http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wybrałem wolność. Życie prywatne i polityczne radzieckiego funkcjonariusza, Krawczenko, Wiktor

Maciej Stasiński
2009-07-21, ostatnia aktualizacja 2009-07-20 18:18

Dla sowieckiego aparatu władzy ta ucieczka była ciosem. Tak jak proces, w którym uciekinier bronił swojego świadectwa

Wybrałem wolność. Życie prywatne i polityczne radzieckiego funkcjonariusza

Wiktor Krawczenko

przeł. Maciej Antosiewicz

Magnum, Warszawa



"Wybrałem wolność". Wyświechtany slogan, który w latach komunizmu oznaczał decyzję pozostania na Zachodzie przy okazji jakiejś szczęśliwej, służbowej lub prywatnej podróży. W moim pokoleniu, ludzi dorastających w latach 70. i 80., hasło było lekko ironiczne, bo i decyzja wyjazdu z kraju, choć doniosła życiowo, nie była już jednak tak dramatyczna, by je rozumieć dosłownie jako przeciwieństwo niewoli. W tamtych czasach człowiek mógł się czuć wolny wewnętrznie, chociaż nie miał paszportu i nie mógł głosować na przeciwników jedynie słusznego ustroju.

"Wybrałem wolność" Wiktora Krawczenki to jednak nie te czasy i nie niewinne porzekadło. To niegdyś pierwsze, a długo unikalne wspomnienia uciekiniera ze stalinowskiego Związku Sowieckiego. Świadectwo człowieka najpierw uwiedzionego utopią rewolucji, potem coraz bardziej rozczarowanego i przerażonego jej codzienną opresyjną praktyką, w końcu uciekiniera na Zachód w czasie pobytu w USA w 1944 r.

Dzisiaj wspomnienia Krawczenki, w latach wojny dygnitarza w państwowym aparacie gospodarczym ZSRR, nie wnoszą do naszej wiedzy o Stalinie i jego państwie więcej niż książki Niekricza, Hellera, Sołżenicyna, Szałamowa, Pipesa, Appelbaum, Sebaga-Montefiorego, Beevora, Wieczorkiewicza, wielu świadków historii i badaczy sowieckiego komunizmu. Ale wnoszą autentyzm ludzkiego przeżycia, dramat świadka wydarzeń, który widział, jak wszechpotężne państwo policyjne miażdży bez wahania ludzi milionami. Są i dziś wstrząsające, bo Krawczenko był przy tym, jak głodzono na śmierć miliony ukraińskich chłopów, jak enkawudziści wysłani do rekwizycji zboża i wymuszenia kolektywizacji pili wódkę i jedli kiełbasę, podczas gdy w tej samej wiosce po ulicach walały się trupy zmarłych z głodu chłopów. Jak łamano życie domniemanym wrogom torturowanym, zabijanym lub wysyłanym do łagru. Krawczenko sam przeszedł przez przesłuchania i prześwietlanie jego życia przez tajną policję, przez magiel podejrzeń i donosów w każdej chwili grożących łagrem lub egzekucją - i cudem uszedł z życiem. Zaznał powszechnego, przenikającego całą ludność jak promienie Roentgena "gosstrachu", czyli strachu państwowego, o którym pisał Wasilij Grossman w "Życiu i losie".

Krawczenko uciekł u szczytu euforii, jaka panowała na Zachodzie w piątym roku wojny, wojny coraz wyraźniej zwycięskiej dzięki sojuszowi ze Stalinem. Książka ukazała się dwa lata potem, kiedy już zaczynała się zimna wojna. Jego wspomnienia przyczyniły się do rozwiania prosowieckiego ideologicznego zaczadzenia na Zachodzie. O kilka lat wyprzedziły inne głośne potem demaskacje stalinowskiego terroru: Weissberga-Cybulskiego "Wielką czystkę" czy Herlinga-Grudzińskiego "Inny świat".

Po ucieczce ukrywał się pod fałszywymi nazwiskami, kluczył po mieszkaniach i hotelach. NKWD usiłowało go dopaść, rząd sowiecki robił wszystko, żeby Ameryka nie dała mu azylu, lecz wydała jako dezertera i zdrajcę. Były ambasador USA w latach 30. w Moskwie Joseph Davies, apologeta ZSRR, usilnie o to zabiegał.

Sowieci i ich wielbiciele we Francji oskarżyli go, że jego książka to polityczna fikcja sfabrykowana przez amerykański wywiad. Ale Krawczenko odwinął się widowiskowo. W 1949 r.wytoczył francuskiemu pismu "Les Lettres Françaises" proces o zniesławienie. Sprowadził na salę rozpraw świadków, którzy przeżyli terror sowiecki, i na sali wraz z nimi stawił czoło państwu sowieckiemu, które do Paryża wysłało z kolei jego dawnych znajomych, byłą żonę oraz agentów NKWD. Po trzech miesiącach Krawczenko wygrał proces.

W 1966 r. znaleziono go martwego z kulą w głowie. Orzeczono samobójstwo. Jego rodzina do dziś w to wątpi.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':