http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Margot, Witkowski, Michał

Dariusz Nowacki
2009-08-25, ostatnia aktualizacja 2009-08-25 08:00

Rozbuchany język, niezwykła pomysłowość i zmysł gawędziarski sprawiają, że powieści Michała Witkowskiego czyta się zachłannie i z rozkoszą. Nawet wówczas, kiedy autor "Lubiewa" niczego ciekawego nam nie mówi. Tylko pięknie nas bałamuci

Michał Witkowski
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
Michał Witkowski
ZOBACZ TAKŻE
Margot

Michał Witkowski

Świat Książki, Warszawa

W wywiadzie opublikowanym w „Dużym Formacie” Witkowski powiada: „ »Margot « jest dla ludzi”. Sam w to chyba nie wierzy. Intencja autorska, zgodnie z którą jego najnowsza rzecz jest powieścią przeznaczoną dla masowego odbiorcy, to oczywisty absurd. Jakoś nie wyobrażam sobie rozczytanych w „Margot” bohaterów tej książki. Tirowcy - bo m.in. ich mam na myśli - nie mają czasu na głupoty, czyli czytanie wyszukanej, zakręconej prozy artystycznej, a tylko taką Witkowski tworzy. Inaczej pisać nie potrafi. Nigdy nie będzie twórcą prozy popularnej.

"Margot" zaludniają - jak zawsze u Witkowskiego ("Margot" to trzecia powieść w jego dorobku) - postacie o płynnej, zagmatwanej tożsamości. Tytułowa bohaterka jest kierowcą tira i ma swój sekret: gdy zapada noc, stylizuje się na tanią dziwkę i uwielbia być poniżana (przez bandę napalonych szoferów). Czarna Greta to niemiecka lesbijka i militarystka polująca na polskich drogach na nasze tirówki. Święta Asia od Tirowców, przykuta do wózka dziewczynka z Piotrkowa, wielbicielka prozy Tokarczuk i sieciowej pornografii, zrazu staje się królową CB-radia, później świętą katolicką. Kapral, kierowniczka domu dziecka Wesoły Krasnoludek, to brutalna pedofilka, która w życiu przeczytała tylko jedną książkę: francuski oryginał "Nadzorować i karać" Foucaulta. Ksiądz Marek jest rzutkim biznesmenem i egzorcystą, właścicielem klubu gejowskiego ulokowanego na wsi pod litewską granicą. Waldi "Bacardi" Mandarynka, prosty chłopak spod Suwałk, rybak i pomocnik kowala, staje się największym polskim celebrytą.

Tak naprawdę tożsamość i perypetie wymienionych tu postaci są jeszcze bardziej skomplikowane. Żeby całe to pokręcone i zabawne bogactwo oddać, musiałbym przepisać powieść Witkowskiego słowo w słowo. Pomysłowość autora "Fototapety" jest pod tym względem niewyczerpana, perwersyjna i absolutnie wyzwolona, jedyna w swoim rodzaju. No dobrze - to wszystko jest bardzo śmieszne, ale czy coś z tych maskaradowych zabaw wynika.

Należałoby odpowiedzieć, że raczej niewiele. Bo jeśli Witkowskiemu zależało na sparodiowaniu tożsamości normatywnych, na destabilizacji ról i pozycji społecznych, to trzeba oznajmić, że po prostu przegiął. Żywioł zgrywy zabił według mnie potencjał krytyczny. Pisarz sporządził parodię parodii, szlachetną skądinąd wizję świata opartego na odmienności i zróżnicowaniu przesunął w stronę cudowności i bzdury na resorach. Zupełnie jakby chciał zagrać na nosie badaczom spod znaku teorii queer. Owszem - w wymiarze literackim przyniosło to efekty znakomite, ale w płaszczyźnie problemowej czy poznawczej - czczość, pustkę. Przeczytaliśmy "Margot" i było nam z tą powieścią dobrze. Po lekturze jednak nie pozostał nawet osad. Chichot - w najlepszym wypadku.

"Margot" jest opowieścią dość bałaganiarską, kapryśną. Składa się z dwóch odrębnych, niezbyt zazębiających się historii. Z jednej strony jest czymś w rodzaju powieści środowiskowej (o pracy tirowców), z drugiej - satyrą wymierzoną w rodzimy show-biznes, przezabawną opowieścią o narodzinach i upadku wielkiego celebryty (Waldi). Obydwa rozstrzygnięcia budzą wątpliwości.

Kiedy w połowie lat 50. ubiegłego wieku Marek Hłasko pisał swoje opowiadania o szoferach (np. "Bazę Sokołowską"), było wiadomo, dlaczego to czyni: sam był szoferem i chciał się zmieścić w poetyce socrealistycznej. Ale dziś? Nie pojmuję, na czym polega sexy pracowników transportu kołowego. Co jest w tej robocie takiego, co można by uznać za symptomatyczne czy pouczające? Dlaczego tirowcy i tirówki mają być bohaterami naszych czasów? Na kartach "Margot" nie znalazłem odpowiedzi na te pytania.

Z kolei Waldek Mandarynka to wręcz idealny bohater naszych czasów. Problem polega na tym, że ma on rozlicznych i wcale nieodległych w czasie przodków (np. Stanisława Retro z „Pawia królowej” Masłowskiej), a w jego gwiazdorskim życiorysie, pominąwszy wątki fantastyczne, nie ma niczego takiego, co wykraczałoby poza stereotyp („On wypłynął w którejś z pierwszych edycji »Big Brothera « ( ) zasłynął swoimi utlenionymi włosami, tipsami na chuju”). Jeżeli więc Witkowski chce nam powiedzieć - a tak właśnie sprawy się mają - że świat rodzimych celebrytów to sama nieautentyczność i durnowatość, hucpa i niewymowna tandeta, to niepotrzebnie się trudzi. Nikt o tym skrawku rzeczywistości nie myśli inaczej.

W wywiadach, broniąc się przed zarzutem bałaganiarstwa, pisarz powiada, że wszystkie anegdoty zawarte w "Margot" łączy motyw przemiany. Dodajmy, że powieść otwiera motto z Owidiusza: "W nową postać zmienione chcę opiewać ciała". Także i w tej sprawie można mieć wątpliwości.

Samo pojęcie metamorfozy rozpatrywane poza kontekstem historyczno-kulturowym nic nie znaczy. Dwadzieścia wieków (licząc od Owidiusza do Witkowskiego) to tradycja ogromna. Różne bywały po drodze motywacje metamorficzne: Dafnis została w drzewo bobkowe przemieniona z innych powodów niż Samsa w robaka, Ptasiek Whartona i złoty osioł Apulejusza to nie postaci z tej samej bajki. A co uzasadnia przemiany bohaterów "Margot"? Nie sposób zgadnąć. Jak te metamorfozy rozumieć? Mamy się ich bać czy raczej znajdować w nich frajdę? Fajnie jest być kimś, kim się nie jest, czy niefajnie?

Witkowski wrzucił do jednego kotła rozmaite metafory i toposy. Przemianą jest tu zarówno transgresja (Margot), jak i następstwo manipulacji (Waldek wymyślony przez macherów od reality show), quasi-religijna ekstaza (Asia) pojawia się na równi ze zwykłą przebieranką (Greta w stroju komunijnym). W efekcie wszystko zostało tu zrównane ze wszystkim, byle efektowniej, bardziej fajerwerkowo, byle więcej śmiechu było.

Wcześniejszą powieść ("Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej") pisarz nazwał "niszczarką dyskursów". Jego najnowsza rzecz także jest urządzeniem: maszynką do wytwarzania śmiechu. Szkoda tylko, że na śmiechu się kończy.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':