W swoim najnowszym filmie pokazywanym dziś na Nowych Horyzontach Krzysztof Zanussi podejmuje ryzykowną grę: odwiedza bohaterów swoich dawnych filmów z najświetniejszego okresu - lat 70.
"Rewizyta" oparta jest na interesującym koncepcie. Do postaci z "Życia rodzinnego", "Barw ochronnych", "Constansu", których grają po latach ci sami aktorzy: Maja Komorowska, Daniel Olbrychski, Jan Nowicki, Tadeusz Bradecki, Małgorzata Zajączkowska, wreszcie Zbigniew Zapasiewicz, pamiętny docent Szelestowski z "Barw" (tu w swojej ostatniej roli, zagranej na kilka tygodni przed śmiercią) - przychodzi z kamerą po wywiad młody, niewinnie uśmiechnięty bohater "Serca na dłoni" (Marek Kudełko). Ten nieudacznik, niedoszły samobójca szuka u bohaterów dawnych filmów Zanussiego rady i wsparcia.
Jednak czy nie jest tak, że postacie są tylko modelami, a reżyser rozmawia w tym filmie z samym sobą, przyglądając się swemu dawnemu kinu? Był w młodości poszukiwaczem prawdy, który nas, widzów, zabierał w drogę. Teraz zmienił się w rezonera - kogoś, kto wie, jak żyć. Ale czy ten, który twierdzi, że wie, paradoksalnie nie umieszcza siebie poza życiem?
Jego młody bohater spotyka szaloną Bellę z "Życia rodzinnego", cynicznego docenta z "Barw ochronnych". Oczekuje od nich odpowiedzi na pytanie: czy warto żyć? Chce wiedzieć, jak można było, mimo fatalnych doświadczeń, złego ustroju, rodzinnej degrengolady, wyjść na porządnego człowieka. I co to właściwie znaczy: porządne, udane życie.
Okazuje się, że żadna z postaci, które spotyka, nie straciła z oczu poczucia sensu i horyzontu wartości. Ani dzieci wydziedziczonego kapitalisty, żałosnego domowego tyrana z "Życia rodzinnego". Ani konformistyczny docent z "Barw ochronnych", który dawał lekcję cynizmu naiwnemu idealiście. Ta lekcja odniosła paradoksalny skutek: przybierając rolę adwokata diabła, docent otwierał młodemu oczy na skorumpowany układ, w którym tkwi, budził w nim głębszą świadomość otaczającego go zła. Nie przegrał i nie sprzeniewierzył się wyznawanym zasadom również bohater "Constansu" grany przez Bradeckiego. Był on typem najbardziej "zanussoidalnym": ostentacyjnie uczciwy, wierny matce, która cierpiała w jego intencji, nielubiany przez otoczenie za to, że obnosi swój "pióropusz cnoty".
Dawne filmy przywołane w "Rewizycie" stają się elementem dydaktycznej przypowieści. Imponują zawartymi w nich pytaniami, poziomem refleksji kompletnie nieobecnym w obecnym kinie polskim. W dawnych filmach Zanussi wystawiał na próbę zarówno swoich bohaterów, jak i widzów. Wynik tej próby pozostawał jednak otwarty. Teraz próba zostaje rozstrzygnięta. Próbą Witka z "Constansu" było działanie przypadku - argument przeciwko istnieniu Opatrzności i łaski. Odłamek muru, który ten kryształowo uczciwy człowiek niechcący utrącił, w ostatnim ujęciu "Constansu" spadał na dziecko. W "Rewizycie" dowiadujemy się, że żadnej tragedii nie było - rachunek prawdopodobieństwa go oszczędził, czyli łaska istnieje. Reżyser lekką ręką poświęcił dawny niepokój dla morału. Dowiadujemy się, że cyniczny docent Szelestowski w stanie wojennym oddał legitymację partyjną. Szkoda, że się pokajał - niechby pozostał cynikiem wobec nowych czasów. Szalona Bella wyszła za mąż w Paryżu. Bogato, ale z miłości - zaznacza. Prowadziła działalność charytatywną. Przegrywała, traciła, ale teraz, drocząc się z młodym, potwierdza z uśmiechem: warto było. "Walkę z życiem - mówi - przegrywa każdy, ale tak naprawdę przesądza się ona w jednym momencie. Podsumowanie będzie na Sądzie Ostatecznym" - kwituje.
Każda z postaci tego filmu mogłaby powiedzieć młodemu: tak, wierzę w Boga. Takie zdanie w PRL nie mogłoby paść z ekranu z przyczyn cenzuralnych, choć gdyby padło w dramatycznym kontekście, miałoby ogromną moc. Dziś, w czasach relatywizmu, taka deklaracja ze strony bohatera również wymaga od artysty odwagi. W "Rewizycie" zdanie o Bogu pada wprost, wypowiedziane przez Zajączkowską, jako rzecz zwyczajna. Dlaczego nie ma mocy? Takiej mocy, jaką w "Stanie posiadania" - zapomnianym, drapieżnym filmie Zanussiego z 1989 roku - miał okrzyk Julii (Krystyny Jandy), grzesznicy, w której na swoje nieszczęście zakochał się przyzwoity chłopak z katolickiej, opozycyjnej rodziny. "I kto to jest ten wasz Bóg, który służy tylko wam, tym dobrym i przyzwoitym?" - wołała Julia. Tym celnym, nierozstrzygniętym pytaniem Zanussi witał wolność.
"Rewizytę" oglądam, jakbym słuchał kazania lub przedwczesnego testamentu reżysera, który przyjął pozycję mentora.
Czy zrobił tak, bo przestał wierzyć w istnienie myślącego widza? Chciał wyjść naprzeciw oglądaczom seriali przyzwyczajonym do morałów wykładanych kawa na ławę? Szkoda tylko, że musiał zamienić dawną pozycję filozofa zadającego na rynku kłopotliwe dla ustroju pytania, czy trochę misjonarza działającego wśród niedowiarków na mieszczańską pozycję zadowolonego z siebie besserwissera zwracającego się do "dobrze myślących".
Nie wierzę do końca w dobre samopoczucie autora "Iluminacji". Za tym filmem, uświetniającym jubileusz 70-lecia reżysera, wyczuwam desperację. Słyszę o czekających na realizację, niemogących zdobyć producenta innych, mniej oczywistych projektach Zanussiego. Wprawdzie bohaterowie "Rewersu" nie przeżywają dramatu, ale dramat wydaje się być udziałem tego wybitnego reżysera, drugiego po Munku, który zadawał polskiemu widzowi pytania serio.
"Rewizyta" miała być zapewne kontrpropozycją wobec współczesnego kina polskiego - miałkiego, znajdującego się w stanie zapaści światopoglądowej. Brak mu - jak zauważa słusznie Zanussi - "klarownego mitu, marzenia o lepszej Polsce", wiary we własny sens i w możliwość wpływania na świadomość odbiorców. Okazuje się jednak, że zastosowany w "Rewersie" tryb filmowego dyskursu również nie dopuszcza pytań. Daje gotowe, arbitralne odpowiedzi, przekorne wobec kulturowego mainstreamu, głupstw postmodernizmu i mody na wschodnie medytacje. "Módl się i pracuj". I to ma być wszystko?
Na przekór Zanussiemu zacytuję kogoś ze Wschodu - taoistę Chuang Tzu, o którym pisał amerykański mnich Thomas Merton: głosiciele cnót i obowiązków popadają w sprzeczność, ponieważ dążą do zdobycia "dobra", tak jakby było ono rzeczą, czymś, co znajduje się poza nami. Takie usilne, ostentacyjne praktykowanie cnót Merton nazywa "uporządkowaną rozpaczą". Prawdziwy spokój osiąga być może ten, który przekracza opozycję między życiem aktywnym i kontemplacją. Czy nie o takiej próbie - połączenia sprzeczności, pojednania z życiem - mówiły największe filmy Zanussiego: "Śmierć prowincjała", "Struktura kryształu", "Iluminacja"? Oglądałem je kiedyś z tym samym uczuciem, z jakim czytam chińskiego taoistę. Zanussi traktował w nich widza jak partnera poszukiwań. Dziś, aby być słyszanym, trzeba odwołać się do gotowych wniosków, potwierdzać gotowe prawdy.
Pozornie optymistyczny "Rewers", przywołując czasy świetności, staje się smutnym rachunkiem wystawionym dzisiejszemu kinu, dzisiejszej kulturze. Ale jest też, nie wiem, na ile zamierzonym, aktem kapitulacji. Kryje się w nim, w nieunikniony sposób, nostalgia za czasami, kiedy polski reżyser toczył autentyczna walkę, poruszał sumienia, znajdował odbiorców. Dobrze pamiętam z tamtych lat wystąpienia Zanussiego, Kieślowskiego, Falka na forach filmowców, przed rządzącymi kinematografią ministrami. Władza postulowała: róbcie zaangażowane kino współczesne. Filmowcy, pozostając w faktycznej opozycji, mówili: dobrze, my takie kino zrobimy! A kiedy powstawały takie filmy, jak: "Barwy ochronne" Zanussiego, "Człowiek z marmuru" Wajdy, "Spokój" Kieślowskiego, "Meta" Antoniego Krauzego, "Aktorzy prowincjonalni" Holland, władza wpadała w popłoch.
Czym dziś ma być i wobec czego nowa filmowa opozycja? Bo przecież nie powinna być rezonerstwem. Z tym pytaniem zostawia nas Krzysztof Zanussi.
Źródło: Gazeta Wyborcza