"Wtajemniczenia", choć pozornie afabularne, są mocno osadzone historycznie. Z jednej strony narracja ma raczej charakter dialogu filozoficzno-erudycyjnego, z drugiej autor obdarza nas dziesiątkami przednich anegdot, wśród których wypatrujemy potwierdzenia ich prawdziwości lub nawiązania do czegoś naprawdę rzeczywistego.
Czym są rozmowy tajemniczej Pani E. (później spróbujemy rozszyfrować tę postać...), którym przysłuchuje się jej zakontraktowany kucharz, sługa, towarzysz spotkań, uczestnik dyskursu, milczący, ale gotujący? Intelektualną ucztą? Ucztą pytań? Orgią smaków i idei?
Czy pozostawia uczestników poza poczuciem zaspokojonego głodu, w strefie lekkiego ssania w żołądku, nieusuwalnego pożądania nowych wrażeń i pytań kosztem czarno-białej odpowiedzi najedzonego?
Czy ta dziwna, mająca korzenie w oświeceniowej tradycji powiastek filozoficznych ("Kubuś Fatalista i jego pan"?) proza jest tylko aktem żonglerki wykonanej z eseistyczną maestrią, czy może intelektualną grą pod pozorem udziału w święcie codzienności, jakim jest graniczący z orgiastyczną przesadą przepis kulinarny? Grą, w której bynajmniej niepoślednią rolę w rozmowie gra przepis? Przepis jako puenta, przepis jako głos w debacie, przepis jako wyraz poszerzenia pola sporu? Posłuchajmy: "Skoro jesteśmy przy Volpone - powiedziała Pani E. - to Jonson zauważył, że dobry adwokat potrafi wypowiedzieć ogrom sprzecznych zdań, aż do ochrypnięcia, ale zawsze zgodnie z prawem. Że potrafi zręcznie rzecz najpierw wywrócić na tę, a zaraz potem na drugą stronę. Że wiąże węzły, żeby je potem rozplątać. Że radząc iść w parwo, a zarazem w lewo - zbiera
złoto obiema rękoma, podczas gdy sędzia czyni to jedną ręką, pod stołem, ale nie zawsze. Trudno więc się dziwić - zauważyła Pani E. - że mecenas S. uchodzi za osobę zaufania publicznego. Niech
śniadanie będzie skromne, acz krzepiące. Stosowny wydał mi się omlet z ostrygami".
Tylko pozornie "Wtajemniczenia" Michała Komara są prozą wspartą na wyrafinowanym smaku rzadkich potraw, które pojawiają się regularnie w całej powieści. Na pytanie, czym są te wszystkie pojawiające się ekscesy kulinarne - jak polewka piwna, kuropatwa w śmietanie ("jest daniem prostym"), Kaiserschmarrn (omlet cesarski), pulpety z raków, rosół Dla Chorego, comber z daniela z ostrym sosem pieprzowym czy filety z sarny a la Godard, raki w szparagach, napar z lebiody, omlet z ostrygami - przyjdzie czas później. Choć może dopiero po lekturze... Lub nie.
Komar zaprasza nas na jadło niecodzienne, nie z tego czasu, nie z tych debat, które znamy i które dobiegają zza rogu, gdzie czyhają na nas szybkozjadalnie szybkiej obsługi szybko zapominane przez zanikające kubeczki smakowe, a co dopiero operacje mózgu.
Od współczesności mediów uciekamy w dylematy Dürrenmatta, poprzez rozterki Antygony, miliony skłonów modlitewnych Szymona Słupnika, przygody greckiego komunisty-partyzanta, który zostaje hezychastą (he, he, zapraszamy do Wikipedii), a potem restauratorem, dramaty anarchistek rosyjskich, problemy kantyn wojskowych i ich tajemnice...
Pytanie o człowieczeństwo? O szaleństwo doktryn? O możliwość mądrości, która jest nieprzekazywalna? Nad całą opowieścią krąży więc anegdota o Lwie Szestowie, jednym z najciekawszych i osobnych myślicieli rosyjskich XX wieku, autorze genialnej "Apologii nieoczywistości", który na brutalne pytanie grupki nachalnych studentów: "Jak żyć?", w swojej emigracyjnej starości udzielił odpowiedzi zapożyczonej od innego myślącego Rosjanina - Rozanowa: "Żyć trzeba tak, żeby latem zbierać maliny, zimą zaś pić herbatę z konfiturami z malin".
Nie będziemy tu rozbudowywać charakterystyki niecharakterystycznego sługi (za namową Pani E. czytającego "Fenomenologię ducha" Hegla), który jest obserwatorem i komentatorem milczącym lub choćby wstrzemięźliwym. W tej książce dotykamy smaków rewolucji, polityki, sprawiedliwości, pożądania. Bierzemy je na języki. Czyli rozmawiamy i zarazem pochłaniamy. Czy można się najeść myślami?
Pani E. potrafiła dotykać tematów najsolenniejszych: "W przeciwieństwie do bilardu, którego celem jest wygrana, życie nie ma celu, a nawet jeśli ma, to nie da się go opisać, bo pozostaje w ukryciu, aż do końca. Owszem, słyszałam, że niektórym w ostatniej chwili coś się pokazuje, ale co? Nie wiadomo, bo trup nie przemówi. Miejmy nadzieję , że nie przemówi, bo gdyby przemówił, to cała zabawa na nic. A czy wolno opowiadać cudze życie z perspektywy śmierci? Przecież ten człowiek żył - i o tyle istniał. Był nachylony ku przyszłości. Ku niewiadomemu. Czy nie myślał o śmierci? Myślał. Od czasu do czasu. Każdemu się zdarza. Jednym rzadziej, drugim częściej. (...) Ja tymczasem posprzątałam w kuchni i uraczyłam się szklanką portera". Nie odpowiadając na pytanie, kim jest tajemnicza Pani E. (Etyka? Emancypacja? Wielka Errorzyca? Epifania? Ewokacja?), zapraszam na ucztę, po której nie sposób mieć poczucia obżarstwa połączonego z nienasyceniem. Ale to ucztowanie w niepodrabialnym stylu... Smacznej
lektury. Ale jak ktoś nienawykły, proszę jeść małymi kęsami.
Michał Komar "Wtajemniczenia", wydawnictwo Świat Książki, Warszawa