http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kultura to koło zamachowe gospodarki

Rozmawiała Dorota Jarecka
2009-06-19, ostatnia aktualizacja 2009-06-18 17:15

Mam poczucie, że jeżeli jakieś pieniądze na kulturę w Polsce były, to myśmy każdą złotówkę już dawno wytropili i wydali - mówi Joanna Mytkowska, dyrektor Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

Joanna Mytkowska, dyrektorka Muzeum Sztuki Nowoczesnej
Fot. Jerzy Gumowski / AG
Joanna Mytkowska, dyrektorka Muzeum Sztuki Nowoczesnej
Dorota Jarecka: Czy kultura potrzebuje reformy?

Joanna Mytkowska: Oczywiście, dużo powinno się zmienić. Biurokracja ciągle trzyma nas ostro w karbach. Nawet te instytucje publiczne, które w ostatnim dwudziestoleciu dokonały wysiłku przejścia na nowoczesny sposób zarządzania, są zmuszane do funkcjonowania według dwóch wykluczających się reguł.

Z jednej strony mamy roczny, przyznawany w ostatniej chwili budżet. Z drugiej - ogranicza nas prawo o zamówieniach publicznych, które wymaga precyzyjnego planowania do przodu. Trzeba bowiem z dużym wyprzedzeniem urządzać przetargi na każde zadanie, którego koszt przekracza 14 tys. euro. W ten sposób tracimy mobilność, mnóstwo czasu i pieniędzy, nie wspominając nawet o konkurencyjności czy grze rynkowej. Przydałby się co najmniej trzyletni system rozliczeniowy oraz wyłączenie części działalności kulturalnej z prawa o zamówieniach publicznych, albo znaczne podniesienie wysokości sumy, od której należy urządzać przetargi. O taką reformę bym walczyła.

Zgadzam się z prof. Hausnerem, że potrzebny jest większy udział organizacji obywatelskich: stowarzyszeń i fundacji w organizowaniu życia kulturalnego. Jednak zarejestrowanie takiej organizacji trwa w Polsce co najmniej kilka miesięcy. Towarzystwo Przyjaciół Muzeum Sztuki Nowoczesnej czekało na rejestrację osiem miesięcy.

Jerzy Hausner proponuje większy udział rynku, prywatnego biznesu, mniejsze dotacje na kulturę ze środków publicznych.

- Obawiam się, że ten punkt jego programu spotka się z ostrą krytyką. My często jesteśmy stawiani w sytuacji niemożliwej. Np. teraz finansowane z budżetu państwa instytucje narodowe, do których należy Muzeum Sztuki Nowoczesnej, nie mają prawa startować w organizowanych przez Ministerstwo Kultury konkursach na dofinansowanie projektów. Ministerstwo miało na to wyznaczyć specjalne środki, ale tego nie zrobiło. I tak z dnia na dzień straciliśmy znaczną część naszych budżetów, a mamy zaplanowane wystawy, spektakle czy koncerty.

Można starać się o środki pozarządowe, prywatne, europejskie.

- Ale my to robimy. W Muzeum Sztuki Nowoczesnej to około jednej trzeciej naszego budżetu. Dużo instytucji w ten sposób już działa. I mam poczucie, że jeżeli jakieś pieniądze były w Polsce na kulturę, to myśmy każdą złotówkę już dawno wytropili i wydali. Rynek w Polsce jest płytki, mało jest sponsorów prywatnych, jeśli biznes na coś wydaje dodatkowe środki, to na dobroczynność - z powodu biedy, jaka panuje w naszym kraju.

Słuszna jest propozycja prof. Hausnera, by uruchamiać coraz więcej nowoczesnych mechanizmów rynkowych, wprowadzać ulgi podatkowe dla sponsorów. Do zmiany jest też 22-procentowy VAT na obrót dziełami sztuki, najwyższy w Europie. Ale nierealistyczne jest myślenie, że reforma natychmiast i radykalnie poprawi sytuację i uwolni budżet państwa od odpowiedzialności za kulturę.

Jak to działa na świecie?

- W Europie publiczne instytucje kultury mają zapewnione stałe, długoletnie dotacje na podstawowe funkcjonowanie. Idealny jest model, w którym jedna trzecia budżetu pochodzi od państwa, regionu lub miasta, jedna trzecia jest wynikiem działalności gospodarczej (bilety, wynajem pomieszczeń), a reszta od sponsorów.

Trzeba jednak pamiętać o wielowiekowej tradycji mecenatu zachodnioeuropejskiego, o stowarzyszeniach wspierających instytucje kultury nieprzerwanie od XIX wieku. W Polsce to poczucie obywatelskiego zaangażowania w kulturę dopiero się zaczyna.

Czy w jakimś kraju instytucje kultury utrzymują się bez pomocy rządu?

- W USA prawie nie ma instytucji publicznych i wszystko utrzymują obywatele. System ten opiera się na 200-letniej tradycji filantropii oraz ogromnym rozwarstwieniu majątkowym. Za kulturę płacą bogate elity - model chwilowo niemożliwy do zaszczepienia w Polsce.

U nas wydatki na kulturę - rządowe, samorządowe i gospodarstw domowych - mają spaść o 2-3 proc. w ciągu najbliższych dwóch lat.

- W czasach kryzysu rządy i samorządy w Europie, np. w Niemczech i we Francji, zwiększyły budżety na kulturę. Bo nowoczesne rynkowe myślenie o kulturze nie polega tylko na postulacie, że ma ona sama się finansować, ale na uznaniu opłacalności inwestycji w kulturę. Uważa się, że to jest koło zamachowe gospodarki. Wprowadza ruch, innowację, zmianę, szybko tworzy nowe idee, potrzeby - a więc w konsekwencji miejsca pracy.

W Polsce latami nie inwestowano w nowoczesną infrastrukturę, rozwój czy planowanie. W ostatnim dwudziestoleciu powstały tylko dwie nowe przestrzenie wystawiennicze. Reszta to adaptacje i prowizorki. A kultura jest jedną z nielicznych szans Polski na otwarcie się i zaistnienie w świecie. Wątpię, żeby drobne oszczędności, które można tu poczynić, pokryły straty, jakie takie oszczędzanie może przynieść.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':