Ze znanym dokumentalistą i operatorem Michałem Bukojemskim, autorem filmu "Likwidacja. Sierpień 1944", rozmawiam na stacji Radegast, którą architekt Czesław Bielecki zaaranżował jako pomnik łódzkiego getta. Stąd 65 lat temu, takimi towarowymi wagonami, jakie stoją tu dziś, wywieziono ostatni transport do Auschwitz.
Ocalało niespełna 7 tysięcy ludzi. Wielu z nich przyjechało w tych dniach do Łodzi. Na stacji Radegast obejrzeli dokument Bukojemskiego, zakładając specjalne okulary. Zdjęcia z getta Litzmannstadt zostały w filmie ożywione przez zastosowanie techniki stereoskopowej - po raz pierwszy w polskiej kinematografii.
rozmowa z
Michałem Bukojemskim
Tadeusz Sobolewski: Paradoksalnie, wiedzy historycznej przybywa, w miarę upływu czasu. Oglądając ten film, ma się chwilami poczucie, że idziemy ulicami getta, które dziś na Bałutach wyglądają podobnie. Michał Bukojemski: Paręset metrów stąd było studio telewizyjne. Kiedy studiowałem w Filmówce w latach 60., bywałem tu co tydzień. Ale o getcie nie wiedziałem nic. Była tu, zarośnięta trawą bocznica kolejowa Radogoszcz, zbudowana przez Niemców - kluczowy punkt getta, jak Umschlagplatz w Warszawie - Radegast Bahnhof, między Łodzią Kaliską a Widzewem. Mała stacja, na której rozładowywano surowce, które przychodziły do tej ogromnej fabryki, jaką było getto. Wywożono stąd produkty i ludzi. 160-170 tysięcy wyjechało tymi wagonami w 1942 r. do Chełmna nad Nerem. A gdy zapadła decyzja o ostatecznej likwidacji getta, w sierpniu '44, prawie 70 tysięcy wywieziono do Auschwitz. Marian Turski w ostatniej "Polityce" przywołuje słynne przemówienie Rumkowskiego, prezesa Starszeństwa Żydów, gospodarza getta łódzkiego z niemieckiego nadania. 4 września 1942 r. komunikuje on, że
Niemcy zmusili go do wydania dzieci i starców. Mówi jasno: my wiemy, co to oznacza, oni już nie wrócą. Ale my musimy to zrobić, w imię wyższych racji, po to, by getto przetrwało... Dziś na nowo staramy się osądzić sens jego decyzji.
Powstała o tym powieść Andrzeja Barta "Fabryka Muchołapek" - pierwotnie scenariusz filmowy. Nierozstrzygnięty sąd nad Rumkowskim. Jeszcze jeden dowód na to, że tamte sprawy są wciąż żywe. - My też nie osądzamy Rumkowskiego, który wyjechał jednym z ostatnich transportów, płacząc na widok swoich podopiecznych, którzy w przeciwieństwie do niego, nie wiedzieli, co ich czeka. Likwidacja trwała miesiąc, zakończyła się 29 sierpnia 1944 r. Początkowo szła z oporami. Ludzie nie dawali wiary, że na nowym miejscu dostaną "lepszą pracę". Bali się. Wzięto ich głodem. Zamknięto magazyny, a równocześnie ogłoszono, że wyjeżdżający dostaną żywność na drogę. Tak wygląda warstwa merytoryczna filmu - przytaczamy relacje świadków. Wiedziałem, że film musi być krótki - najwyżej 15 minut.
Ikonografia jest niezwykle bogata. Rumkowski stworzył ogromny aparat administracyjny i z iście niemiecka dokładnością dokumentował funkcjonowanie getta. Na bieżąco powstawała kronika, nigdy po wojnie nie wydana. Miał swoich fotografów, m.in. Mendla Grosmana, którzy rejestrowali na sposób dworski oficjalną działalność Rumkowskiego, gettowe uroczystości, ale po drodze fotografowali zwykłe życie. Docierałem do tych zdjęć w Muzeum Holocaustu w Nowym Jorku, w Yad Vashem w Jerozolimie. Unikalny zbiór kolorowych zdjęć pamiętamy z filmu "Fotoamator" Dariusza Jabłońskiego.
Ale robić film z samych zdjęć? Szukałem możliwości uatrakcyjnienia, wiedząc, ze należy użyć środków najprostszych. Przeniosłem te zdjęcia w trójwymiar. Ale również zastosowałem inscenizację, aby w migawkowych ujęciach pokazać to, czego zdjęcia nie zarejestrowały - sprawić , że widz znajdzie się blisko tamtych ludzi, niemal wśród nich, gdy idą ulicami Bałut w stronę stacji Radegast.
Urząd miasta Łodzi sfinansował przedsięwzięcie. Powstał film w modnym dzisiaj systemie Diolby Digital 3D. Już ponad 100 sal w Polsce może wyświetlać filmy trójwymiarowe. Ale na ekranach królują animacje Pixara. Film animowany najłatwiej zrealizować w tej technologii. Dążenie do trójwymiarowości jest tak stare, jak kino, jak fotografia. Ale w ostatnich latach zapadły w
USA przełomowe decyzje technologiczne.
Przedtem projekcje 3D odbywały się z dwóch projektorów. Jeden miał filtr polaryzacyjny w pionie, drugi w poziomie. Widz zakładał okulary i odbierał każdym okiem inny obraz. Powstawała iluzja trójwymiarowości. Wymagało to dodatkowo srebrzystego ekranu. Teraz wystarczy zwyczajny ekran i jeden projektor.
Trzeba było po tę technikę jechać do USA? - Wszystko na miejscu zapewnia Andrzej Waluk z Olsztynka - najlepszy specjalista od 3D w Polsce, amator, który stał się wysokiej klasy fachowcem. Dwoje ludzi pracowało nad retuszem tych zdjęć - i wprowadzeniem głębi.
Gdzie będzie można zobaczyć ten film? - Dziś i jutro w pawilonie stacji Radegast. Film jest własnością Urzędu Miasta Łodzi i jest przeznaczony dla Muzeum Żydów, które ma tu powstać. Ale są kina - PISF obiecał sfinansować zakodowanie tego filmu, tak żeby mógł być wyświetlany w multipleksach i artystycznych kinach Stowarzyszenia Filmowców, takich jak warszawska Kultura. Może z czasem zaczną wracać "dodatki" do filmów?
Czy nie odczuwasz oporu i zmęczenia tematem Zagłady? - Nasze powojenne pokolenie czuje taki opór, natomiast młodzi są bardziej niż nam się zdaje gotowi na przyjęcie wiedzy o tamtym czasie. Świadczy o tym odbiór książek Krall, czy filmu Dylewskiej "Po-lin".
Dla kogo robimy te filmy? Dla ocalałych, 80-letnich weteranów? Oczywiście, ważne, by oni zaakceptowali naszą wizję. Ale są one przeznaczone dla młodych - tych skejciarzy, których pokazuje na wstępie filmu, jak pędzą ulicą Franciszkańską, koło kościoła, gdzie był drewniany most łączący dwie części łódzkiego getta. Naszym obowiązkiem jest zapisywać białe plamy w świadomości tych ludzi. Ale trzeba do nich mówić wciąż nowymi środkami.