http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gdynia - narodziła się nam nowa "szkoła polska"

Tadeusz Sobolewski, Gdynia
2009-09-21, ostatnia aktualizacja 2009-09-21 10:23

Coś niezwykłego stało się z naszym kinem podczas tegorocznego festiwalu w Gdyni. Narodziła się nam nowa "szkoła polska"

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Podczas finałowej gali na stulecie polskiego kina przygotowanej przez Krzysztofa Maternę - tak bardzo różniącej się od zeszłorocznej dętej peerelowskiej akademii - wyszło na scenę trzech aktorów "Ziemi obiecanej": Olbrychski, Pszoniak i Seweryn. Przypomniała się ich słynna filmowa kwestia: "Ja nie mam nic, ty nie masz nic...". Tak właśnie, od zera, z kapitałem entuzjazmu, zaczynali twórcy filmu "Rewers", głównego faworyta tego festiwalu, obsypanego przez jury sześcioma nagrodami, laureata Złotych Lwów.

Rok temu producent tego filmu Jerzy Kapuściński pozbawiony pracy w dogorywającej "Dwójce", którą kiedyś współtworzył, pozbawiony też kierownictwa Studia Debiutów im. Andrzeja Munka, rzeczywiście "nie miał nic". Dzięki decyzji ministra Bogdana Zdrojewskiego objął legendarne Studio Kadr - zespół filmowy, w którym powstawały najważniejsze filmy szkoły polskiej Wajdy i Munka. W ciągu roku w odnowionym Kadrze powstał film, który pozwala uwierzyć, że jest możliwa, jak kiedyś, inteligentna rozmowa z widzem, będąca wynikiem współpracy pisarza, reżysera i producenta, jak w złotych latach polskiego kina, gdy partnerami trzydziestoletnich reżyserów byli: Konwicki, Andrzejewski, Stawiński, Dygat, Hen.

Podwójne zło

Debiutancki film 36-letniego Borysa Lankosza, który podbił festiwalową publiczność, dzieje się w dwóch planach czasowych: w latach stalinowskich i dziś. Jest w tym filmie nowy ton mówienia o przeszłości. To antyteza uproszczonych czytanek historycznych, w jakich specjalizowało się polskie kino ostatnich lat. Na tegorocznym festiwalu było więcej takich przekornych filmów, pozwalających spojrzeć na peerelowską przeszłość bez politycznego szczękościsku. "Katyń", "Popiełuszko", "Generał Nil" (z niedocenioną wybitną rolą Olgierda Łukaszewicza), były filmami potrzebnymi, ale mówiły o rzeczach oczywistych. Przyszedł czas na postawienie pytań trudniejszych.

Bohaterka "Rewersu" (Agata Buzek, nagrodzona za najlepszą rolę), córka patriotycznej rodziny, redaktorka wielkiego wydawnictwa, podobnego do Czytelnika, jest uwikłana w zło podwójnym związkiem: oporu, a zarazem miłości. Jak wszyscy wokół prowadzi podwójną grę. I nawet gdy postawi wszystko na jedną szalę i przyciśnięta do muru stoczy bohaterski pojedynek, rozgrywka wcale się nie kończy. Tamtego ustroju, tamtej historii nie da się wypluć, udziału w niej nie da się zaprzeczyć. Może jesteśmy bękartami tamtego czasu? Może - jak bohaterka filmu - trzeba będzie postawić "diabłu ogarek"? Takie właśnie, przeklęte pytania stawia ten film. Choć z drugiej strony Lankosz i Bart nie dręczą nas tymi pytaniami, wciągają do zabawy w czarne kino, które jest zarazem romansem, horrorem i farsą

ZOMO to my

Na czym polega "wywrotowość" takich filmów jak "Rewers", czy "Dom zły" Wojciecha Smarzowskiego (nagrody za reżyserię, scenariusz i montaż), ale też jak "Mniejsze zło" Janusza Morgensterna wg powieści Janusza Andermana czy "Enen" Feliksa Falka? Dawne filmy szkoły polskiej ukazywały rewers bohaterskiej legendy wojennej i okupacyjnej, która usypiała społeczeństwo, mówiąc: byliśmy wspaniali. W podobny sposób filmy tegorocznej Gdyni próbują odsłonić rewers bohaterskiej legendy PRL, jej prostej wykładni, według której winni byli zawsze jacyś "oni". "Tu staliśmy my, a tu ZOMO". Smarzowski w rewelacyjnym "Domu złym" - filmie, który w natężeniu ohydy wypróbowuje granice wytrzymałości widza, pokazuje, że ZOMO to też "my". W podobnym duchu pisał kiedyś w "Gazecie" o stanie wojennym Stefan Chwin - co wcale nie oznacza moralnego relatywizmu. Zło i dobro w tych filmach nie zamieniają się miejscami, tylko ludzka prawda o tamtym czasie okazuje się z biegiem lat coraz bardziej skomplikowana, grzeszna, wstydliwa.

Kino szuka formy, która pozwoliłaby widzowi skonfrontować się ze złem. To zadanie ciekawe i karkołomne. Dawne kino, to spod znaku Munka, było krytyczne wobec społeczeństwa, a zarazem chętnie oglądane. Inna była dynamika życia społecznego, dążącego do spełnienia ideału, skłamanych socjalistycznych obietnic. Dzisiejsze społeczeństwo jest inne, zatomizowane, zajęte bogaceniem się. Łatwo godzimy się z tym, że świat jest niemoralny, a moralność to sprawa prywatna. Tracimy poczucie dystansu do świata. Może dlatego nie udaje się kino zaangażowane, krytyczne, wywrotowe filmy o współczesności. W polskim kinie ostatniego roku najciekawsze są te filmy o współczesności, które zawierają krytykę języka: "Wojna polsko-ruska" Xawerego Żuławskiego wg powieści Masłowskiej. Na przeprowadzonym konsekwentnie formalnym koncepcie, przejętym z kina Inarritu ("Amores perros") jest oparte niedocenione w Gdyni "Zero" - komiks o "mieście grzechu", o zimnej, bezwzględnej cywilizacji. Film usiłujący scalić świat jak rozsypaną układankę, znaleźć porządek w chaosie.

Nostalgiczna bajka

Przykładem nieudanego kina zaangażowanego są "Świnki" Roberta Glińskiego, w sposób mechaniczny ukazujące przemianę chłopca - pozbawionego oparcia w rodzinie, szkole, Kościele - w męską prostytutkę. Lepsze są nagrodzone za debiut "Galerianki" Katarzyny Rosłaniec - kolejny film o młodzieżowej prostytucji. Wychowawcze kino z tezą: wyraziste postacie, opis środowiska szkolnego, moralna przestroga, krytyka rodziny i szkoły, wskazanie na wartość prawdziwej miłości. Dużo w tym jednak stereotypu i epatowania egzotyką środowiska.

O zapotrzebowaniu na uproszczone, moralizujące, wychowawcze kino świadczy wielkie powodzenie "Wszystko, co kocham" Jacka Borcucha - najdłużej obok "Rewersu" oklaskiwanego filmu konkursu. Borcuch próbuje heroicznie ratować pokoleniową legendę czasów "Solidarności" na przekór temu wszystkiemu, co w międzyczasie się z nią stało. To historia życiowej inicjacji licealisty osadzona w czasach stanu wojennego. Jest w tym wyraźna próba naśladowania czeskich wzorów. Zabrakło jednak podstawowej zalety czeskiego kina: ostrości obserwacji, prawdy przeżycia. Tamto kino wydobywa dramatyzm z małych, banalnych sytuacji - u nas na odwrót, banalizuje się sytuacje dramatyczne. Pozostajemy na poziomie nostalgicznej bajki. "Stan wojenny w wersji soft" - skwitował ktoś ten film.

Fatalnie wypadła inna wersja podróbki czeskiego kina: "Operacja Dunaj" Jacka Głomba o inwazji na Czechosłowację w 1968 roku, podana w tonacji farsy, co samo w sobie nie byłoby niczym zdrożnym. Razi jednak stylistyczne zderzenie polskich "czterech pancernych" z karykaturą Pepików. Trudno się śmiać, widząc, jak polski reżyser dokonuje powtórnej inwazji na Czechy, w toporny sposób parodiując ich wspaniałe kino.

Wywrotowe dusze

Można się spierać o poszczególne tytuły, jednak z dwudziestu czterech filmów zakwalifikowanych do konkursu (wśród nich aż dziesięć debiutów) wyłania się obraz kinematografii bogatej i różnorodnej, dążącej do perfekcyjności, dostarczającej filmów dla widowni o różnych upodobaniach i poziomie - także dla dzieci ("Magiczne drzewo" Andrzeja Maleszki).

Kinematografia byłaby jednak tylko zbiorem lepiej lub gorzej opowiedzianych historyjek, gdyby nie było filmów dwóch rodzajów. Nazywam je filmami wywrotowymi i filmami z duszą. Kino wywrotowe to takie, które przeciwstawia się społecznym komunałom, sieje ferment. Kino z duszą to takie, w którym widz rozpoznaje swoje najintymniejsze przeżycia. W polskim kinie czasów Wajdy, Munka, Hasa, Kawalerowicza, Zanussiego, Skolimowskiego, Kieślowskiego było miejsce i na wywrotowość, i na duszę. Dziś o to trudno, a jednak w Gdyni oglądaliśmy próbki jednego i drugiego. Takim filmem z duszą, o cechach arcydzieła, prostym i głębokim, był "Las" Piotra Dumały. Jury nie przestraszyło się jego niszowości, wyróżniając go Nagrodą Specjalną.

W wyjątkowo klarownym i bezstronnym werdykcie jury pod przewodnictwem Krzysztofa Krauzego, podobnie jak w słowach dyrektorki PISF Agnieszki Odorowicz nie było w tym roku żadnych obłudnych ukłonów w stronę komercji ani dzielenia sztuki na "popularną" i "elitarną". Na forum filmowców mówiono wyraźnie, że jednym z głównych celów PISF jest wspieranie kina autorskiego. Minister Zdrojewski mówił o katastrofalnym poziomie edukacji kulturalnej oraz mediów publicznych. W takiej sytuacji nie wolno równać w dół, trzeba koncentrować siły twórcze i przebijać się w górę.

Czy rzeczywiście otwiera się dobra passa dla polskiego kina? Jednym z jej warunków jest rozkręcona produkcja. Kręci się u nas coraz więcej. Jesteśmy pod tym względem środkowoeuropejskim fenomenem, którego na razie nie dotknął kryzys. Na przyszłorocznym festiwalu w Gdyni ma być pokazane prawie tyle samo filmów, co obecnie. Ta koniunktura może się jednak załamać, jeśli nie zostanie uratowana - odebrana politykom i zwrócona społeczeństwu - telewizja publiczna, największy producent i dystrybutor polskiego kina.





Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 15 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    27 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':