Borys Lankosz, reżyser filmu "Rewers", laureat Złotych Lwów "Rewers" to zabawa kinem. Moim zadaniem jako reżysera było sprawić, żeby przejścia między różnymi konwencjami i gatunkami kina były na ekranie niezauważalne. Tak naprawdę "Rewers" dzieje się nie tyle w czasach stalinowskich traktowanych ze stuprocentową powagą, ale w moim własnym świecie, w świecie kina. Mam dość martyrologii. Chciałem pokazać zwyczajnych ludzi, postawionych przez historię wobec zła. I opowiedzieć o kobietach - tak mało jest kobiet w polskim kinie. Scenarzystę "Rewersu" Andrzeja Barta poznałem dziewięć lat temu, kiedy zaproponowano mi zrobienie rocznicowego filmu o getcie łódzkim. Z Bartem rozumieliśmy się fantastycznie. Planujemy teraz film według jego powieści "Fabryka muchołapek", która zresztą pierwotnie była scenariuszem filmowym. To musi być duże, międzynarodowe kino. Traktuję jako niezwykły przywilej to, że mogę tak blisko współpracować z pisarzem. To oni, pisarze, jak za czasów polskiej szkoły filmowej, powinni pisać scenariusze. Powstanie "Rewersu" zawdzięczam dwóm osobom: Andrzejowi Bartowi i producentowi Jurkowi Kapuścińskiemu. Stworzyliśmy zespół, który - jestem o tym przekonany - nawiązał do początków istnienia tamtego Kadru, gdzie powstawały filmy szkoły polskiej. Takiego producenta mogłem sobie tylko wyśnić. To artysta, który produkuje filmy, bo je kocha.
Jerzy Kapuściński, szef studia Kadr, producent "Rewersu" Ostatni rok był budowaniem od podstaw mojego życia zawodowego. Wyszedłem z telewizji publicznej, w której pracowałem kilkanaście lat, dostałem propozycję objęcia po Jerzym Kawalerowiczu studia Kadr, w którym powstawały arcydzieła szkoły polskiej. Chciałem, żeby pierwszy film, jaki zrobimy, był nawiązaniem do tej tradycji, powrotem do kina opartego na dobrej literaturze, gdzie scenarzysta bierze udział w procesie powstawania filmu od początku do końca. Udało się dobrać wspaniałą ekipę. Kompozytora Włodka Pawlika, z którym współpracowaliśmy kiedyś w
TVP Kultura, zaprosiłem do "Rewersu", bo ten film od początku brzmiał mi jazzem - myślałem przy nim o Komedzie.
Wracamy do dawnego polskiego kina. Jego kapitał nie może być zmarnowany, młodzi reżyserzy będą je kontynuować, tak jak to robi Borys Lankosz. Z Borysem i Marcinem Koszałką znamy się od lat - jeszcze z TVP. Bart może się stać gwiazdą polskiego scenariopisarstwa. Krystyna Janda i Anna Polony bez wahania przyjęły role w filmie debiutanta, bo poznały się na tekście. Tak jak kiedyś w polskim kinie powstał klimat oczekiwania na dzieło. Nie traktowaliśmy widza jako półgłówka, ale jako partnera inteligentnej
gry. Byłem na różnych pokazach "Rewersu" - ten film działa na każdą widownię, nie tylko tę festiwalową, nie jest to przypadek filmu, który podoba się jedynie krytykom.
W telewizyjnej "Dwójce" miałem opinię producenta "niszowego", nienadającego się na czasy seriali, których szczerze nie znoszę. Tymczasem film Lankosza, wyrafinowany formalnie, nie jest wcale "niszowy". On jest "mainstreamowy". To normalne kino, tyle że zrobione z dawną dbałością. W lepszych czasach telewizji publicznej, dziś kompletnie zaprzepaszczonych, gdy powstawały filmy z "Pokolenia 2000" i działało Studio Teatralne "Dwójki", panowała u nas atmosfera zespołowa. Kiedy objąłem Kadr i zobaczyłem na ścianie plakaty filmów Wajdy, Kawalerowicza, Munka, Konwickiego, w pierwszej chwili przeraziłem się. Dorównanie im wydawało mi się niemożliwe. Dziś już tak nie myślę.
Marcin Koszałka - nagroda za zdjęcia do filmu "Rewers" Borysa Lankosza Borysa znam co najmniej siedem lat. W 2002 robiłem z nim nagradzany na świecie dokument "Rozwój". Kiedy ma się z reżyserem tak wiele wspólnych zainteresowań, także muzycznych, i tyle wspólnych pomysłów, praca na planie staje się prosta. Tradycją polskiego kina zawsze była współpraca reżysera z operatorem oparta na samodzielności i zaufaniu - inaczej, niż to jest w Ameryce. Myślę, że gdybym nawet śladem wielu polskich operatorów próbował tam coś robić, obciążałoby mnie to, że jestem traktowany jako "techniczny". Wystarczy posłuchać tak wspaniałych operatorów jak Sławomir Idziak czy Janusz Kamiński - wszyscy mówią o niedosycie pracy w
Hollywood. Więc czy nie lepiej już robić to prowincjonalne polskie kino i spełniać się w tym twórczo?
Owszem, będąc operatorem, mam pewne skłonności do reżyserowania, ale nigdy nie robię tego wbrew reżyserowi. Na planie trochę obawialiśmy się spotkania z Krystyną Jandą - czy nie spacyfikuje nas, młodszych? Okazała się wspaniałą artystyczną partnerką. A przy tym - będąc wdową po wybitnym operatorze - potrafiła kompetentnie doradzać nam także w tych sprawach. Z Borysem Lankoszem przegadaliśmy cały film, ale nie przywiązywaliśmy się do żelaznego scenopisu. Wymyśliliśmy klucz wizualny - klimat kina noir czy wręcz niemieckiego ekspresjonizmu. Ale ta stylizacja jest pozorna - w gruncie rzeczy "Rewers" ma sznyt bardzo nowoczesny. Na tym właśnie polegał główny pomysł na ten film - złamany styl.