http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Moore zwalcza kapitalizm

Tadeusz Sobolewski, Wenecja
2009-09-07, ostatnia aktualizacja 2009-09-07 18:42

Na festiwalu filmowym w Wenecji dużo filmów zaangażowanych. Włoski reżyser Erik Gandini w "Wideokracji" demaskuje system Berlusconiego, a słynny filmowy populista Michael Moore rozprawia się z kapitalizmem i kryzysem ekonomicznym w "Kapitalizm: Love Story"



W konkursie weneckim sporo rozczarowań. Werner Herzog pokazał w Wenecji aż dwie, zrealizowane ostatnio w Ameryce fabuły (reżyser mieszka teraz w Los Angeles). Oba filmy: "Zły porucznik: posterunek w Nowym Orleanie" i "Synku, mój synku, co ja ci zrobiłam?" należą do amerykańskiego gatunku policyjnego. I, niestety, są tylko cieniem dawnych filmów Herzoga. Zwłaszcza "Synku, mój synku..." z Willemem Dafoe, wyprodukowany przez Davida Lyncha, ogląda się z zażenowaniem, niczym autoparodię autora "Aguirre" i "Fitzcarraldo".

Z dwojga złego lepszy jest "Zły porucznik" z Evą Mendes i Nicolasem Cage'em. Inspektor policji ściga dilera narkotyków, sam będąc narkomanem. Wpadł w nałóg, biorąc leki po urazie kręgosłupa, którego nabawił się, ratując człowieka podczas powodzi w Nowym Orleanie po przejściu "Katriny". Zły-dobry porucznik podbiera narkotyki ściganym przestępcom. W przeszarżowanej scenie uprawia seks z zatrzymaną prostytutką, równocześnie trzymając na muszce pistoletu dilera.

Herzog odżegnuje się od filmu Abla Ferrary pod tym samym tytułem, ale jego "Zły porucznik" wydaje się polemiką z tamtym filmem. Ferrara opowiadał o piekle i odkupieniu - u Herzoga zło i dobro są połączone, przenikają się wzajemnie, współpracują. U Ferrary "zły porucznik" (Harvey Keitel) miał wizje religijne - bohater Herzoga widzi drapieżne zwierzęta: węże, aligatory, iguany. Nie wiadomo, które istnieją naprawdę, a które są halucynacją. Wynika z tych filmów niewiele więcej niż z przeciętnego policyjnego serialu. Po co powstały?

Totalitaryzm z coca-colą

Recenzentka "La Repubbliki" nazywa Wenecję "wyspą kina w zdezorientowanym kraju", enklawą zaangażowania i krytycyzmu. Ten festiwal, którego ranga międzynarodowa znacznie spadła, ma ważne miejsce w życiu publicznym Włoch Berlusconiego. Wobec zagrożeń politycznych i odczuwanej coraz mocniej kulturalnej degrengolady staje się czymś w rodzaju opozycyjnej manifestacji. Międzynarodówka, śpiewana po amerykańsku, w stylu country, w zakończeniu filmu Michaela Moore'a "Kapitalizm: Love Story" brzmi we Włoszech jak polityczna prowokacja.

Pamięć komunizmu i jego niespełnionych obietnic staje się taranem przeciwko współczesnemu chaosowi i zagrożeniu demokracji. Stąd chyba powodzenie historycznego komiksu Tornatore "Baaria", będącego hołdem dla ojca komunisty. Stąd obecność na festiwalu takich filmów jak "Cosmonauta" Susanny Nicchiarelli, z groteskową sceną, gdy włoska dziewczynka na wiadomość o wystrzeleniu radzieckiego sputnika odmawia przyjęcia Pierwszej Komunii i woła: "Jestem komunistką!". Te filmy przypominają: tak było, nie trzeba się tego wstydzić.



W głównym konkursie jest chiński melodramat historyczny "Książę łez". Zrealizowany przez Tajwańczyka Yonfana, powstał jakby na zamówienie Chin Ludowych. Można się z niego dowiedzieć, że na Tajwanie, gdzie po rewolucji komunistycznej schronili się rozgromieni republikanie, nie było więcej wolności niż na kontynencie. Autorytarne (co jest prawdą) rządy Czang Kaj-szeka są tutaj ukazane jako potworna totalitarna dyktatura, tyle że z dostępem do coca-coli. Jeden z bohaterów filmu, malarz, zostaje zamordowany tylko dlatego, że rozstawił swoje sztalugi na zakazanym, wojskowym terenie. Drugi - lotnik - zostaje wywleczony z domu i rozstrzelany jako komunistyczny szpieg, choć jedyną jego winą jest śpiewanie przy harmoszce radzieckich piosenek i nierozważna chęć polecenia wojskowym myśliwcem nad kontynentalne Chiny, żeby zobaczyć rodzinne strony.

Witajcie w Berlusconii

Stoję w stumetrowej kolejce do małej sali, gdzie ma być jedyny pokaz dokumentu "Wideokracja" Erika Gandiniego - Włocha żyjącego w Szwecji (gościł u nas na Planete Doc Review). Już wiadomo, że wszyscy nie dostaną się do środka, ale tłum napiera. Od czoła przychodzi wiadomość, że dodatkowy pokaz filmu o imperium telewizyjnym Berlusconiego i jego ludziach odbędzie się nocą. Kolejki, utajnione pokazy - coś nam to przypomina. Oczywiście peerelowskie skojarzenia są grubo ponad stan, ale zmora autorytaryzmu jest w życiu włoskim obecna, tyle że pojawia się teraz w kolorowej, rozrywkowej postaci. Ich symbolem jest rozbrajający telewizyjny uśmiech Berlusconiego - premiera i imperatora medialnego zarazem. Gandini określa go w swoim dokumencie z latynoska "il presidente".

Krytyczny obraz społeczeństwa i cywilizacji, obecny niegdyś w artystycznych filmach włoskich oglądanych przez miliony, dziś nie miałby szans ani powstać, ani przebić się do widza. W miejsce kina weszła telewizja mobilizująca wyborców za pomocą programów rozrywkowych. Tytuł sobotniej "La Repubbliki" ostrzega: "Berlusconi atakuje prasę po aferze Boffo" (dyrektor katolickiej gazety, która skrytykowała premiera, musiał odejść po atakach podporządkowanej mu prasy).

Gandini w swoich dokumentach uprawia demaskację, przybierając język wroga. Swój film o terrorze konsumpcji zrealizował w stylu reklam telewizyjnych. Dokument o "wideokracji", a właściwie telewizjokracji Berlusconiego, stosuje metody Big Brothera i paparazzich: podgląda, za ich zgodą, zabawy ludzi rządzących włoskimi mediami, a za ich pośrednictwem - krajem.

Jesteśmy na Sardynii, w willi Lele Mory, bliskiego przyjaciela Berlusconiego. Bywają tu także gwiazdy polityki: Tony Blair, Putin, Kaddafi; oni też są gwiazdami telewizyjnymi. Lele Mora czuje się kreatorem gwiazd telewizyjnych, poszukiwaczem pięknych ciał, z których robi "ludzi spektaklu". Pulchny, uśmiechnięty, cały na biało, fotografuje się w objęciach swoich dworzan: on czyni ich sławnymi, a oni - jego.

Poznajemy jednego z gwiazdorów. Pracował jako spawacz - teraz ma wszystko. Śpiewa, tańczy, imituje znane gwiazdy. Uważa siebie za połączenie Ricky'ego Martina i Van Damme'a, ale lepszego od ich obu, bo jeden nie umie tak się poruszać, a drugi śpiewać. Liczy na swego rodzaju nieśmiertelność.

Fabrizio Corona - król paparazzich, którzy na jego zlecenie polują na grzechy sławnych ludzi - uważa się za nowego Robin Hooda. Każe płacić bogatym za to, że nie opublikuje ich zdjęć. To człowiek instytucja. Swój image ludowego bohatera mówiącego "prawdę o systemie" stworzył w momencie, gdy wychodził z więzienia, przed kamerami, które już tam na niego czekały. Dziś dostaje 10 tys. euro za godzinny występ w klubie. W filmie Gandiniego Corona pokazuje się chętnie pod prysznicem. Nie wstydzi się niczego, podobnie jak Lele Mora, który pokazuje do kamery swój telefon, na którym ma nagrane faszystowskie filmiki. Lubi faszyzm. To, że na jakimś festiwalu ktoś zobaczy ten dokument, znaczy dla tych potentatów tyle, co ugryzienie komara. Mają przecież za sobą milionową widownię.

Moore - uliczny ewangelista

Na tle ponurego, choć kolorowego obrazu współczesnej "wideokracji" nowy film Michaela Moore'a "Kapitalizm: Love Story" działa rozbrajająco. Pierwsze kadry pochodzą z kamer ochroniarskich, przedstawiają napady na banki, z miejsca narzucając temat i ton filmu: tym razem to oni nas okradli! Moore pozwala się delektować dawnymi propagandówkami reklamującymi amerykański styl życia, wolny rynek, wolną konkurencję. System pomnażania dobrobytu, "najlepszy, jaki wymyśliła ludzkość", polega na wymianie: ja ci coś daję, w zamian coś od ciebie biorę - głoszą dawne reklamówki kapitalizmu. "Tym razem coś nam zabrali!" - triumfuje Moore.

Oglądamy dłużników banków, płaczących ludzi wyrzucanych ze swoich domów, innych, którzy się buntują, przepędzają bankowego sekwestratora. Pewna kongresmanka namawia oszukanych klientów banków do stawiania oporu.

Tych wszystkich scen można się było po Moorze spodziewać. Nad samym mechanizmem kryzysu przechodzi po łebkach - może dlatego, że Wall Street nie wpuszcza jego kamer, a specjaliści boją się u niego wystąpić, ale najpewniej dlatego, że go to nie interesuje. Cel filmu jest inny. Autor "Fahrenheita 9/11", szydząc z medialnej propagandy, uprawia własną antypropagandę. Uruchamia retorykę amerykańskiego idealizmu w wydaniu popularnym.

Główną bronią, jaką uderza w kapitalizm, jest Ewangelia. Z kapitalizmem - dowodzi - nie ma ona nic wspólnego. Demokracja to system przyszłości zapowiedziany w konstytucji amerykańskiej, gdzie "nie było słowa o wolnym rynku i o kapitalistycznej ekonomii", było natomiast wiele o prawach człowieka i obywatela.

Zabawnie manipulując fragmentami hollywoodzkich filmów biblijnych, Moore podkłada pod słowa Jezusa wolnorynkowe frazesy. "Panie, co mam czynić?" - pyta bogaty młodzieniec. Jezus odpowiada: "Trzeba się bogacić jeszcze bardziej!". Kiedy przynoszą mu paralityka, ocenia go niczym współczesny agent ubezpieczeniowy: "Nie nadaje się do uzdrowienia!".

Katolicyzm Moore'a idzie w parze z lewicowością, z którą, jak zaznacza, nie mieli nic wspólnego patroni kapitalizmu Stalin i Mao. Przemawia przez niego w czystej, naiwnej postaci amerykańska utopia socjalistyczna, której patronuje w filmie Roosevelt, a której spadkobiercą ma być Obama - idol Moore'a.

Kiedyś Tadeusz Lubelski porównał Michaela Moore'a do Chaplina wygłaszającego idealistyczne przemówienie w przebraniu faszystowskiego dyktatora. Popularność filmów Moore'a bierze się stąd, że w brawurowy sposób ożywiają one dawno zagubioną wiarę, że kino może wpływać na rzeczywistość, a w każdym razie uczestniczyć w jej przemianie. I że ta przemiana w ogóle jest możliwa. Jest w tym demagogia i naiwność. Ale czy kino nie jest naiwne z samej swojej natury? Czy nie jest w nim zakorzeniona idealistyczna wiara? Dziś, kiedy rzeczywistość na każdym kroku dezawuuje idee zapisane w starych konstytucjach, na których wyrosło nowoczesne społeczeństwo, głos grubasa z Michigan brzmi jak kazanie ulicznego ewangelisty. Być może tak naprawdę Moore jest ostatnim wyznawcą American Dream.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':