http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

20 lat z cenzurą?

Roman Pawłowski
2009-06-04, ostatnia aktualizacja 2009-06-04 10:20

Dziś, 4 czerwca w samo południe Sąd Rejonowy w Gdańsku ma ogłosić wyrok w procesie przeciwko Dorocie Nieznalskiej, artystce z Trójmiasta. Po siedmiu latach, dwóch procesach i blisko 40 rozprawach dowiemy się, czy jej praca "Pasja" obraża uczucia religijne i czy można ją prezentować publicznie.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Nie wiem, czy sędzia Marcin Kradziecki świadomie wyznaczył rozprawę w rocznicę wyborów z 1989 r., czy też tak wypadło z sądowego grafika. Ale wszystko, co zostanie powiedziane na sali sądowej, będzie interpretowane przez pryzmat historii ostatnich 20 lat. Jednym z kluczowych osiągnięć polskiej bezkrwawej rewolucji było bowiem zniesienie cenzury i zagwarantowanie wolności słowa i twórczej ekspresji.

Obywatelska Inicjatywa Indeks 73 powołana do obrony art. 73 polskiej konstytucji zarejestrowała i udokumentowała prawie 100 przypadków naruszenia gwarantowanej w tym artykule wolności twórczej po 1989 r. Cenzurowaniem sztuki zajmowali się urzędnicy samorządowi i posłowie, działacze organizacji katolickich i dyrektorzy instytucji kultury. Różne były pobudki: jedni czynili to z przekonania, inni ze strachu, jeszcze inni - z "interesu publicznego". Wszystkich łączyła obawa przed podjęciem dyskusji z dziełem sztuki.

Cenzurowano dzieła wybitne i takie sobie, od spektakli w Teatrze Wielkim po wystawę T-shirtów. Czasem cenzura przybierała formę groteskową, jak w Bielsku-Białej, gdzie miejscowy notabl kazał usunąć z miejskiej galerii instalację czeskiego artysty Davida Czernego przedstawiającą Saddama Husajna w akwarium, ponieważ uznał, że dyktator jest za bardzo do niego podobny. W Słupsku w 2005 r. radni PiS domagali się zdjęcia z afisza miejscowego Teatru Lalek spektaklu "O dwóch takich, co ukradli księżyc" Kornela Makuszyńskiego, ponieważ ich zdaniem była to próba ośmieszenia braci Kaczyńskich "w okresie kształtowania się nowego rządu i zaprzysiężenia prezydenta".

Artystom nie było do śmiechu, kiedy ich wieloznaczne prace redukowane były do jednego, skandalizującego wymiaru. Nie ma co ukrywać, aktywne były tu też niektóre media, szczególnie brukowce, które szukały w galeriach i teatrach sensacji i sztucznie kreowały kontrowersje. Także politycy - dla LPR akcje przeciw galeriom stały się darmową reklamą i trampoliną do politycznej kariery.



Piramida histerii

Zaczęło się niewinnie, od protestów przeciwko pracy dyplomowej na ASP w Warszawie. W 1993 r. Katarzyna Kozyra pokazała rzeźbę zbudowaną z wypchanych zwierząt: konia, psa, kota i koguta, ustawionych jedno na drugim. Inspiracją była baśń braci Grimm "Czterej muzykanci z Bremy" o domowych zwierzętach, które postanowiły uciec do miasta i zostać muzykantami, aby uniknąć śmierci z rąk swych właścicieli. Kozyra sama wybrała zwierzęta, asystowała przy ich zabijaniu i preparacji. Wideo z usypiania konia włączyła do instalacji, którą zatytułowała "Piramida zwierząt".

Promotor studentki, profesor Grzegorz Kowalski złapał się za głowę, ale poparł projekt. - Musiałem to zaakceptować. To była jej decyzja zgłębienia problemu śmierci - wspominał po latach.

Kozyra miała powody, aby zająć się tym tematem - lekarze zdiagnozowali u niej nowotwór złośliwy. A publiczność? "Czy na tej drodze mamy wkrótce doczekać się wystawy abażurów z tatuowanej ludzkiej skóry?" - pytali członkowie Związku Polskich Artystów Plastyków w liście do ASP. Ówczesna felietonistka "Wprost" Aleksandra Jakubowska nazwała Kozyrę "jednostką patologiczną" i proponowała, aby zajęli się nią lekarze. Przeciwko pokazywaniu śmierci konia protestowało także Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami, mimo że Kozyra zabrała zwierzę z rzeźni, gdzie zostałoby i tak zabite, i to w mniej humanitarnych warunkach.

Urzędnicy resortu kultury zasugerowali rektorowi ASP, by określił "zasady wolności ekspresji artystycznej". W sprawie Kozyry zwołano nadzwyczajną radę wydziału rzeźby, jednak profesorowie nie poddali się presji i stanęli w obronie artystki.

Nowa awantura wybuchła sześć lat później w Gdańsku, gdzie "Piramidę zwierząt" zaprezentowała galeria Łaźnia. Działacze TOZ złożyli donos na policji. I chociaż prokuratura nie dopatrzyła się złamania prawa, to jednak dyrektorka galerii Aneta Szyłak musiała odejść w wyniku medialnej nagonki.



Holocaust i klocki

W 1997 r. Zbigniew Libera zbudował z popularnych klocków model nazistowskiego obozu koncentracyjnego, z barakami, drutami i wieżyczkami strażniczymi, a nawet komorami gazowymi. Do roli więźniów wykorzystał figurki kościotrupów z popularnej serii "Piraci", rolę esesmanów zagrały czarne figurki policjantów z pałkami. Wszystko sfotografował i umieścił zdjęcia na pudełkach z charakterystycznym logo.

Praca "Lego. Obóz koncentracyjny" miała uświadamiać przepaść pomiędzy idealnym światem sprzedawanym dzieciom a rzeczywistością wykreowaną przez dorosłych. Pokazywano ją bez problemów w Polsce, Niemczech i USA. Dopiero w Danii wybuchł skandal, firma Lego chciała pozwać artystę do sądu, jednak w efekcie burzliwej kampanii prasowej odstąpiła od procesu. Kolejny skandal wybuchł w Wenecji, kiedy kurator polskiego pawilonu na biennale Jan Stanisław Wojciechowski zażądał wycofania pracy w obawie przed oskarżeniami o antysemityzm. Libera, który miał pokazać na Biennale także inne prace, w proteście wycofał się całkowicie z udziału.

Nie były to pierwsze problemy Libery z cenzurą. Jeszcze w stanie wojennym artysta odsiedział półtora roku w więzieniu za druk i kolportaż nielegalnych wydawnictw (projektował m.in. ulotki przeciw pacyfikacji kopalni Wujek w grudniu 1981 r.).



Żegnajcie w życiu

O ile w przypadku prac Kozyry i Libery ich przeciwnicy powoływali się na dobro publiczne i interes społeczny, o tyle w sprawie filmu Henryka Dederki "Witajcie w życiu!" (1997) zadziałał interes jednej korporacji. Amerykańska firma sprzedaży bezpośredniej Amway zablokowała emisję dokumentu przedstawiającego w krytycznym świetle jej metody działania. Dederce i producentom filmu: łódzkiej firmie Contra Studio i TVP wytoczono sześć procesów m.in. o ochronę dóbr osobistych i podawanie nieprawdziwych informacji.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 29 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':