http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jeden dzień z Hłaską

Rozmawiał Tadeusz Sobolewski
2009-06-13, ostatnia aktualizacja 2009-06-12 18:31

Polański przyjmował wszystko, co mu dawał Komeda, a wszystko, co mu dawał Hłasko, odrzucał, więc tak by wyglądało zdjęcie Kaina z Ablem, gdyby ich w swoim czasie sfotografowano. (Od lewej: Marek Hłasko, Krzysztof Komeda-Trzciński)
Polański przyjmował wszystko, co mu dawał Komeda, a wszystko, co mu dawał Hłasko, odrzucał, więc tak by wyglądało zdjęcie Kaina z Ablem, gdyby ich w swoim czasie sfotografowano. (Od lewej: Marek Hłasko, Krzysztof Komeda-Trzciński)
Fot. Marek Niziński / Wiadomości londyńskie

14 czerwca mija 40. rocznica śmierci Marka Hłaski. - Nasze pierwsze spotkanie było bezsłowne, na schodach, na balu sylwestrowym w Związku Literatów w 1955. Ale po miesiącu już komitywa, całodobowy raj - z Henrykiem Berezą rozmawia w kawiarni Czytelnika Tadeusz Sobolewski

Jego opowiadania, publikowane w prasie od 1954, wyłamywały się z kanonu socrealizmu. "Pierwszy krok w chmurach" (1956) był najważniejszym debiutem prozatorskim pokolenia. "Otworzył nam oczy - pisał Henryk Grynberg. - Odtąd każdy chciał być Hłaską".

"W polskiej literaturze dziesięciolecia - pisał Hłasko w 1956 - jest dlatego tak niewiele wartości, że tak mało jest w niej prawdziwych cierpień, bólu i klęsk, jakie poniósł w tym czasie człowiek. Czytelnik (...) nie dowie się, jak wyglądał miłosny obłęd w sześciolatce, jak wyglądała prawdziwa ludzka nienawiść w okresie budowy socjalizmu".

Przypominał z twarzy Jamesa Deana. Jego literackimi idolami byli: Dostojewski, Faulkner, Hemingway. Ulubiona książka - "Popiół i diament" Andrzejewskiego. Ulubiony film - "Niepotrzebni mogą odejść" Carola Reeda. W latach 1957-58 powstało w Polsce kilka filmowych adaptacji jego utworów: "Spotkania" w reż. Lenartowicza (jedna z nowel), "Pętla" Hasa, "Ósmy dzień tygodnia" Forda, "Baza ludzi umarłych" Petelskiego (bez nazwiska Hłaski w czołówce).

W 1957 r. dostał w Warszawie Nagrodę Wydawców i stypendium Ministerstwa Kultury na wyjazd do Francji. Cofnięto mu je, ale zdążył wyjechać. Zmuszany do powrotu - odmówił. Gdy "Kultura" Giedroycia wydała jego "Cmentarze" i "Następnego do raju", Hłasko stał się w kraju autorem wyklętym. Żył w Niemczech, Hiszpanii, Izraelu, USA. Zmarł w Wiesbaden 14 czerwca 1969 w wyniku przedawkowania leków, mając 35 lat. W 1975 pochowano go na warszawskich Powązkach. Jego najważniejszą książką wydaną na emigracji byli "Piękni dwudziestoletni" (1966).

Rozmowa z Henrykiem Berezą

Henryk Bereza: ...wczoraj - to było dla mnie ciężkie przedsięwzięcie - zajrzałem do schowka, gdzie leży część moich hłaskowskich pamiątek. I odkryłem maszynopis "Cmentarzy", który Marek mi wręczył w 1957. To było na Nowolipkach, w mieszkaniu Janka Rojewskiego, gdzie Marek czasowo mieszkał. Zaprosił Agnieszkę Osiecką i mnie. Wręczył jeden egzemplarz Agnieszce (miała zawieźć go do Giedroycia) i dwa mnie.

Tadeusz Sobolewski: "Cmentarze" były panu dedykowane?

- Tak, w jednym egzemplarzu ręcznie, w drugim na maszynie. Potem Marek wycofał tę dedykację z druku w "Kulturze", żeby mi nie zaszkodzić. Na egzemplarzach, które mi zostały, są ręczne poprawki. Mogła je robić Halszka Wilczkowa, szefowa redakcji literackiej w Czytelniku, który był wtedy gigantyczną firmą. Wilczkowa Markowi matkowała. Znał także Jana Wilczka, wiceministra kultury, autora pierwszej powieści produkcyjnej "Numer 16 produkuje".

Razem z Hłaską miał pan jechać do Paryża w 1958.

- Dostałem z ministerstwa takie samo stypendium, które później zostało zablokowane. Kiedy wyjechał, umawialiśmy się na telefon o określonej porze właśnie u Halszki Wilczkowej na Narbutta, albo u zaprzyjaźnionego pisarza Krzysztofa Gruszczyńskiego.

Wtedy, w 1957, Hłasko wierzył, że jego kolejne książki przejdą przez cenzurę w kraju?

- Nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, co może być. Toczyła się o to wojna. Były precedensy, że nawet publikacja w "Kulturze" nie zamykała drogi pisarzom w kraju. Ale w 1957 "Cmentarze" wciąż były niegotowe. "Kultura" naciskała. Musiałem w rozmowach telefonicznych z Kotem Jeleńskim tłumaczyć Marka. Miałem mówić, że nie może rozmawiać, bo właśnie jest umierający.

Był pan pierwszym czytelnikiem jego utworów?

- Raczej słuchaczem, bo on opowiadał mi swoje pomysły. Sam proces pisania był dla niego finałem pracy. Opowiadania układał w głowie, udoskonalał poszczególne kwestie. Pamiętam dziesiątki rozmów. W Kazimierzu, w Domu Architekta, siedział chyba pół roku. Pojechał tam bez uzgodnienia ze mną.

A musiał uzgadniać?

- Takie były między nami zasady. Ale może źle się wyraziłem. On jak gdyby na przekór mnie pojechał do Kazimierza. Najpierw z Andrzejem Romanem, dziennikarzem, opisywanym w wielu jego opowiadaniach. Potem przyjechała do niego Osiecka. A potem zadzwonił do mnie i powiedział, że mam natychmiast jechać do Kazimierza, że już to załatwił z Wackiem, szoferem Związku Literatów. I ja to wykonałem. I siedziałem ponad dwa miesiące w Kazimierzu. Pisał wtedy "Następnego do raju".

Chciał pana mieć przy pisaniu?

- W tym czasie, pamiętam, nie wziął kieliszka wódki, mimo przyjaźni z mężem szefowej SARP-u, legendarnym partyzantem, cudownym człowiekiem - wiem, bo obydwaj zaprzyjaźniliśmy się z nim i z jego psem, który też był legendarny.

Czy pan go chronił? Miał pan nad nim władzę, tak jak on nad panem?

- Dopóki go nie odstawiłem do mieszkania albo do meliny, że tak powiem, czyli do Halszki, do Olimpii Grochowskiej, redaktorki, u której przemieszkiwał [Bereza ścisza głos: ona tu właśnie siedzi...], czy do Janka Rojewskiego, miałem poczucie odpowiedzialności za niego. On za mnie raczej nie miał.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy