"Coco Chanel" Anne Fontaine traktuje o tym, jak słynna projektantka mody Gabrielle - zwana Coco - Chanel (1883-1971) dopiero dociera do bram wielkiej kariery (dlatego w oryginale nazywa się to "Coco przed Chanel"). Najciekawsze jest w tym filmie powielenie schematu rodem z XIX-wiecznej powieści o ciężkiej doli kobiety, która jest ambitna i zdolna, ale rzeczywistość, w której tkwi, nie daje jej szans, by się wybić.
Coco (Audrey Tautou) to półsierota wychowana u sióstr. Trochę szyje, trochę śpiewa w lokalu w duecie z siostrą (Marie Gillain). Punktem zwrotnym w jej życiu okazuje się spotkanie z arystokratą Étienne'em Balsanem (świetny Benoit Poelvoorde), hodowcą koni i bon vivantem.
Ten robi z niej kochankę, przyjmuje u siebie, jednak każe jej jadać ze służbą, nie zaprasza na przyjęcia, które urządza. Coco musi zapomnieć o dumie - gdy Balsan wyrzuca ją drzwiami, ona wraca oknem. Ich relacja jest pokrętna, a przez to ciekawa: on nią niby pomiata, a może też równocześnie kocha. Sytuację Coco, a także jej siostry, która jest kochanką innego bogacza, ale jego rodzina nie zgadza się na ich ślub, celnie oddaje scena na wyścigach konnych. Obie zostają tu przywiezione przez swych partnerów, tyle że żadna nie wstępuje na trybunę, gdzie siedzi lepsze towarzystwo.
Pozostałe motywy z fabuły Fontaine zawodzą, zwłaszcza ten nieznośnie melodramatyczny, o miłości Coco do Anglika Arthura "Boya" Capela (Alessandro Nivola), pomijając to, że Boy też się "prostytuuje", żeby żyć na poziomie, jaki mu odpowiada. Najdziwniejszy w tym filmie jest jednak sposób użycia gwiazdy. Audrey Tautou, niezapomniana Amelia, jest nawet podobna do Chanel, ale jej rolę ustawiono tak, że nie może wykorzystać swego największego atutu - wdzięku. Coco jest bowiem naburmuszona, z zaciśniętymi ustami, ciągle nie ma się za bardzo z czego cieszyć.
Powody do radości daje za to komedia Kevina Smitha "Zack i Miri kręcą porno". Traktuje o dwójce kumpli - Zacku Brownie (Seth Rogen) i Miriam Linky (Elizabeth Banks) - którzy dzieląc wspólne mieszkanie, popadają w finansowe tarapaty. Z tegoż powodu wyłączają im prąd, zakręcają wodę, a jest akurat dość chłodno, gdyż nadciąga zima. Zack i Miri postanawiają się odkuć. Jak? Kręcąc amatorskie porno z własnym udziałem i wrzucając je do internetu.
W tym filmie, jak to zwykle w fabułach Smitha, najwięcej jest gadania i to właśnie w nim jest najbardziej obrazoburcze, zwłaszcza że gadanie dotyczy seksu. Zgrabnie i bezpretensjonalnie wypada tu też werbowanie reszty ekipy: kamerzysty, producenta, który wyłoży forsę, i pozostałych "pornogwiazd", hojnie wyposażonych przez naturę. A ponieważ bohaterowie chcą nakręcić film, który tytułem nawiązywałby do znanego dzieła z normalnego kina - co stanowiłoby wabik na widzów - na ekranie pada mnóstwo świńskich przeróbek różnych tytułów.
Te mniej lub bardziej śmieszne pomysły zdają się jednak na nic, gdy film mniej więcej w połowie zaczyna dryfować w stronę niebezpiecznie przewidywalnej komedii romantycznej. Bohaterowie odkrywają, że coś ich łączy, i to coś trudno pogodzić z kręceniem pornosa. Znaczące jest także to, że aby być politycznie poprawnym, a może żeby z tejże politycznej poprawności zakpić, Smith jako przystojnego geja zaangażował tu Brandona Routha, nowego odtwórcę roli Supermana.
Źródło: Gazeta Wyborcza