Od zawsze związana z jazzem i środowiskiem jazzowym - współtworzyła je jako organizatorka, promotorka i manager. W kwietniu udzieliła "Gazecie"
ostatniego wywiadu, w którym opowiedziała o życiu z Krzysztofem Komedą. Przyjęła nas w swoim żoliborskim mieszkanku, już schorowana, leżąc w łóżku - ale temperamentna, zdecydowana, bezpośrednia i odważna. Bardzo ciepła, otoczona zdjęciami Komedy i powtarzająca w kółko: Krzyś to, Krzyś tamto - jakby umarł niedawno, a przecież 23 kwietnia minęło równo 40 lat od jego tragicznej śmierci.
Zofia Komedowa Trzcińska po wojnie menadżersko współtworzyła środowisko jazzowe i Krakowski Klub Jazzowy (późniejszy Helikon) i współpracowała z Piwnicą Pod Baranami. W połowie lat 50. poznała Krzysztofa Trzcińskiego, laryngologa grającego w wolnych chwilach na fortepianie, później genialnego kompozytora znanego jako "Komeda", autora muzyki filmowej, m.in. kołysanki do "Dziecka Rosemary" Romana Polańskiego.
To ona przekonała Komedę, aby rzucił medycynę i poświęcił się muzyce. Bez niej nie byłby tym, kim był. Oprócz tego, że była jego opiekunką, krawcową i sekretarką, to przede wszystkim zarządzała jego życiem zawodowym. Ustalała występy, trasy koncertowe i nagrania. Zawsze twarda i konsekwentna. Pisząc do niej listy z
Hollywood Komeda tytułował je "Kochany szefie!".
Jerzy Milian, jazzman wibrafonista, członek Sekstetu Komedy, przyjaciel Komedów: "Kiedy ją poznałem, była koleżanką Wandy Warskiej i impresario Andrzeja Kurylewicza. W 1956 r. w Sopocie rozmawiała z Komedą. Krzysztof podjął decyzję, że Zośka będzie się nami zajmowała. Robiła to z pasją: organizowała tournee, koncerty, niektóre prowadziła jako konferansjer, załatwiła stypendia. Kiedy przenieśli się z Komedą z Poznania do Krakowa, mieszkali w marnych warunkach, ale ona cały czas była na topie. W niesprzyjających dla nowoczesnego jazzu warunkach - bo jazz kojarzył się wtedy z dixielandem, a
muzyka cool nie była jeszcze w modzie - Zośka pchała jazz do przodu. To jej wielka zasługa. Była tak związana z jazzem, że aż dziwne, że nie grała na żadnym instrumencie. Poza tym była życzliwa i wesoła, potrafiła też mocno się zdenerwować i nawrzeszczeć, ale potem zawsze był uśmiech i mała 'pięćdziesiątka'. Była kobietą jazzu".
Paweł Brodowski, redaktor naczelny "Jazz Forum": "Z Zosią odeszła cała wielka epoka polskiego jazzu i część największej legendy, jaką był Krzysztof Komeda, a przecież ona jako jego żona, menadżerka i promotorka miała w tym wielki udział. Wszyscy wiedzą, że bardzo Krzysztofowi pomogła i przyczyniła się do tego, że pamięć o nim nie zgasła, wręcz przeciwnie - pamięć o Komedzie z upływem lat nabiera większej mocy i wydaje się, że będzie żyć wiecznie. To ona po śmierci Komedy wymyśliła cykl koncertów 'Muzyka pozostała' i to ona uruchomiła wiele jego nagrań. Komeda za życia wydał tylko trzy jazzowe płyty, a przecież stworzył muzykę do 70 filmów. To dzięki Zosi całe jego archiwum ujrzało światło dzienne. Była damą, matką polskiego jazzu, żoną, kochanką i tym wszystkim, co składa się na tzw. środowisko. Była też 'zwornikiem' polskiego jazzu, tzn. łącznikiem pomiędzy jego światem a światem większej kultury, bo przyjaźniła się z pisarzami, reżyserami, gwiazdami filmu, miała kontakty z poetami, malarzami, światem polityki, a nawet z UB, które ją inwigilowało i zatruwało jej życie. Wszystkim opisała w swojej książce 'Komeda, Zośka i inni'. Była osobą o ogromnym temperamencie, waleczną, czasami kłótliwą, wokół niej zawsze dużo się działo. Trudno pogodzić się, że jej nie ma. Bardzo kochałem Zosię, byłem po jej wielkim urokiem".
Zmarła na
zawał serca w czwartek o godz. 19 w warszawskim Szpitalu Bielańskim. Prawdopodobnie 11 września jej prochy zostaną złożone - tak jak sobie życzyła - do grobu Komedy na Powązkach. 13 listopada skończyłaby 80 lat.