Na warszawskim Bemowie było właściwie wszystko to, czego po Madonnie można się spodziewać. Seria kapitalnie uwspółcześnionych hitów, które już weszły do historii muzyki rozrywkowej. Imponujący pokaz profesjonalizmu oraz scenicznej sprawności wokalistki i towarzyszącego jej zespołu. Wreszcie - efektowna prezentacja możliwości współczesnej techniki koncertowej.
Zabrakło w sumie tylko jednego, do czego Madonna skutecznie nas przez lata przyzwyczajała - skandalu. Ona, która na poprzedniej trasie koncertowej szokowała, śpiewając piosenkę "Live To Tell" w koronie cierniowej i rozpięta na krzyżu, tym razem postawiła po prostu na show i dobrą zabawę. Gdy podczas jednej z piosenek na ekranach nad sceną i porozwieszanych obok niej telebimach rozbłysły nagle rozmaite religijne symbole, nie było w tym nic z prowokacji. Przeciwnie - sugestywna, choć zarazem trochę naiwna wizualizacja była czytelnym apelem o jedność wszystkich wyznań i zaniechanie religijnych konfliktów. Wbrew temu, co sugerowali kontestatorzy imprezy na Bemowie doszukujący się spisku w wybranej na ten koncert dacie, Madonna przyjechała do Warszawy nie obrażać, ale jednoczyć swoją muzyką.
Udało się jej - dawno na jednym koncercie nie spotkała się tak różnorodna publiczność. Dziewczyny ubrane w imprezowe ciuchy i grzęznące wysokimi szpilkami w trawie, która pokrywa płytę bemowskiego lotniska, popijający piwo ostrzyżeni dżentelmeni w sportowych wdziankach, wąsaci tatusiowie dźwigający na ramionach dorastające pociechy, anorektyczni, wystylizowani chłopcy wyjęci żywcem z gejowskich klubów - wszyscy, zamiast doszukiwać się w występie Madonny obrazoburczych podtekstów, przyszli przede wszystkim zobaczyć ikonę popkultury i pobawić się przy jej piosenkach. Być może także dlatego niewypałem okazał się protest przeciwników koncertu. Pod wejście na teren występu gwiazdy przybyło tylko kilkanaście osób uzbrojonych w transparenty i obrazy Matki Boskiej. Mimo to do niektórych wciąż nie docierało, że tłumom zgromadzonym na Bemowie może chodzić tylko i wyłącznie o dobrą zabawę. - Za tę neopogańską imprezkę odpowiedzialna jest prezydent Warszawy - szarżował w mediach radny sejmiku Marian Brudzyński, główny organizator protestów przeciw koncertowi. - To jednak my jesteśmy moralnymi zwycięzcami.
Bzdura. Tego wieczoru zwycięzca był tylko jeden. Była nim Madonna.
Wejście miała prawdziwie królewskie. 20 minut po godz. 21 wjechała na scenę na tronie, potem razem ze swoimi tancerzami paradowała w lśniącym, oldskulowym kabriolecie. Od pierwszych sekund robiła świetny show, ale słychać było jednak, że nie ma imponującego głosu. Nigdy go zresztą nie miała. Jej brat i wieloletni współpracownik Christopher Ciccone w biografii "Moje życie z Madonną" opisuje, że zawsze na żywo wspomagają ją dwie wokalistki, z których każda ma podobną do gwiazdy barwę głosu, ale inne sceniczne zadania: jedna tuszuje jej wokalne wpadki, druga dodaje jej interpretacjom głębi. To było słychać także w sobotę na Bemowie. Z drugiej strony - dużo mniej znani artyści pop często posiłkują się dziś na koncertach playbackiem. Madonna najwyraźniej stawia na śpiewanie na żywo, nawet za cenę drobnych niedociągnięć. Trudno jej za to nie szanować.
Odbija to sobie zresztą gdzie indziej. Wokalnie przeciętna, jako showmanka nie ma sobie równych. Jej piosenkom towarzyszą świetne układy choreograficzne - trudno nie pozazdrościć jej zarówno kondycji, jak i pomysłowości. W "She's Not Me" na scenie pojawiają się dziewczyny imitujące ją samą z poprzednich etapów jej kariery. W "4 Minutes" zamiast Justina Timberlake'a tańczą z nią cztery ekrany, na których wyświetlana jest postać wokalisty. Zmienia kostiumy, skacze po scenie, namawia publiczność do zabawy, jest w ruchu nieomal przez cały koncert. Imponują też nowe wersje jej piosenek. To klubowy miks, który sprawia wrażenie jednego wielkiego mashupa - połączenia wielu utworów w jeden, muzycznej erudycyjnej zabawy didżejów, którzy na podstawie kilku numerów o podobnym rytmie kreują nowe
przeboje. Ktokolwiek przygotował materiał koncertowy dla Madonny, zrobił to w wielkim stylu - jej piosenki nieustannie pulsują rytmem, w niektórych utworach pojawiają się cytaty z innych jej przebojów ("Open Your Heart" we "Frozen", "4 Minutes" w "Vogue") lub z cudzych piosenek. Kto spodziewał się usłyszeć "Rain" zmiksowane z "Here Comes The Rain Again"
Eurythmics? Motyw z "Don't You Want Me" Felixa - przeboju techno z 1992 r. - w "Like A Prayer"? Gitarowe riffy z "My Sharona" The Knacks czy "God Save The Queen" Sex Pistols w "Dress You Up"?
Popkultura jest jednym wielkim tyglem, w którym miesza się dziś dosłownie wszystko - zdaje się mówić Madonna. I ma rację.
W pewnym sensie jej cały występ to powrót do źródeł. Zaczynała w nowojorskich dyskotekach na początku lat 80. i spora część jej występu w ramach trasy "Sticky & Sweet Tour" nawiązuje do estetyki tamtych czasów. W swój przebój "Music" wplata fragment hitu z 1982 r. "Last Night A DJ Saved My Life", a na ekranach pojawiają się kojarzące się z Nowym Jorkiem lat 80. obrazki pokrytego graffiti metra. "Holiday" towarzyszy breakdance, który przeradza się w hołd dla innej legendy tamtej dekady - Michaela Jacksona. W finałowym "Give It To Me" na ekranach pojawiają się grafiki nawiązujące do estetyki gier komputerowych sprzed ćwierć wieku, w tym do kultowych "Space Invaders". W "Into The Groove" Madonna razem z grupą tancerek - niczym czarnoskóre dziewczyny z Bronxu na klipach z lat 80. - skacze przez dwie skakanki, potem, już solo, nagle myli krok. W zaplanowany co do sekundy show wkrada się błąd. - Jesteście zbyt dobrzy, zmyliliście mnie - rzuca Madonna do mikrofonu w kierunku publiczności, udowadniając, że nawet z wpadki potrafi wyjść obronną ręką.
Najbardziej spontaniczny moment koncertu ma jednak miejsce chwilę później. Większość utworów na koncercie jest zaaranżowana bardzo współcześnie. Ale jest też fragment "etniczny". Od zabarwionego hiszpańskimi rytmami "Spanish Lesson" Madonna przechodzi w klimaty cygańskie. Najpierw "Miles Away", później "La Isla Bonita" połączona z tradycyjnym utworem "Lela Pala Tute". Po nich na chwilę znika ze sceny, a towarzyszący jej Cyganie sami śpiewają kolejną piosenkę "Doli Doli".
Pod koniec akustycznego utworu publiczność zaczyna śpiewać Madonnie "Sto lat", wyciągając przy tym nad głowy wycięte z papieru białe serca. Gwiazda, która obchodzi dzień później 51. urodziny, jest wyraźnie zaskoczona, próbuje uciszyć fanów, wreszcie zamiast przejść do następnego punktu programu, decyduje się na małą przemowę. - Widzę tu napis: "Zmieniłaś moje życie" - mówi, nawiązując do trzymanego przez fanów z pierwszych rzędów transparentu. - Ale to wy, za każdym razem, gdy dla was śpiewam, to wy zmieniacie moje życie. To najlepszy prezent urodzinowy, jaki dostałam.
Można jej wierzyć albo traktować te słowa jak jeszcze jeden element
gry, którą prowadzi z fanami. Ale już sam fakt, że na chwilę role się odmieniły i że to nie Madonna, ale jej polscy fani przez moment byli gwiazdą tego koncertu, sprawia, że jej warszawski występ był wyjątkowy.