze pod mikroskop te wszystkie tematy, które popkultura spycha na margines, bo są mroczne, ponure, niekolorowe. Nie chcielibyśmy przywoływać ich przy obiedzie, w czasie grzecznościowych pogaduszek. Taki na przykład szpital psychiatryczny to jedna z powracających dekoracji, w jakich rozgrywają się te wiersze. Szpital z całym jego sztafażem: odcięciem, bezczasem, chorobą. Z nagłą dominacją fizjologii.

Ten gwałtowny powrót do ciała okazuje się zbawienny dla poezji: "w brudnych prześcieradłach jestem coraz bardziej polskojęzyczny" - pisze Dycki. I jest w tym ból i ironia, a także jakaś prawda, do której trzeba zejść i za nią zapłacić. Dycki "wie, co to jest ciemność". "Schizofrenia jest jak pies / przysięgam jak dwa wściekłe psy".

- Ludzkie doświadczenie, którego językiem stała się poezja Tkaczyszyna-Dyckiego to trauma, rana, rozstęp między przeżyciem a poznaniem, wieczna samotność i obawa, a ponadto specyficzne poczucie człowieka współczesnego - utraty rzeczywistości, pomieszania znaczeń i stylów, estetyzacji i unieważnienia egzystencji - mówi Śliwiński. - W jego wierszach znajduje się dużo nowoczesnej ironii, dystansu, konfabulacji. Motywy obsesyjnie powracają, kłębią warianty tych samych historii. Jednak to nie pozbawia ich dramatyzmu. Powtarzalność jest bowiem nie tylko cechą świata opierającego się ostatecznej formie, jest również metaforą wewnętrznych dramatów - to depresyjne zapętlenie w niedającym się uśmierzyć bólu, obsesja upływającego czasu, choroby i śmierci - zaznacza Śliwiński.

Bo śmierć czyni nas pięknymi przez nasz śmieszny i godny uwagi dramat: tymczasowość i rachityczność. Obca kobieta z wiersza może się podobać, ale tylko kiedy studiuje nekrologi. Przyjaciel staje się mądry, ale tylko kiedy dowiaduje się czegoś o sobie nad cudzym grobem. "Przychodzą do mnie ludzie / których dzisiaj już nie ma" - pisze Dycki. Żywi i zmarli w jego świecie współistnieją w symbiozie. Świat umarłych i potoczna rzeczywistość istnieją na takich samych prawach i przenikają się. Bohater Dyckiego żyje z duchami. Po pierwsze, z duchem matki, która jest figurą ciężką, ważącą na życiu bohatera, dominantą. Widmo matki przychodzi nie tylko poprzez więzy rodzinne i geny - przez krew, ale także przez chorobę i miłość. Te więzy okazały się silniejsze niż śmierć. "Z chorobą mojej matki nikt się nie równał" - pisze Dycki. Matka jest cieniem kładącym się na wszystkim: demonizowana, przywoływana, godna podziwu za swoje nawiedzenie, alkoholizm, miłość, chorobę. Pijąca denaturat i "ocet z braku denaturatu". "Więc to dlatego moczyłem się w nocy" - mówi bohater Dyckiego. A jednak nie potępia matki, która wrosła w niego i mu towarzyszy.

Brzmi to wszystko piekielnie ponuro, jednak jest przez Dyckiego wzięte w cudzysłów regularnej formy, niemal piosenki. W cudzysłów metafory i humoru. Bo autor "Piosenek " bywa zaskakująco dowcipny. Nie ma w tym świecie zmarłych ckliwości wspominków, kiczu egzorcyzmu. - Zastanawia mnie i frapuje ewolucja zdania jego wierszy, które doprecyzowało się i uwolniło jednocześnie - mówi poeta i wydawca Mariusz Grzebalski. - To fenomen, by na tak niewielkiej przestrzeni, zazwyczaj od dwunastu do szesnastu wersów, tyle się działo. W książkach ostatnich, zwłaszcza w nominowanej do tegorocznej Nike, dochodzi do głosu coś jeszcze: oprócz zmysłowości i transowego rytmu pojawiają się lekkość i ton ironiczny, także w wydaniu auto.

Dycki mistrzowsko łączy archaizmy ze słowami potocznymi, z wulgaryzmami, neologizmami, ze slangowymi powiedzonkami. Dzięki tym zderzeniom uzyskuje językowe napięcie i efekt świeżości, kiedy słowa zyskują nowe znaczenia i melodie w różnych kontekstach, kiedy się wzajemnie znoszą lub wzmacniają. Słowa i powiedzenia z odmiennych narracji, z różnych bajek. Zresztą o wulgaryzmach w poezji Dyckiego można by napisać niejedną kapitalną pracę. Bo nawet one mienią się, przekształcają w wierszach poety, stając się nośnikami tak różnych emocji: lęku, złości, radości, bezradności i bólu.

Grzebalski: - Na początku nasza korespondencja dotyczyła spraw literackich, z czasem jednak przeszliśmy na płaszczyznę prywatną. Kolorowe koperty od Dyckiego zawierały zwykle list główny oraz kilka karteczek "do natychmiastowego zniszczenia" - wszystko starannie wykaligrafowane, niekiedy z przypisami. Ale najważniejszy był styl, który w niczym nie odbiegał od stylu jego wierszy. Listy uwodziły w równie niezauważalny sposób co powracające frazy wierszy - nawet jeśli dotyczyły przechadzki jeża pod trawniku od płotu do sławojki.

- Nie mieścił mi się, nie pasował do brulionowej rewolucji - mówi Karol Maliszewski. - Zamiast slangu i bezpośredniości proponował coś, co zalatywało namaszczeniem i retoryką. Dlatego w recenzji wspomniałem o "drażniącej manierze". Musiały upłynąć lata, żeby dotarło do mnie, że mam do czynienia z czymś naturalnym, szczerym. - Dycki to dla mnie nie człowiek, ale literatura - przyznaje Grzebalski. - Powiedzieć "poezja" byłoby za mało. Literatura to osobny kosmos, w którym dryfują ciała Inne, Niepodobne. Poezja to tylko zbiór mniejszy.

A Śliwiński dodaje: - Ciemna rozkosz wywoływana przez wiersze Dyckiego to z jednej strony skutek detalu (bo umie zachwycić wersem, zakręcić metaforą, rozbawić paradoksem), a z drugiej - czegoś nieokreślonego, leżącego pomiędzy. O "Piosenkach " mówi: - Znakomity, charyzmatyczny tom. Wielki, osobny głos, niczym Leśmian.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':