Ludzie, ile teraz kosztuje wino? - krzyknął ze sceny do publiczności Titus, lider zespołu
Acid Drinkers. - Cztery
złote? No, to od 20 lat nic się tu nie zmieniło - skonstatował. I bardzo się pomylił, bo przez te dwie dekady festiwal w Jarocinie zmienił się diametralnie. Wystarczy sobie przypomnieć rok 1993, demolkę małej sceny, starcia z policją, i porównać tamtą edycję imprezy z tegoroczną, świetnie zorganizowaną, wielopokoleniową, z pierwszoligowymi zagranicznymi gwiazdami. No i amatorów taniego wina także dzisiaj jakby mniej.
Jarocin się zmienił, bo nie miał innego wyjścia - prosta kontynuacja festiwalu sprzed kilkunastu lat byłaby skazana na klęskę. Taką próbę podjęto w 2006 roku, ale oparcie imprezy wyłącznie na polskich zespołach, w większości weteranach z lat 80., okazało się niewypałem przeradzającym się w nudny i rustykalny kiełbasiano-piwny festyn dla zmęczonych członków rockowego ZBOWiD-u. Kiedy rok temu funkcje dyrektora artystycznego festiwalu objął znany z zespołu Muchy Michał Wiraszko, Jarocin wreszcie nabrał rozpędu, wyrwał się ze stagnacji, a po tegorocznej odsłonie festiwalu wiadomo już na pewno, że ta legendarna impreza ma swoje trwałe i unikalne miejsce na muzycznej mapie Polski.
Aksamitna rewolucja - Nie chcę robić drugiego Open'era ani kolejnego Off Festivalu - mówi Wiraszko. - To ma być różnorodna muzycznie impreza, wypadkowa oczekiwań publiczności i mojej wizji artystycznej.
To połączenie okazuje się na razie strzałem w dziesiątkę. Pomysł na nowy Jarocin jest genialny w swojej prostocie: chodzi o zestawianie przeciwieństw w sposób, który czasami ociera się o brawurę. Bo jak inaczej nazwać ułożenie programu w ten sposób, by po harcersko piosenkowym
Happysad zagrali Bad Brains, legenda muzyki hardcorowej, a po Kaziku na Żywo eksperymentujący bez opamiętania Amerykanie z Animal Collective? Jak inaczej określić pomysł, by w tym samym dniu zagrali metalowi Acid Drinkers i melancholijni Editors?
Jednak w tym szaleństwie jest metoda. Festiwal w obecnym kształcie zachowuje łączność ze swoją przeszłością (koncert z okazji 30-lecia Tiltu), łamie bariery, miesza ze sobą różne publiczności, a dzięki niskim cenom biletów nie zmienia się w muzyczne strzeżone osiedle, miejsce tylko dla wybranych. Chyba tylko tutaj mogą się spotkać ze sobą bywalcy gdyńskiego Open'era i Przystanku Woodstock, ludzie, którzy na co dzień nie mają ze sobą kontaktu. Festiwal w Jarocinie to jedyna taka impreza, na której modny chłopiec słuchający indie może się dobrze bawić z dziewczyną w wytartym T-shircie hardcorowej Apatii. To się sprawdza - dowodem na to prawie 10 tysięcy sprzedanych biletów.
Jarocin to festiwal romantyczny, przywracający wiarę w to, że
muzyka może obronić się sama - bez grup focusowych, targetów i innej broni masowego rażenia z arsenałów agencji reklamowych. Michał Wiraszko narzeka trochę na brak strategicznego sponsora ograniczający możliwości finansowe imprezy - problem w tym, czy przyszły sponsor nie zabije jej specyficznego klimatu. Dużą popularnością wśród wielopokoleniowej publiczności cieszyły się w tym roku koszulki z nadrukiem "Dziecko Jarocina". Coś mi mówi, że T-shirt z napisem, powiedzmy, "Dziecko Coca-Cola Jarocin Festiwal" miałby raczej mniejsze wzięcie.
Artystycznie bardzo dobrze Tegoroczny Jarocin był jednak przede wszystkim wypełniony świetnymi koncertami. Utwory ze swojej planowanej na jesień trzeciej płyty zagrali Editors i to, co usłyszeliśmy, musi budzić szacunek. To zespół, który zaczynał od dość czytelnych inspiracji
Joy Division i tradycyjnym brytyjskim gitarowym graniem idzie teraz w zupełnie inną stronę. - Dość powiedzieć, że prawie zupełnie zrezygnowali z gitar. Ich nowe utwory to klaustrofobiczna mieszanka, skrzyżowanie Bauhausu, Kraftwerku i Depeche Mode z okresu płyty "Ultra". Mieszane uczucia wzbudził natomiast koncert legendarnych Bad Brains - fani byli co prawda zachwyceni, ale to, że wokalista był w naprawdę niezbyt dobrej formie, bardzo utrudniało odbiór. W sobotę świetnie wypadli Myslovitz (tłumy, jakie zgromadziły się pod sceną mimo potężnej ulewy, pokazują, kto na polskim rynku jest wciąż numerem jeden), New Model Army (zaczęli od "Here Comes the War" i już było wiadomo, że Justin Sullivan w ogóle się nie starzeje) i zjawiskowy Chris Corner z IAMX. Festiwal zakończył koncert Animal Collective.
Konkurs dla młodych kapel wygrał "faworyt bukmacherów", czyli zespół Rotofobia, grupa już rozpoznawalna na polskim rynku. Michał Wiraszko kładzie ogromny nacisk na to, by Jarocin ponownie stał się miejscem kreującym gwiazdy i na pewno wygrana Rotofobii jest z tego punktu widzenia trafnym posunięciem. Bo jeśli festiwal ponownie stanie się marką otwierającą drzwi do kariery, koło się zamknie i Jarocin mimo wszystkich zmian, jakie przechodzi, może ponownie stać się tym, czym był kiedyś - mekką dla młodych polskich kapel.