http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

"Galerianki" w kinach. Dżinsy za seks

Paweł T. Felis
2009-09-24, ostatnia aktualizacja 2009-09-24 17:34

Od piątku w kinach "Galerianki" Katarzyny Rosłaniec - uznany za najlepszy debiut w Gdyni. To udana przypowieść o dorastaniu w epoce supermarketów. Szkoda, że momentami przypomina dydaktyczny pokaz efektownych slajdów

ZOBACZ TAKŻE
Filmy
Z jednej strony ciasne, szare mieszkanie z nerwową matką, milczącym ojcem i starszą siostrą. Z drugiej - świat jadowitych żółci, róży i czerwieni, białych kozaczków, spódniczek mini i wypasionych komórek.

Na takim właśnie przeciwieństwie, wyłuszczonym zresztą w pierwszych scenach, zasadza się film Katarzyny Rosłaniec i mentalny skok głównej bohaterki: milczącego Kopciuszka, który pod wpływem pyskatej koleżanki zmieni fryzurę, zacznie używać jaskrawych szminek i oddawać się facetom za pieniądze.

Kopciuszkiem jest Alicja (Anna Karczmarczyk): nowa w klasie (przeniosła się z Grudziądza), bez koleżanek (matka: "Mieszkamy tu już pół roku i żadnej nie widziałam"), kiedyś chyba należąca do kościelnej oazy.

Jej największy kompleks to obciachowy telefon. Ale wstydliwy "rzęchofon" od wujka jest w "Galeriankach" tylko pretekstem - jeśli można uwierzyć w zbyt łatwą przemianę Alicji, to dlatego, że rządzi nią nie marzenie o motoroli K1, ale fascynacja Mileną.

"Może to lesba?" - rzuca otyła "Dziura" (Dominika Gwit): ta "trzecia", która o związek Mileny i Alicji będzie najbardziej zazdrosna.

Grająca Milenę, pełna energii Dagmara Krasowska staje się, niestety, ofiarą nienaturalnych dialogów stylizowanych na język "Wojny polsko-ruskiej". To jednak, co u Masłowskiej (i w filmie Żuławskiego) było językową grą, wykreowanym przez autorkę pseudożargonem, Rosłaniec przenosi w realistyczny świat współczesnych gimnazjalistek: Milena nie mówi, ale recytuje formułki. Jednocześnie to właśnie Krasowska jako jedyna z nastoletnich aktorek tworzy postać - jest "galerianką" najbardziej świadomą i najbardziej pozbawioną złudzeń.

Z Alicją prowadzi grę w uwodzenie. "Tylko nie myśl, że facet mi płaci sto złotych za seks, bo mi płaci o wiele więcej - dwieście, trzysta, zabiera mnie do knajpy, kina: to jest inne życie" - instruuje koleżankę.

Podpowiada, że trzeba zwracać uwagę na buty, pasek i telefon, bo "jak mi wyciąga starego alcatela, to mu numeru nie dam: jeszcze by mi później rozklekotanym seicento przyjechał".

Czasem wychodzi z roli demonicznej disco girl i daje konkretne rady: "Trzeba kupić w aptece maść albo posmarować się wazeliną (mniej boli), zadbać o prezerwatywę. Na chuj ci bachor?!".

W filmie Rosłaniec - jak w "Pannie Nikt" Tomka Tryzny - słaby lgnie do silniejszego, a silniejszy potrzebuje słabego, żeby pozorować siłę. "A ty byś sobie sam poradził w życiu?" - rzuca Alicja do zakochanego w niej Michała (Franciszek Przybylski).

Jak w typowej przypowiastce o młodych jest samotna, potrzebuje akceptacji i chce się poczuć częścią grupy.

Ale "Galerianki" najciekawsze są wtedy, gdy tego rodzaju schematy próbują przekroczyć. W relacji Alicji i Mileny jest przecież ślad erotycznej fascynacji, wspólnego "antymęskiego" frontu. To Milena, która rzuca w galerii handlowej do oglądającego wystawę klienta: "Jak kupisz mi dżinsy, to ci zrobię loda" (i która dzieli facetów na chłopców-dzieci i prawdziwych mężczyzn), ni stąd, ni zowąd proponuje Alicji wspólne mieszkanie. Arkadią jest świat bez mężczyzn. I bez seksu.

Widzę w "Galeriankach" nie tylko warsztatową sprawność reżyserki debiutantki, ale i potencjał na mocną historię o "przekleństwie dorastania". Ale trudno ukryć, że potencjał został zmarnowany: nagroda za najlepszy debiut w Gdyni była dla mnie zgrzytem, bo ten film - podobnie jak "Świnki" Roberta Glińskiego - wydaje mi się krokiem wstecz. Powrotem quasi-realistycznego polskiego kina, w którym temat przygniata fabułę, a schematyczny scenariusz prowadzi do socjologicznych i psychologicznych klisz.

Zabrakło najważniejszego: wejścia w mentalność bohaterek - "Galerianki" opowiadane są z perspektywy protekcjonalnie pochylającego się nad "biednymi" dziewczynami obserwatora. Gimnazjaliści dzielą się na młodocianych macho i wrażliwych okularników, szare myszki i wyszczekane "królowe życia". Dominują piękne, pstrokate kadry skontrastowane od czasu do czasu z rodzinną patologią ("Zabiję cię, cholero jedna!" - wrzeszczy pracująca na dwie zmiany, zniszczona życiem matka, gdy tłucze na klatce schodowej swoją córkę).

Irytujące fałszem są scenki ze szkoły: w klasie i poza nią jest tylko czwórka dziewczyn i odzywający się na zawołanie "tłum". W tym "udawanym" świecie reżyserka nie zwraca uwagi na szczegóły: mówi się dużo o koledze Michała "Freaku", ale nawet nie wiemy, który to chłopak; jedna z czterech głównych bohaterek w dramatycznym momencie znika bez śladu i nikt o niej już nie wspomina; Alicja bez problemu trafia do mieszkania "kochanka", choć wie tylko, że mieszka na parterze. A podobnych przykładów jest znacznie więcej.

Przy takich filmach jak rewelacyjny "Wszyscy umrą, a ja nie" Rosjanki Walerii Gai Germaniki "Galerianki" są tylko plakatem, zbiorem "znaczących" scen. W obrazie Germaniki (główna nagroda na festiwalu w Łagowie) świat podobnych wiekowo dziewczyn pulsuje dziewczęcą energią, obfituje w niuanse, ma realistyczny pazur kogoś, kto jest w środku. W "Galeriankach" przebłyskiem tego rodzaju opowiadania jest wątek rodziców Alicji: świetni Iza Kuna i Artur Barciś pojawiają się na chwilę, ale wiemy o nich wszystko. On jest skądinąd sympatycznym, ale sfrustrowanym i przerażonym dojrzewaniem córki ojcem, ona to neurotyczna, zawiedziona życiem, kiepsko ukrywająca romans matka ("Dobrze, że prosisz tatusia - od piętnastu lat spełnia moje życzenia: mówisz i masz"), która niezdarnie, podobnie jak mąż, Alicję kocha.

Najbardziej wstrząsający fragment "Galerianek", które są rozwinięciem półgodzinnej etiudy Katarzyny Rosłaniec sprzed trzech lat, to scena w gabinecie lekarskim. Jedna ze sprzedających się (za nową opaskę albo pierścionek) dziewczyn słyszy, że prawdopodobnie jest w ciąży: "To niemożliwe, ja potem wszystko wypłukałam!". To interwencyjne wołanie o edukację seksualną jest przerażająco trafne, ale mówi też o "Galeriankach" rzecz smutną. To szlachetna w intencjach powiastka dydaktyczna. Interwencyjne kino, które z wierzchu bije błyskotkami po oczach, ale jest puste w środku.

O nastoletniej prostytucji dzisiejsi reżyserzy mówią często: choćby w świetnym "Z Londynu do Brighton" Paula Andrew Williamsa czy podobnie do "Galerianek" schematycznych. węgierskich "Dziewczynach" Anny Faur, na wyrost porównywanych do "Dzieciaków" Larry'ego Clarka.

Clark, Williams, a zwłaszcza Gai Germanika nie tylko zrobili lepsze filmy niż Rosłaniec, ale udowodnili, że mają swój własny, oryginalny język. Debiutująca reżyserka "Galerianek" będzie go musiała dopiero pokazać.

"Galerianki", reż. Katarzyna Rosłaniec, Polska 2009, dystr. Monolith Films

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 44 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    24 głosy