http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Być jak Morrissey

Robert Sankowski
2009-07-06, ostatnia aktualizacja 2009-07-06 08:59

We wtorek, 7 lipca, w Warszawskiej Stodole, pierwszy polski koncert legendy brytyjskiej muzyki

Morrissey na festiwalu w Reading w 2004 roku
Fot. YUI MOK AP
Morrissey na festiwalu w Reading w 2004 roku
Morrisey nadal imponuje głosem
Morrisey nadal imponuje głosem
Hello, we are Morrissey - rzuca do mikrofonu na powitanie. Trudno wyczuć, czy jest na tyle skromny, że swoje nazwisko - którego od początku kariery używa bez imion Steven Patrick - rozciąga na towarzyszących mu muzyków, aby zasugerować, że mamy do czynienia z zespołem, którego on jest tylko jednym z członków, czy może raczej przeciwnie - na tyle zadufany, żeby mówiąc o sobie, używać pluralis maiestatis.

To drugie nie byłoby bezzasadne, bo Morrissey jest niekoronowanym monarchą brytyjskiej muzyki pop. Mało kto na trudnej brytyjskiej scenie - słynącej z kapryśnych i podatnych na sezonowe mody fanów i najbardziej bezwzględnej prasy muzycznej na świecie - może pochwalić się tak silną i niezmienną pozycją. Jego kapela z lat 80. The Smiths od ćwierć wieku wygrywa w plebiscytach na najważniejszy brytyjski zespół, od pewnego czasu dystansując Beatlesów. Nie gorzej radzi sobie on sam, odkąd w roku 1987 rozpoczął po rozpadzie grupy karierę solową. - Wielu artystów dopiero po śmierci doczekało się uznania i pozycji, które stały się jego udziałem już za życia - napisał o Morrisseyu "The Independent".

Uniwersytet w irlandzkim Limerick zorganizował ostatnio konferencję naukową poświęconą jego tekstom. O czym śpiewa Morrissey? "Zbrodnie na dzieciach, bieda klasy pracującej, samobójstwo, przemoc na stadionach, choroby psychiczne, skorumpowana policja, okrucieństwo wobec zwierząt, pedofilia, rasizm, śmierć, utrata wiary" - wyliczył niedawno "Guardian". To przede wszystkim za sprawą tekstów - przewrotnych i inteligentnych, pełnych specyficznego smutku i gorzkiego humoru - w których nawet największej życiowej porażce potrafi nadać romantyczny powab, Morissey przemawia do wyobraźni kolejnych pokoleń fanów i wpływa na światową popkulturę.

Powieść "Inny chłopiec" Willy'ego Russella napisana jest w formie listów do Morrisseya. Książki brytyjskiej artystki komediowej Jo Brand "The More You Ignore Me, the Closer I Get" czy kanadyjskiego pisarza Douglasa Copelanda (tego od "Pokolenia X" i "Poddanych Microsoftu") "Girlfriend in a Coma" swoje tytuły zawdzięczają jego piosenkom. Zresztą i w Polsce mamy taką inspirację - tytuł filmu "Głośniej od bomb" Przemysława Wojcieszka to tłumaczenie tytułu płyty The Smiths "Louder Than Bombs".

Gdy parę tygodni temu Morrissey obchodził 50. urodziny, na temat jego dokonań entuzjastycznie wypowiadali się twórcy tak różni jak Bono, Michael Stipe, Noel Gallagher, Rufus Wainwright, a nawet autorka "Harry'ego Pottera" J.K. Rowling. Przy tej samej okazji "The Guardian" wyliczył brytyjskich artystów i produkty tamtejszej popkultury, z których Morrissey czerpał, tworząc swój charakterystyczny styl - to Virginia Woolf, Sandie Shaw, George Eliot, soap opera "Coronation Street" oraz seria komediowa "Carry On".

W latach 80. Morrissey zaciekle atakował rząd Margaret Thatcher, ostatnio - George W. Busha. Jest zdeklarowanym wegetarianinem i orędownikiem praw zwierząt. Wszystko to mogłoby lokować go wśród artystów o lewicowych poglądach. Ale Morrissey potrafi być też radykalnym konserwatystą - zwłaszcza gdy chodzi o obronę brytyjskiej tradycji i kwestie polityki imigracyjnej Wielkiej Brytanii. Oskarżano go nawet o rasizm, gdy w magazynie "New Musical Express" oznajmił, że reggae jest obrzydliwe. Po latach wyjaśniał: "Powiedziałem to, żeby wkurzyć ludzi. Dziś mam fajniejsze hobby. Na przykład jazdę na rowerze".

Od lat skutecznie zwodzi fanów i media co do swojej seksualnej orientacji. W czasach The Smiths deklarował się jako zwolennik celibatu, którego seks nie pociąga. Choć w tekstach i image'u flirtuje z gejowską estetyką, obruszył się, gdy w latach 80. amerykański magazyn "Rolling Stone" nazwał go gejem. Kilka lat temu przyznał, że żyje w stałym związku, ale odmówił deklaracji - z kobietą czy z mężczyzną. Jego ambiwalentna seksualność trafiła nawet do Encyklopedii Britannica. "Stworzył fascynująco sprzeczną postać, która uczyniła go osobliwym obiektem westchnień" - stwierdza to nobliwe wydawnictwo w haśle poświęconym The Smiths.

W nagranej dwie dekady temu piosence "Get Off the Stage" Morrissey atakował ówczesne rockowe dinozaury. Dziś jako 50-latek jest starszy od wielu obiektów tamtych kpin. Niedawno deklarował, że po pięćdziesiątce zamierza przejść na artystyczną emeryturę. Ale czy Morrissey kiedykolwiek mówi to, co naprawdę myśli? - Nie mam 50 lat! - wołał ostatnio do publiczności, która zaczęła mu na koncercie śpiewać "Happy Birthday". - Mam 49!

Morrissey razy cztery, czyli najważniejsze płyty Mistrza

The Queen Is Dead (1986)

Trzecia, powszechnie uważana przez krytyków za najlepszą, płyta The Smiths. Świetna prezentacja stylu grupy, na który składała się tradycja brytyjskiego popu i rocka przemieszanych w idealnych proporcjach z ówczesnym postpunkiem oraz indie rockiem. A także kolekcja przebojów muzyki niezależnej w rodzaju "Bigmouth Strikes Again", "The Boy with the Thorn in His Side" czy "There Is a Light That Never Goes Out".

Viva Hate (1988)

Debiutancki solowy album Morrisseya, którym rozwiał obawy fanów i krytyków o losy ich ulubionego wokalisty pozbawionego wsparcia gitarzysty Johnny'ego Marra - nadwornego kompozytora The Smiths oraz twórcy brzmienia zespołu. Zdecydowanie bardziej popowa i tradycyjna niż nagrania The Smiths, ale za to z tak świetnymi utworami, które na stałe weszły do koncertowego repertuaru Morrisseya, jak "Every Day Is Like a Sunday" i "Suedehead".

Vauxhall And I (1994)

"Ze wszystkich solowych płyt Morrisseya ta najbardziej przypomina brzmieniem jego dawny zespół" - pisze serwis internetowy allmusic.com. Być może powrót do dawnych brzmień to efekt decyzji Morrisseya, który "Vauxhall And I" zamierzał podsumować swoją działalność i po wydaniu płyty zakończyć karierę. Ostatecznie zmienił zdanie, dzięki czemu pochodzący z albumu utwór "The More You Ignore Me, the Closer I Get" nie jest ostatnim przebojem w jego dyskografii

Years of Refusal (2009)

Najnowszy album wokalisty, w ramach promocji którego przyjeżdża do Polski. Po kilku mniej przekonujących płytach powrót do wysokiej formy - album zaskakująco mocny, wyrazisty i rockowy, w kilku piosenkach łączący gitarowe brzmienie z meksykańską sekcją instrumentów dętych (ukłon artysty w kierunku uwielbiającej go latynoskiej publiczności?), a w sumie to, za co fani kochają Morrisseya najbardziej - porcja chwytliwych i zarazem pełnych melancholii piosenek.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':