Zapowiadając jeden z trzech najważniejszych obok Cannes i Berlina festiwali europejskich, zwykle przypomina się czasy świetności kina włoskiego, wylicza plejadę autorów, których filmy przewinęły się przez Lido - Rossellini, Fellini, Visconti, Antonioni, Pasolini, Olmi. Wydaje się, że wciąż należymy do tej samej epoki. Ale to nieprawda.
We włoskim dokumencie "Di me cosa ne sai" (Powiedz mi, co o tym wiesz?) Valerio Jalongo, który za kilka dni będzie miał swoją premierę w jednej z sekcji weneckiego festiwalu, jest sekwencja nakręcona w legendarnej wytwórni Cinecitta, której hołd złożył kiedyś Fellini w "Wywiadzie". Oglądamy postarzałego, jakby zdetronizowanego, ale pełnego pasji Felliniego, jak w 1985 roku wnosi do sądu pozew przeciwko Berlusconiemu, właścicielowi stacji telewizyjnych, przeciwko przerywaniu artystycznych filmów reklamami. Mówi o tym jak o praktyce "barbarzyńskiej, obrażającej godność zarówno artystów, jak widzów". Ironicznie proponuje, żeby przerywać nimi także msze i parady wojskowe. Pozew został oddalony, w referendum większość widzów opowiedziała się za reklamami. Proroctwa Felliniego z czasów, gdy kręcił "Ginger i Freda", spełniły się: hale Cinecitta wynajmuje dziś
telewizja. Kolejki młodych czekają pod bramą - liczą, że będą zaangażowani jako publiczność do telewizyjnego show. Reporter przechodzi wzdłuż szpaleru młodzieży, pyta ją, kim był Fellini. Nie wie nikt!
Klientom multipleksów z niczym się to nazwisko nie kojarzy, podobnie zresztą jak nazwiska reżyserów europejskich. Są konsumentami kultury skolonizowanej przez Amerykę i pewien typ rozrywki, mającej coraz mniejszy kontakt z rzeczywistością, z ich własnym życiem, z życiem kraju. Wim Wenders w filmie "Jalongo" ujawnia paradoks popkultury: im więcej masz pieniędzy na film, tym mniej możesz w nim powiedzieć. "Możesz mieć najlepszych aktorów, najlepsze efekty specjalne, wszystko, czego zapragniesz, ale tak naprawdę jesteś ubezwłasnowolniony, oniemiały". Który z konkursowych filmów zaprzeczy pesymizmowi Wendersa?
Jury pod przewodnictwem Anga Lee - dwukrotnego laureata Złotej Palmy za "Tajemnicę Brokeback Mountain" (2003) i "Ostrożnie , pożądanie"(2007) - obejrzy aż 24 filmy. Na otwarcie flagowy włoski reżyser Giuseppe Tornatore pokaże "Baarię" z Monicą Bellucci i Michele Placido, z muzyką Morricone, reklamowaną jako jeden z najdroższych włoskich filmów, zarazem "najbardziej osobisty" film twórcy "Cinema Paradiso". Tytuł jest gwarową nazwą sycylijskiego miasteczka Bagheria, z którego pochodzi reżyser.
Michele Placido - aktor i reżyser - ma w konkursie swój film "Wielki sen" nawiązujący do osobistych doświadczeń 1968 roku. Placido, przybysz z prowincji, zaciągnął się wtedy do policji i od tej strony obserwował studencką rewoltę. To zdecydowało, że po 1968 zrzucił mundur i został artystą. "To nie będzie film nostalgiczny - zapowiada. - Chcę po prostu opowiedzieć dzisiejszej młodzieży, jacy wtedy byliśmy".
Michael Moore znów będzie miał swoje pięć minut. Wenecja poszła niegdysiejszymi śladami Cannes, zapraszając go do konkursu z dokumentem "Capitalism: A Love Story". Reżyser "Fahrenheita 9/11" bada korzenie kryzysu, opisuje "największą kradzież w dziejach jego kraju, czyli masowy przepływ pieniędzy podatników do kieszeni prywatnych instytucji".
Natomiast Oliver Stone pokazuje poza konkursem dokument "South of the Border" - jak kiedyś z Fidelem Castro, brata się teraz przed kamerą z trojgiem prezydentów Ameryki Łacińskiej, Hugo Chavezem z Wenezueli, Evo Moralesem z Boliwii i Cristiną Elisabeth Fernandez de Kirchner z Argentyny.
Obecność dokumentów i paradokumentów na festiwalach jest dziś normą. Amerykański Włoch Abel Ferrara pokaże poza konkursem "Napoli Napoli Napoli", dokudramę zrealizowaną w oparciu o reportażowy materiał zebrany w neapolitańskich więzieniach: mozaikowy portret miasta.
Konkursowy film Wernera Herzoga - rzadko dziś realizującego filmy czysto fabularne - "Bad Lieutnant: port of call New Orleans" już w tytule nawiązuje do znanego filmu Ferrary "Zły porucznik" - Nicolas Cage
gra skorumpowanego policjanta z Luizjany. W internecie odbył się już pojedynek na słowa obu reżyserów. Ferrara protestował przeciw użyciu tytułu, Herzog odpowiadał: nie widziałem tego filmu i w ogóle nie wiem, kim jest ten pan.
Zwyczajem wielkich festiwali do konkursu włącza się coraz śmielej filmy gatunkowe: kolejny horror George'a Romero o żywych trupach ("Survival of the Dead"). Fatih Akin, turecko-niemiecka gwiazda młodego kina, przedstawia "Soul Kitchen" zapowiadaną jako komedia romantyczna, z motywem kuchni w tle, rozgrywającą się między Hamburgiem a Szanghajem.
Intrygują dwa konkursowe tytuły, których nie da się wpisać w żaden kinowy format. "Mr Nobody" Jaco van Dormaela to przygotowywany od lat, realizowany w wielu miejscach świata "wysokonakładowy film eksperymentalny" belgijskiego reżysera, autora pamiętnej przypowieści filmowej "Ósmy dzień", w której główne role grali nagrodzeni w Cannes Daniel Auteuil i aktor z zespołem Downa Pascal Duquenne. "Mr Nobody" to science fiction dziejący się w roku 2092, w czasach, gdy ludzkość osiągnęła już nieśmiertelność. Bohater filmu ma 120 lat i jest ostatnim śmiertelnikiem, który wspomina swoje życie i rozważa jego rozmaite warianty.
"Lourdes" młodej austriackiej reżyserki Jessiki Hausner to - bodaj pierwszy raz podjęty w kinie fabularnym i, jak się można domyślać, niekonfesyjnym - temat pielgrzymki do słynnego miejsca objawień Matki Boskiej.
Jak zwykle dyrektor Marco Mueller zadbał o silną reprezentację Chin we wszystkich festiwalowych sekcjach. W zeszłym roku poziom konkurs weneckiego był ostro krytykowany: za dużo było z jednej strony komercyjnych podróbek, z drugiej strony - radykalnego kina niszowego, oglądanego głównie przez szacunek dla tematu. Brakowało filmów poruszających, świadczących o bogactwie sztuki filmowej - najlepszych kąsków wybieranych ze światowej produkcji. Wkrótce przekonamy się, czy Mueller wyciągnął wnioski z tej krytyki i jak miewa się najszacowniejszy włoski festiwal mający od kilku lat konkurenta w postaci bogatego festiwalu rzymskiego.