http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wenecja: Siedź i patrz

Tadeusz Sobolewski, Wenecja
2009-09-14, ostatnia aktualizacja 2009-09-13 17:05

Jury 66. weneckiego festiwalu nagrodziło w sobotę Złotym Lwem izraelski "Liban" Samuela Maoza. To sprawiedliwy werdykt i ciekawa odpowiedź na pytanie, czym jest dziś kino zaangażowane.

Reżyser Samuel Maoz ze Złotym Lwem za film ''Lebanon''
Fot. Domenico Stinellis AP
Reżyser Samuel Maoz ze Złotym Lwem za film ''Lebanon''
O festiwalu weneckim mówi się często, że jest zbyt upolityczniony. Ale intencje jego dyrektora artystycznego Marco Mullera są jasne: chce pokazać, że kino - zdegradowane dziś do roli towaru z galerii handlowej - ma znaczenie społeczne, potrafi być gorącym medium, świadkiem konfliktów rozdzierających świat.

Nagrody dla "Libanu" i dla "Kobiet bez mężczyzn" emigracyjnej irańskiej artystki Shirin Neshat (Srebrny Lew za najlepszą reżyserię) podpowiadają, że zaangażowanie w kinie to przede wszystkim kwestia formy, artystycznej uczciwości, prawdy narzuconej widzowi w sposób bezpośredni, bez propagandowego komentarza i bez ideologicznego uprzedzenia. Ale też bez tradycyjnej narracyjnej swady, w sposób eksperymentalny, bliski temu, co dzieje się w sztuce nowoczesnej, w instalacjach, w wideoarcie. Nie przypadkiem festiwal na wyspie Lido odbywa się dwa przystanki vaporetto od terenów weneckiego biennale sztuki.

Zbyt długa wojna

47-letni reżyser nagrodzonego "Libanu" Samuel Maoz jest rówieśnikiem Ariego Folmana, twórcy animowanego "Walca z Baszirem". W 1982 roku, mając 20 lat, uczestniczył jako czołgista w pierwszej wojnie libańskiej, która obciążyła sumienie Izraela w podobnym stopniu, jak wojna wietnamska Amerykę. Ta wojna, rozpoczęta w słusznej sprawie - po to, by rozbić ośrodki terrorystów w pogrążonym w chaosie Libanie - została niepotrzebnie przedłużona. Sojusz z libańskimi falangistami okazał się fatalną pułapką. Na młodych uczestnikach wojny zaciążyło odium ludobójstwa.

Dopiero po latach niektórym z nich udało się znaleźć formę, żeby móc opowiedzieć o tym, co czuje człowiek, który debiutuje w zabijaniu. Istotą tego doświadczenia jest właśnie znieczulenie, wyparcie, zablokowanie świadomości stające się źródłem późniejszych chorób psychicznych i somatycznych. Samuel Maoz opowiedział w Wenecji niesamowitą historię o tym, jak jego organizm zareagował na realizację filmu o Libanie. Na planie rozbolała go stopa. Nie mógł chodzić, ból przenikał całe ciało. Po kilku dniach stopa zaczęła krwawić i wydostały się z niej odłamki szrapnela tkwiące tam od 24 lat, które organizm zdecydował się dopiero w tym momencie wyrzucić. Film stał się w dosłowny sposób terapią.

Maoz, chcąc przekazać wojenne doświadczenie, zastosował diametralnie inną metodę niż Folman w swojej animacji - chodziło mu o to, żeby osiągnąć maksymalną dosłowność przeżycia. Zamknął swoich aktorów w wybudowanej w studiu makiecie czołgu - w ciemnym, rozpalonym kontenerze. Nie tłumaczył, co przeżywa czołgista, stworzył po prostu analogiczne warunki. Złamał przy tym panującą w kinie regułę opowiadania, która polega na tym, że widz zwykle orientuje się w sytuacji lepiej niż jego bohaterowie, idzie jakby krok przed nimi. Maoz nie opowiada historii - jedynie imituje sytuację, z całym jej chaosem i przypadkowością. Zapuszkowani w czołgu, widzimy tylko to, co strzelec Szmulik może zobaczyć przez wizjer. Każdy, kto się pojawia na drodze, jest potencjalnym wrogiem, a czołg jest nieustannym obiektem ataku.

"Liban" mówi widzowi po prostu: siedź i patrz, poczuj to, co ja wtedy czułem. Dlaczego jednak nie można powiedzieć o "Libanie", że jest wielkim filmem? Metoda odwzorowywania przeżycia w skali 1:1 w pewnym momencie powoduje zwykłe znużenie. Choć można powiedzieć, że ono też należy do wojennego doświadczenia. Wojna, wbrew pozorom, jest adramatyczna. Można zobojętnieć, znajdując się w środku piekła.

Przypomina się słynna refleksja Lwa Tołstoja, który w "Opowieściach sewastopolskich" - do dziś rewelacyjnych, antybohaterskich reportażach sprzed 150 lat, wydobywających cały bezsens wojny - zastanawia się, jak o niej opowiadać. Co w tej opowieści ma być wyrazem zła, a co wyrazem dobra, które należy naśladować? Kto jest łąjdakiem, a kto bohaterem? I konkluduje: "Wszyscy są dobrzy i wszyscy są źli (...) Bohaterem mojej opowieści, którego kocham ze wszystkich sił duszy (...), jest prawda".

Dezorientujący konkurs

Narzekamy na festiwal wenecki, że zderza w konkursie filmy należące do różnych obiegów i porządków: hermetyczny, wizjonerski film ze Sri Lanki obok kiczowatego melodramatu tajwańskiego, chińskie i włoskie thrillery obok antykapitalistycznego dokumentu Moore'a.

Publiczność festiwalowa, doprowadzona do depresji tygodniowym przeglądem filmów ukazujących beznadzieję i pustkę po ideach i wierze, entuzjazmuje się ponad miarę - jak kiedyś polska publiczność "Rezerwatem" - zręczną komedyjką Fatiha Akina "Soul Kitchen" (Nagroda Specjalna Jury), dziejącą się w postindustrialnej, grecko-tureckiej dzielnicy Hamburga. Dwaj greccy bracia zakładają w dawnej hali fabrycznej "restaurację z duszą", walcząc z urzędem podatkowym i kapitalistą, który chce ich wygryźć. U Akina, niemiecko-tureckiego reżysera przekraczającego granice narodowości, Greków grają niekiedy tureccy aktorzy.

Ten festiwal dezorientuje, nie trzyma poziomu. Trudno znaleźć klucz do jego decyzji programowych. Choć robią go, jak mówią złośliwi, "sieroty po Leninie i Mao", w konkursie, obok dość kiczowatej elegii na cześć włoskiego komunizmu - "Baarii" Giuseppe Tornatore - znalazł się innego rodzaju kicz - "Wielki sen" wyprodukowany z kolei przez człowieka Berlusconiego (wybuczanego podczas konferencji prasowej). Ten film o włoskiej rewolcie studenckiej 68 roku wydaje się świadectwem zdezorientowania włoskiej świadomości historycznej.

Jego scenarzystą i reżyserem jest aktor Michele Placido, wsławiony główną rolą w serialu "Ośmiornica". Opowiada swoją własną historię: w 1968 był młodym policjantem, choć marzył o zostaniu aktorem. Zakochany w rewolucjonistce, spędzający z nią noc na strajku, następnego dnia ubrany w mundur policyjny uczestniczy w pałowaniu studentów, chroniąc przy tym swoją ukochaną, która odkrywa jego podwójną tożsamość. Film Placido jest połączeniem szczerości i fałszu, koniunkturalnym zbiorem stereotypów mających zaspokoić wszystkie opcje, wszystkim oddać sprawiedliwość (choć zrewoltowanych studentów ukazuje w gruncie rzeczy jako idiotów). Dominuje jedno - chęć usprawiedliwienia samego siebie.

O miłości i śmierci

Wśród wielu szaleństw programowych tego festiwalu, karkołomnie łączącego transgresję z kiczem - znalazły się na koniec dwa filmy o "miłości i śmierci", zarazem banalne i oryginalne, kiczowate i wyrafinowane, apetyczne: "Mr. Nobody" Jaco van Dormaela i "Single Man" Toma Forda (nagroda aktorska dla Colina Firtha).

Van Dormael - autor głośnego "Ósmego dnia", filmu, w którym spotkany przypadkiem młody Down uczył radości życia rozwiedzionego biznesmena - tym razem z niebywałym rozmachem i fantazją inscenizacyjną przypominającą wręcz "Odyseję kosmiczną" opowiada bajkę o ostatnim śmiertelniku, który umiera w czasach, gdy ludzkość pokonała już śmierć.

Staruch (ucharakteryzowany Jared Leto) przygląda się swojemu życiu, począwszy od urodzenia (a nawet wcześniej), wszystkim swoim realnym i nierealnym miłościom, zrealizowanym i niezrealizowanym wariantom losu. Pędzą pastelowe obrazy jak z reklamy lub jak z książek dla dzieci, slapstickowe gagi i katastrofy (podróż na Marsa!), nieustanna zmiana perspektyw, skoki w czasie i przestrzeni, oglądanie świata z perspektywy spadającej kropli deszczu, to znów unoszonego wiatrem liścia - wszystko to razem tworzy monstrualną taśmę życia przesuwającą się w momencie śmierci. Wszystko okazuje się dobre, niczego nie należy żałować, wszystko staje się źródłem szczęścia. "Mr Nobody" zadziwia swoją pozytywną filozofią, upartym likwidowaniem wszelkich konfliktów. Superkicz czy głębia? Banał podniesiony do potęgi? Wyznanie wiary w sens życia czy przeciwnie - śmiech nihilisty? Wszelkie interpretacje okazują się możliwe.

Tom Ford, kreator mody związany z domami Gucciego i Yves Saint Laurenta, adaptacją powieści Isherwooda "A Single Man" debiutuje jako reżyser. Oglądamy świat z perspektywy geja. W tym filmie - jak ktoś powiedział nie bez ironii - nawet samochody i psy są gejowskie. Sytuacja jak z klasycznego melodramatu, trochę jak z "Brokeback Mountain", choć bez tragicznego rozdarcia.

W mitologii miłosnej (i w wielkich kiczach) moment śmierci staje się momentem szczęścia - spotkaniem z umarłym ukochanym. Tak dzieje się też w życiu profesora Falconera (świetny Colin Firth). W międzyczasie są inne związki: przyjaźń z kobietą i platoniczna miłość studenta, który staje się jakby wysłannikiem, emanacją zmarłego przyjaciela, a zarazem aniołem śmierci. Mitologia miłości, czystości, wierności aż po grób zostaje tu wpisana w kontekst gejowski w sposób tak otwarty jak nigdy dotąd w popularnym kinie, od środka, w sposób naturalny, bez żadnego cudzysłowu. Sens filmu zawiera się w tym, co mówi Falconer do Julianne Moore, swojej przyjaciółki z młodości, wciąż w nim zakochanej, która przypuszcza, że jego homoseksualna miłość była czymś "zamiast". Nie! - krzyczy profesor (są ze sobą szczerzy do końca). - To nie było zastępcze. Po prostu miłość, nie było żadnej innej.

Nagrody 66. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji

Złoty Lew: "Liban" - reż. Samuel Maoz (Izrael-Francja-Niemcy);

Srebrny Lew dla najlepszego reżysera: Shirin Neshat za film "Women without Men" (Niemcy-Austria-Francja);

Nagroda Specjalna Jury: "Soul Kitchen" - reż. Fatih Akin (Niemcy);

Najlepszy aktor: Colin Firth ("A Single Man" - reż. Tom Ford, USA);

Najlepsza aktorka: Ksenia Rappoport ("La doppia ora", reż. Giuseppe Capotondi, Włochy);

Najlepszy scenariusz: Tod Solondz ("Life During Wartime, USA).

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':