Donata Subbotko: Przy okazji śmierci Michaela Jacksona jesteśmy świadkami wielkiej pogrzebowej histerii. Jak to wytłumaczyć? Jacek Santorski, psycholog społeczny i biznesu: Wielką zbiorową niedojrzałością i tym, że tęsknimy za prawdziwymi emocjami.
Spotykamy się z tym zjawiskiem co jakiś czas. Księżną Dianę żegnało łącznie z telewidzami 2 mld ludzi - widać więc, że jest społeczne, kontynentalne zapotrzebowanie na idoli, którzy pomagają nam przeżywać uczucia w uproszczony sposób.
Czyli jak? - Wszyscy mamy podstawowe potrzeby, żeby odczuwać radość, smutek, żal i żeby je dzielić w rodzinie czy społeczności. Wielu ludziom brakuje jednak umiejętności takiego współżycia z ludźmi, żeby te emocje z nimi przeżywać. Dlatego ten potencjał realizuje się w świecie półwirtualnym - na pół wykreowanym, na pół realnym.
Chodzi o to, że trudniej jest nam pożegnać kogoś bliskiego niż ikonę popkultury. Kiedy odchodzi brat, rozpacza się po nim, ale być może czuje też ulgę, bo przestał nade mną dominować, albo kiedy bliska nam zmarła chorowała, myślimy, że wreszcie przestała się męczyć, choć z drugiej strony nam jej brakuje.
Uczucia w relacjach z osobami realnymi są więc złożone, trudne psychologicznie. Nieporadność wobec tych uczuć prowadzi to tego, że osoby niedojrzałe poszukują sytuacji prostszych, gdzie odczuwają tylko jedną emocję - np. nienawiść, co spotykamy na stadionach, albo uwielbienie, co spotykamy na pogrzebach takich jak ten Jacksona.
Chociaż tych uczuć, którymi obdarzany jest po śmierci, potrzebował przecież wtedy, kiedy żył i miał kłopoty. No, ale wtedy idol wymagał pewnego rodzaju dojrzałości, co ludzi zniechęcało, bo nie potrafią przeżywać złożonych emocji - to syndrom Piotrusia Pana, czyli wiecznie niedojrzałej osoby, którego zresztą ikoną był także sam Michael Jackson.
Za życia nie zawsze mówiliśmy o nim dobrze. Odchodząc, król odzyskał wielkość? - Człowiek emocjonalnie niedojrzały na przemian idealizuje i dewaluuje swoje obiekty. Człowiek dojrzały potrafi pomieścić w sobie podziw, szacunek, troskę i jednocześnie krytykę i dezaprobatę. Młode pokolenie szybko kogoś idealizuje, a potem - gdy obiekt traci równowagę - dewaluuje. A jeśli obiekt również nie jest dojrzały, to może swoim życiem takiemu procesowi pomagać.
Myślę, że Michael Jackson świetnie się wpisywał w rolę najpierw bohatera pozytywnego, a potem negatywnego. Teraz miała być faza powrotu, cykl koncertów, które miały być wyjściem z tej smugi cienia do obszaru światła.
Po jego śmierci ludzie zaczęli się spontanicznie schodzić, gromadzić - To atawizm. Prawdopodobnie w 99 proc. jesteśmy zwierzętami. Przetrwali ci nasi przodkowie, którzy w obliczu raptownych zmian grupowali się, a nie rozpierzchali. Łatwiej jest przeżywać wspólnie niż samotnie.
Wspólne przeżywanie uruchamia uczucia narkotyczne - jest takie pojęcie "dżumy emocjonalnej", które polega na tym, że w tłumie doświadcza się eskalacji emocji, czego jesteśmy teraz świadkami. W prawie narkotyczny sposób można doświadczać transu, którego trudno doświadczyć w pojedynkę czy w małym gronie.
Czy to, że chcemy być świadkami odejścia bohaterów, choćby pośrednio uczestniczyć w żegnaniu papieża, lady Diany czy Jacksona, świadczy jeszcze o czymś więcej? - Wspólne przeżywanie śmierci staje się ważniejsze niż śmierć, dramat człowieka, który - choć to daleko posunięte - składa nam swego rodzaju ofiarę. Kiedyś takie ceremonie odbywały się, gdy odchodził rzeczywisty przywódca stada, a teraz mieszamy autorytety z idolami.
Rzeczywistych liderów z pozornymi, choć w przypadku Jacksona mam poczucie, że swoją ciężką pracą przez całe życie dał więcej powodów, żeby wywołać taką psychozę niż np. księżna Diana, która oddawała się romansom i filantropii, a takich ludzi mamy przecież na świecie setki tysięcy. No, ale ona wcieliła się w idealny obiekt.
Czasem mamy kogoś, kto - jak to się mówi w żargonie - "dobrze przechodzi przez ekran" i nie ma do tego podstaw.
Chodzi też o rodzaj igrzysk dla ludu przy okazji tragedii? - No niestety. Po pogrzebie Jacksona histeria potrwa jeszcze parę dni, będą wspomnienia, na aukcjach jakieś pamiątki, a potem o nim zapomnimy.
Więc to nie jest początek budowania legendy? Może niedługo dowiemy się, że wcale nie umarł, że gdzieś żyje - nieśmiertelny tak, jak sobie marzył? - Dobry film ma nie więcej niż dwa punkty zwrotne. Może będzie jeszcze jakaś próba wskrzeszenia Jacksona, zorganizowana, żeby ukręcić na nim biznes, ale potem wszystko wróci na swoje miejsce. Tak było z Johnem Lennonem, Elvisem Presleyem, Marilyn Monroe, Kurtem Cobainem... Zostanie tylko wspomnienie po wybitnej gwieździe pop.
A tęskniące za emocjami masy poszukają sobie kolejnej ikony? - Tak. Są osoby, które tworzą rodzaj enklawy dla tych naszych tęsknot. Za jakiś czas film o kolejnym po Jacksonie półbogu wyświetli się na innym ekranie. Ktoś następny weźmie na siebie ten ból - bo ci, co są bliżej takich ludzi, wiedzą, że bilans ich szczęścia i nieszczęścia nie jest wcale taki pozytywny.