Dorota Jarecka: - W 1970 r. wyjechał pan z Polski do Niemiec. Rok później fotografował pan Josepha Beuysa, jednego z twórców rewolucji artystycznej przełomu lat 60. i 70., najsłynniejszego niemieckiego artystę XX w. Jak go pan poznał?
Tadeusz Rolke: Znajomy z tygodnika "Stern" dał mi kontakt do agencji reklamowej w Bonn. Zatrudnili mnie jako freelancera, robiłem zdjęcia dla ich serwisu prasowego, potem spytali, co sam chciałbym zrobić. Chciałem fotografować najwybitniejszych artystów, bo to samo robiłem w Polsce. Zrobili mi listę, byli na niej m.in. Gerhard Richter i Beuys.
Beuys to był wizjoner, miał lewicowe poglądy, wyrzucono go z Akademii, w Düsseldorfie założył "biuro bezpośredniej demokracji". Poszedłem tam, ale to było wizualnie nieciekawie, więc wyszliśmy na ulicę, oparł się o maskę volkswagena. Miałem na to zaledwie pół godziny, prawie nie rozmawialiśmy. Lepiej poznałem Wolfa Vostella. Pojechałem do Stuttgartu, gdzie robił scenografię "Hamleta". Spotkałem go potem w Hamburgu, jedliśmy kolację z grupą znajomych, pokazałem mu zdjęcie, powiedział: "5 procent geniuszu".
Dużo czy mało?
- Chyba dużo. Vostell to była niesamowita postać. Miał pejsy, chodził w chałacie, wokół niego zawsze był tłum ludzi. Był artystą Fluxusa, już wtedy znanym. Wie pani o jego akcji w pociągu? Zrobił wagon towarowy, w środku swoją instalację, jakby pracownię mieszkanie, ten wagon jeździł po całych Niemczech i był wystawiany na dworcach.
Co panu dało spotkanie z takimi artystami?
- Z Polski, gdzie działało zaledwie kilka awangardowych galerii, jak Foksal w Warszawie czy Pod Moną Lizą we Wrocławiu, wszedłem w ogromny świat wspaniałych wolnych ludzi. Nie było mowy o tym, czy pozwolą, w ogóle nie było mowy o pieniądzach. W Stuttgarcie np. odbywała się akcja "Kunst im Buro": do nowoczesnego, oszklonego biurowca wprowadziło się 25 artystów i ja przez kilka dni to fotografowałem. Po PRL to był kosmos!
Jak to się stało, że zaczął pan fotografować właśnie sztukę i artystów?
- Wszedłem w to środowisko w połowie lat 50. Pracowałem dla tygodnika "Stolica", który miał kolumnę poświęconą wizytom u artystów plastyków. W ten sposób spotkałem m.in. Henryka Stażewskiego i Ewę Łunkiewicz. Wkrótce potem zaczęła funkcjonować Galeria Krzywego Koła w Warszawie prowadzona przez Mariana Bogusza, gdzie poznałem Alfreda Lenicę, Zbigniewa Dłubaka, zaprzyjaźniłem się z Aliną Szapocznikow. Jeździłem do Krzysztoforów w Krakowie, gdzie przy stoliku siedzieli Tadeusz Kantor, Kazimierz Mikulski i Jerzy Nowosielski, byłem u Tadeusza Brzozowskiego w Zakopanem. Galerię Bogusza zamknęli, ale niedługo potem otwarto Galerię Foksal, gdzie też się zjawiłem. Prócz awangardy poznawałem też np. malarzy realistów, ale to nie był mój świat.
Pan studiował historię sztuki.
- Przerwaną więzieniem. Była w Warszawie grupka skupiona wokół absolwenta Szkoły Głównej Handlowej, który napisał pracę "Uniwersalizm gospodarczy" - to było coś w rodzaju titoizmu, koncepcja "trzeciej drogi", uznano ją za niesłychanie niebezpieczną dla reżimu. Nigdy tego nie czytałem, spotkałem się z nimi zaledwie kilka razy, ale wszyscy, którzy byli u autora w notesie, zostali aresztowani i oskarżeni o przynależność do nielegalnej organizacji, co było zagrożone karą od pięciu lat więzienia do kary śmierci. Dostałem siedem lat. Wyszedłem po dwóch.
Źródło: Gazeta Wyborcza