http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Inga Iwasiów: Bar Bambino i smutek PRL-u

Rozmawiał Paweł Smoleński
2009-09-24, ostatnia aktualizacja 2009-09-23 19:48

Nie lubię pocieszycielstwa i nie zgadzam się z nim. A taka jest z reguły literatura dotycząca małych ojczyzn: sentymentalna, wspominająca z uśmiechem czasy minione, które wcale nie musiały być do uśmiechu - mówi Inga Iwasiów, nominowana do Literackiej Nagrody Nike za powieść "Bambino"

Paweł Smoleński: Jest w Szczecinie bar mleczny, który nazywa się Bambino?

Inga Iwasiów*: Już nie ma, ale był, na jednym z większych skrzyżowań miasta - plac Kościuszki i aleja Piastów. Dziś jest tam wypożyczalnia filmów, ale myślę, że wszyscy szczecinianie dobrze ten bar pamiętają.

A bohaterowie pani powieści - Marysia, Anna, Ula, Janek - też chodzili po szczecińskich ulicach?

- Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Jestem teoretyczką literatury, więc wiem, że w literaturze nie ma prostego rozróżnienia na prawdę i fikcję, bo w trybach pisania prawda staje się fikcją.

Nie pisałam "Bambina" w trybie dokumentalnym. Nie wyszukiwałam relacji w bibliotekach, nie śledziłam biografii. Ale z drugiej strony Szczecin jest miejscem opowieści szczególnych, bo to szczególne miasto. W dziale lokalnym miejskiej biblioteki są zapomniane już wspomnienia pisane na różne konkursy - myślę, że różniące się od wspomnień z innych miejsc w Polsce. Od wielu lat słucham tych szczecińskich opowieści. Gdy weszłam w wiek średni, zaczęły mnie jakoś bardziej obchodzić. Zobaczyłam też, jak te opowieści się zmieniają.

Jak?

- Biologia pamięci jest zadziwiająca. Ludzie starsi i starzy, dojrzalsi, zaczynają uwalniać w sobie opowieści niepiękne, które wcześniej chowali gdzieś głęboko. Coś było zatrzaśnięte, a teraz uwalnia się; po prostu z upływem czasu więcej chce się opowiadać. I nie chodzi mi tylko o to, że różne ludzkie historie były zatrzaśnięte przez system, porządek PRL-u. Niekoniecznie jest tak, że rodzice nie opowiadali o swoim życiu przy małoletnich dzieciach, bo bali się, że takie opowieści zaszkodzą, dzieci wyciągną je poza dom i będzie katastrofa. Po prostu nie opowiadali, tak samo jak dzisiaj.

Zresztą to jakiś odwieczny proces: starzejąc się, chcemy ułożyć sobie w głowie własną przeszłość. I tak zaczęłam się o te opowieści potykać.

To wszystko ucierało się we mnie, trafiało na inne, współczesne okoliczności. Drażni mnie kultura masowa, uważam, że niekoniecznie musimy sobie nawzajem opowiadać tylko o udanej pracy w wielkich korporacjach, okraszać to ironią, kpiną, jakąś niezrozumiałą wesołkowatością, której nie znoszę. Chciałam bardziej, głębiej, poważniej, bez tego nachalnego, płytkiego pocieszycielstwa, że musi być dobrze, wszystko kończy się happy endem.

Nie powiedziała pani, czy osoby sportretowane w „Bambinie” są prawdziwe.

- Bo nie są. To raczej postacie sklejone z kilku osób, nie sądzę, żeby ktoś mógł rozpoznać w nich siebie. Ale wiele zdarzeń można rozpoznać, nie wszystko wymyśliłam. Jedna postać - Ula - jest najbliższa kogoś, kogo kiedyś znałam. Lecz mimo to mam wrażenie, że ta moja znajoma w książkowej Uli nie odszukałaby siebie.

Czy historie opowiadane przez panią są możliwe tylko w Szczecinie?

- Rozmawiałam z ludźmi we Wrocławiu, w Elblągu, w Gorzowie. Tam - myślę - rozgrywały się podobne historie, bo i charakter tych miejsc jest podobny. Idzie mi o przerzucanie ludzi w inne, obce miejsca, o przekraczanie granic - państwowych, lecz nie tylko.

Ludzie przekraczali granice, idąc ze wsi do miasta. Przekraczali granice między ustrojami politycznymi. Między tradycyjną rodziną i rodziną zdekomponowaną. Takie przykłady można mnożyć.

Ale podobieństwo do szarości i smutku "Bambina" można znaleźć wszędzie, w całej Polsce czasów PRL-u. W tym znaczeniu to książka uniwersalna. Tyle że w Szczecinie, mieście, gdzie w zasadzie nie było ludzi zasiedziałych od pokoleń, te różnorodne przekraczania granic były o wiele bardziej widoczne.

Warto przypominać ten smutek i beznadzieję? Warto opisywać losy ludzkie, których kresem, przynajmniej w pani książce, jest porażka?

- Nie wszystko da się zagadać pokazywanym wszem i wobec dobrym humorem. Już mówiłam, że nie lubię pocieszycielstwa i nie zgadzam się z nim. A taka jest z reguły literatura dotycząca małych ojczyzn; sentymentalna, wspominająca z uśmiechem czasy minione, które wcale nie musiały być do uśmiechu.

Ja - dlatego, że jestem kobietą, że piszę z perspektywy feministycznej - właśnie przez smutek i szarość odbieram tamten czas i tamten Szczecin. Niektórzy szczecinianie nie zgadzają się ze mną, nie wierzą, że istnieje bardzo specjalny szczeciński spleen. Lecz mi się zdaje, że dziedziczymy smutek, tylko staramy się go ukryć, zasłonić. A przecież nie jesteśmy dziećmi. Nie da się przeskoczyć, nie zauważyć szczecińskiego baru Bambino. Był taki bar i byli ludzie, którzy go odwiedzali.

I dlatego kobieta, która chciała się bawić, popada w alkoholizm? Dlatego sypią się związki między ludźmi, bo jak ma się udać związek naznaczony niemieckim pochodzeniem, repatriacją ze Wschodu albo rokiem '68? Dlatego ubek, który stał się ubekiem, bo chciał zapewnić rodzinie lepsze życie, musi się rozpić? Miłość się kończy, i to w paskudny sposób, a małżeństwa trzymają się z wyrachowania.

- Nieuniknione jest tkanie literatury ze stereotypów. Bo tak po prostu wygląda życie. Może picie wódki w PRL-u pozornie pomagało uporać się z rzeczywistością, przełknąć własne wybory i niepiękną biografię. Uważa pan, że każdy ubek musiał być wyrachowanym, zimnym sadystą?

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 8 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':