http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Smarzowski zrobił polskie "Fargo"

Tadeusz Sobolewski
2009-09-18, ostatnia aktualizacja 2009-09-17 17:35

Arkadiusz Jakubik
Arkadiusz Jakubik
Materiały prasowe

Główny nurt tegorocznego gdyńskiego konkursu tworzą filmy dotyczące nie współczesności, ale peerelowskiej przeszłości, zakonserwowanej w legendzie, zmistyfikowanej. O niej mówi rewelacyjny "Dom zły" Wojciecha Smarzowskiego

PRL leży nam na sumieniu, domaga się opowiedzenia na nowo. Bohaterskim czytankom - tej lepszej ("Generał Nil") i tej gorszej ("Popiełuszko") - w tym roku w Gdyni przeciwstawione są filmy dla dorosłych. Wśród nich: "Mniejsze zło" Janusza Morgensterna według powieści Janusza Andermana i ciekawy, świetnie spuentowany "Enen" Feliksa Falka, opowieść o peerelowskim Kainie. Ale wyróżniają się dwa filmy śmiałe formalnie, nowoczesne, mające światowy szlif: "Rewers" Borysa Lankosza i obejrzany wczoraj "Dom zły" Wojciecha Smarzowskiego - kolejna rewelacja festiwalu.

Powiedzieć o nim: wstrząsający - to trochę za mało i jakby nie to. Bieszczadzka wioska. Rok 1978. W deszczową noc z piorunami zootechnik Środoń, który znalazł pracę w miejscowym PGR, trafia do chałupy, gdzie mieszka z pogardzaną i puszczalską żoną bimbrownik, który pędzi wódkę z grochu. Najlepiej się ją sprzedaje w bazie wojskowej („jest tu jakieś ruskie wojsko?”).

W chałupince - po wieczorze z wódką, gdzie Vondraczkowa z migającego telewizora śpiewa o "malowanym dzbanie" (ta znakomita sekwencja mogłaby wejść do antologii polskiego kina) - rozegra się tragedia nawiązująca w swoim przebiegu do słynnej przedwojennej sztuki Karola Huberta Rostworowskiego "Niespodzianka". Pamiętam dawne przedstawienie "Niespodzianki" w Teatrze Telewizji z wielką rolą Jana Świderskiego w roli chłopa-mordercy. Pamiętam jego spojrzenie, gdy siedzi na łóżku z siekierą w ręku. Marian Dzięgiel dorównuje Świderskiemu.

Ale "Dom zły" nie jest klasyczną tragedią, która ma budzić "litość i trwogę", nieść oczyszczenie. Tu nie ma litości, nie ma oczyszczenia. To kino łamiące konwencje, mieszające style i porządki, obnażające człowieka w sposób daleki od humanizmu. "Niespodzianka" była dla Smarzowskiego jedynie tłem. Bliższe jest inne odniesienie. Bieszczadzka okolica, w której pojawia się zootechnik - to swojski odpowiednik strasznej Minnesoty z "Fargo" braci Coen. Choć tutaj rzeczywistość jest ukazana w większym, hiperrealistycznym zagęszczeniu.

Oglądamy świat zanurzony w błocie i gnojówce - dosłownie i w przenośni. Wszyscy bohaterowie tej krwawej historii: zootechnik, chłopi, milicja - są oblepieni tym samym błotem. Również miejscowy proboszcz, o którym mówią, że "ma przełożenie w Polmozbycie". Co więcej, ci ludzie mają tego świadomość - tym różnią się od bohaterów poprzedniego filmu Smarzowskiego, debiutanckiego "Wesela". Tamci, przypominający postacie z rysunków Czeczota, nie wiedzieli, w jakiej ohydzie żyją. Ci jakby o tym wiedzą, dlatego są postaciami dramatycznymi. Świadczy o tym powtarzane między milicjantami ironiczne powiedzonko: "prawda? nie ma takiej...".

Zootechnik ma w życiorysie niebezpieczną plamę: był w tłumie podpalających komitet partii w Radomiu w 1976. Potem jeździł do Berlina, sprzedawać na Ku'dammie oszukane jajka. Żeby uchodziły za polskie, prosto z fermy, smarował je kurzymi odchodami, które wiózł ze sobą w słoiku. Masa tego rodzaju szczegółów nasyca opowieść ohydą.

Wszyscy, także ci względnie uczciwi, są ukazani jako grzeszni i dość antypatyczni. Zarówno zootechnik, jak milicjant prowadzący śledztwo po czterech latach (świetna rola Bartłomieja Topy - autentyczna, nie karykaturalna postać peerelowskiego milicjanta) - wszyscy są częścią jednego oblepiającego układu. "Wy macie coś na mnie, ja mam coś na was" - mówi zwierzchnik do podwładnego milicjanta, który powtarza, że "nie interesuje się polityką". Można mu wyciągnąć "pogardliwy stosunek do świąt resortowych" i dziecko z cudzą żoną.

Obaj szantażujący się wzajemnie milicjanci - ten uczciwy i ten, mający na sumieniu życie opozycjonisty - słuchają w radiowozie zabranej solidarnościowemu demonstrantowi rockowej kasety. Gdzieś daleko, na ulicach Krakowa i Warszawy, toczą się walki z ZOMO, te ukazane w filmie o "Popiełuszce". Ale mu znajdujemy się w głębi strasznej, nieznanej, niemającej żadnej nadziei Polski 1982 roku. W tym filmie jest tylko jedna, migawkowa scena jakby z innego porządku, z innego świata, przez to przejmująca: milicjant, który szuka proboszcza, wchodzi do pustego drewnianego kościoła i z czapką w ręku, z twarzą bez wyrazu ogląda ewangeliczne malowidła.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    14 głosów