Siomga
Sofija Andruchowycz
przeł. Michał Petryk
Czarne, Wołowiec
Sofija się nie kocha. Sofija się pieprzy, uprawia seks, daje się przelecieć. Ale nie cierpi.
Sofija Anruchowycz wciąż pisze pamiętnik, w którym rekonstruuje swój prywatny mikroświat. Tak było w jej debiucie "Kobiety ich mężczyzn" i tak jest z "Siomgą". Różnica polega na perspektywie. Bo najkrótsze streszczenie jej nowej książki mogłoby brzmieć: autobiografia z perspektywy ryby.
Siomga to jednak również potoczne określenie waginy. Musimy więc poprawić - "Siomga" to autobiografia z perspektywy waginy.
Do dwuznaczności tytułu nawiązuje okładka książki - rozczłonkowana, półnaga dziewczyna, z wyolbrzymionymi pośladkami i sterczącymi piersiami leży na talerzu, gotowa do spożycia. Kto ją tam położył? Zapewne ci wszyscy, którzy pragną ciała Sofiji - dziecka, dojrzewającej dziewczynki, licealistki, młodej kobiety. Zboczeniec w wesołym miasteczku albo chłopcy, którzy gwałcą ją, kiedy jest pijana.
Ale Sofija jest nie tylko ofiarą. Ona sama rozkłada się na talerzu. Opowiada o dziecięcej seksualności, o wzajemnym odkrywaniu intymnych miejsc w czasie przedszkolnego leżakowania, wylizywaniu ciała koleżanki z podwórka w zamian za misia z czekolady, o pierwszym orgazmie przeżytym podczas olimpiady języka ukraińskiego, o masturbacji, o seksie z litości, o fascynacji brzydotą.
Pewnego dnia w przedszkolu Sofija unika leżakowania. Idzie do toalety ("chłopcy lubili grupować się przy jednym klozecie i sikać do niego jednocześnie. Dziewczynki lubiły stać za ich plecami i patrzeć".) Tam spotyka o rok starszego, pewnie nieprzypadkowo rosyjskojęzycznego chłopca. Składa propozycję: "Pokaż mi cipkę, a ja cię za to pocałuję". Sofija się nie zgadza. "W historii z chciwym chłopczykiem dotknęło mnie to, że wziął ode mnie coś bez pozwolenia - skorzystał z mojej bezbronności, zjadł to, co przypadkowo wypadło z okna prosto w jego wielkie rozdziawione usta".
Sofija nie roztkliwia się. Wydarzeniom, które naruszają granice jej intymności, nadaje taką samą rangę jak epizodom tzw. szczęśliwego dzieciństwa. Nie stają się traumami. Może właśnie dlatego, że nie chowa ich szczelnie w pamięci, zabraniając - nawet sobie - do nich dostępu.
Oddała swojej bohaterce własne imię, przekazała jej swoje dzieciństwo w Iwano-Frankowsku i pobyt z ojcem pisarzem w Ameryce. Co chwilę wprowadza jednak do swojej opowieści elementy, które podważają jej prawdziwość. Nawet dom, w którym mieszka, stoi na ulicy, której nie było "ani na mapie, ani w pamięci komputerów korporacji taksówkarskich, ani w rzeczywistości".
Czym więc jest efemeryczna, choć opowiedziana z chłodnym obiektywizmem i precyzją codzienność Sofiji? Być może pierwszym naprawdę dojrzałym obrazem dojrzewania pokolenia dzisiejszych dwudziestolatków.
Źródło: Gazeta Wyborcza