Szczytowym momentem weneckiego festiwalu stało się nie kino, ale polityka - na nią postawił dyrektor Marco Mueller. Sztuka odchodzi na bok. Gdzie toczy się walka, cichną muzy. Mamy uwierzyć, że ta walka toczy się naprawdę.
Kiedy przegląda się włoskie gazety, wiadomości z festiwalu mieszają się z doniesieniami z frontu politycznego - wewnętrznej walki o kształt demokracji, jaka przenika
Włochy. Kino zostaje sprowadzone do przekazu idei. Dziennikarz "La Stampa" w korespondencji z Lido popada jednak w grubą przesadę, pisząc, że "dzięki dokumentom Gandiniego, Moore'a i Stone'a w kinie triumfuje rzeczywistość" i że jest to powrót neorealizmu w innym wydaniu.
Co za złudzenie! Mamy przecież do czynienia z rzeczywistością telewizyjną, perswazją, która mówi: nie myśl tak - myśl inaczej! Neorealizm wprowadził na ekran zwykłego człowieka. Pokazał w dramatycznej formie jeden dzień z życia robotnika, któremu skradziono
rower (słynni "Złodzieje rowerów"), pozwalając widzowi utożsamić się z nim, przeżyć jego życie jak nasze własne. Na tym właśnie polegał cud kina - zdaje się, kompletnie zaprzepaszczony.
Głośne już weneckie dokumenty nie mają nic wspólnego z realizmem - są rodzajem antypropagandy. Odpowiadają na frazesy antyfrazesami. Pozostają na powierzchni zjawisk, odwołując się do najprostszych emocji, jak telewizyjne newsy. Nie ma tu miejsca na żadną analizę ani tym bardziej na wysłuchanie głosów opozycji, na stawianie pytań.
Znamienne, że głównymi bohaterami tych dokumentów nie są zwykli ludzie - ich los nie jest medialnie ciekawy, chyba że giną w katastrofach, są prześladowani albo perwersyjni.
Najciekawszymi bohaterami dokumentów stają się dziś gwiazdy. Ci, którzy rządzą. Źli i dobrzy.To właśnie oni ukazani są jako "zwykli ludzie" - ci skorumpowani, jak w "Wideokracji" Gandiniego, oraz ci, którzy stali się nadzieją kontynentu, jak u Stone'a. Jednak w jego podejściu do polityków kryje się pewien fałsz: traktuje ich za pan brat, ale ta komitywa jest sztuczna. W taki sam sposób prezenter TV show wita gwiazdy, automatycznie przechodząc z nimi na ty, jakby naprawdę byli kumplami.
Reżyser "Plutonu", "Urodzonych morderców", "Aleksandra" oraz głośnego, hołdowniczego dokumentu o Fidelu Castro ("Comandante") w "South of the Border" odwiedza lewicowych prezydentów Ameryki Południowej. Kryje się za tym propozycja polityczna dla prezydenta
USA.
Jak Michael Moore, który w filmie "Kapitalizm: Love Story" zwracał się wprost do Obamy z apelem o zmianę polityki socjalnej, stawiając mu za wzór Rooseveltowski "New Deal", tak samo Stone zakłada, że coraz większa populacja latynoamerykańska w USA wpłynie na ich politykę wobec Ameryki Łacińskiej i na przemiany w samych Stanach. Z południa wieje socjalizmem.
Główny cel Stone'a: ukazać w dobrym świetle postacie "demonizowane przez amerykańskie media" (kolejnym jego dokumentem ma być film o populistycznym irańskim prezydencie Ahmadineżadzie).
W "South of the Border" objeżdża Wenezuelę razem z Chavezem, nie wysiadając z jego dżipa. Utożsamia się całkowicie z jego punktem widzenia. O tym, że praktycznie zawiesił demokrację, nie ma w ogóle mowy. Stone opowiada pokrótce jego historię - oficera, który odmówił strzelania do ludzi podczas puczu, stając się narodowym bohaterem, oraz prezydenta, który doprowadził do nacjonalizacji przemysłu naftowego, przez co stał się dla administracji USA wrogiem nr 1, także obiektem ataku wenezuelskich mediów, które sobie w końcu podporządkował.
Kiedy do tego samego drobnymi kroczkami dąży we Włoszech Berlusconi, jest to traktowane jako atak na demokrację - w przypadku Wenezueli okazuje się to rewolucyjną koniecznością.
Pod ostrzałem Stone'a w jego filmie są amerykańskie stacje telewizyjne. Wytyka im oszustwo w kwestii Iraku i tendencyjność wobec Ameryki Łacińskiej.
Oglądając dokument Stone'a - który jest niczym innym jak telewizyjnym programem - zostajemy wciągnięci w zaciekłą walkę na obrazy, pojedynek na demagogię. Po zdjęciu jednej maski, ukazuje się druga. Poprzednia była demoniczna - ta jest anielska. Co ukaże się z kolei pod nią? Pomiędzy biegunami diabelstwa i niewinności, jak w wielkim teleturnieju, rozgrywa się współczesne życie polityczne.
Z boliwijskim sojusznikiem Chaveza indiańskim prezydentem Evo Moralesem Stone gra w piłkę i żuje zielone liście koki. Na ogrodowej ławce rozmawia z młodą prezydent Argentyny Cristiną Kirchner. "Nie wierzę - mówi pani prezydent - że w Wenezueli nie ma wolności. A kiedy ktoś twierdzi, że Chavez eksportuje rewolucję w głąb kontynentu, uważam to za typowe myślenie kolonialne, które z góry traktuje rządzących jak marionetki".
Od nowego prezydenta Paragwaju Fernanda Lugo, byłego księdza katolickiego, słyszymy, że wzrost lewicowości w Ameryce Łacińskiej jest rezultatem wzrostu demokracji. Kolejni rozmówcy Stone'a to prezydent Brazylii Lula de Silva, Ekwadoru Rafael Correa, wreszcie Raoul Castro. Wszyscy oni są ukazani jako jedna drużyna podzielająca marzenie Guevary o zjednoczeniu Ameryki Południowej w jedno wielkie mocarstwo. Rzeczywiście, byłby to prawdziwy koniec konkwisty.
Płyniemy z nurtem entuzjazmu, na fali wiary i strasznej potrzeby nowej idei, odrobienia XX-wiecznego błędu komunizmu, spróbowania jeszcze raz, sprawiedliwie, demokratycznie. XXI wiek potrzebuje swojego sztandaru. Czy będzie on czerwony?
Kiedy ogląda się ten film na zimno, w stanie znieczulonym na ideologię, bez naddatku entuzjazmu i z minimalną choćby wiedzą o dyktaturze Chaveza, wnioski nasuwają się niepokojące. Z jednej strony odkrywamy, jak bardzo upolitycznione i zideologizowane są wielkie media, te uchodzące za obiektywne, podające wiedzę poprawną politycznie. Z drugiej strony czuje się ferment podmywający tę panującą poprawność, amerykańską wizję świata.
Dokumenty Moore'a czy Stone'a, przemawiające w imieniu "prostego człowieka z ulicy", otwierają pole dla jakiejś nowej wiary, choć może to być wiara ślepa.
Trzeci wniosek dotyczy nas, Polski - że znaleźliśmy się w cichym zakątku świata, jakby poza grą, jaka się w nim toczy. W naszym życiu publicznym, w naszych mediach - inaczej niż tu - zostały rozbrojone wszelkie ideowe hasła, zarówno lewicowe, jak i konserwatywne. Nie mają mocy, zostały wypłukane ze znaczeń.
Kiedy w festiwalowym kinie wszyscy podnieśli się z miejsc na widok wenezuelskiego dyktatora (tego słowa użyło w tytule korespondencji bodaj tylko weneckie "Il Gazettino"), rozpoczęło się istne delirium entuzjazmu. Chavez przemawiał tak (powołuję się na włoskie gazety cytujące go w większości bez śladu ironii): "Nasza rewolucja jest pokojowa i demokratyczna. Chcemy tworzyć lepszy świat, w którym ludzie będą żyli jak bracia. Jestem chrześcijaninem, niepraktykującym, ale przywiązanym do Kościoła i do przesłania Chrystusa. Mam nadzieję, że powstaną inne filmy, jak ten, na przykład o Ahmadineżadzie, które pokażą, że postacie przedstawiane przez media jako diaboliczne, w gruncie rzeczy są zupełnie inne. Moim marzeniem jest pojechać do Rzymu, spotkać się z
papieżem, choć biskup Caracas wciąż mnie atakuje...". Wznosił okrzyki na cześć Włoch, zakończył : "Viva Olivier!".
Przed pałacem festiwalowym oświadczył, że jest "przyjacielem Berlusconiego". "Kocham wolność, czytam Biblię, pojadę do Iranu i do Rosji, wszystko w imię wolności!". Przyznał też, że bardzo lubi Sophię Loren i Claudię Cardinale, ale najbardziej Lollobrigidę. Przed kinem witały go czerwone transparenty z Guevarą i dwóch dwóch samotnych Wenezuelczyków protestujących przeciwko dyktaturze Chaveza, na których nikt nie zwracał uwagi.
Tadeusz Sobolewski, Wenecja