Na początek, jak dzieci, grzecznie założyliśmy okulary do projekcji 3D i obejrzeliśmy najnowszy film wytwórni Pixar "Up!", czyli "Do góry!". Efekt stereoskopowy przydał się w scenie, gdy domek starego pana Fredricksena stojący w środku miasta między wieżowcami nagle unosi się w niebo, a my z nim, doznając lekkiego zawrotu głowy.
Kiedy funkcjonariusze domu spokojnej starości przychodzą zabrać wdowca, emerytowanego sprzedawcę baloników, ten robi im kawał - ucieka, realizując fantazję z dziecięcego "albumu przygód" swojej zmarłej żony.
Z komina wystrzeliwują tysiące kolorowych baloników na sznurku i dom wzlatuje z chrzęstem, zrywając przytrzymujące go przewody elektryczne i kanalizacyjne. Żegnaj, ziemio! Niepotrzebny
GPS. Żagle zrobione z zasłon same sterują latającym domem na południe, w kierunku utraconego amazońskiego raju, którego zdjęcia pan Fredricksen podziwiał z żoną w kinie 60 lat temu.
"Up!" przerzuca subtelny pomost między bajką dla najmłodszych (tych, co jeszcze oglądają Gumisie) a wyrafinowaniem fantastyki - od "Czarodzieja z Oz", poprzez "W 80 dni dookoła świata" Verne'a, aż po opowieść Conan Doyle'a o ocalałym świecie prehistorycznym, znajdującym się gdzieś koło Wenezueli.
W tym filmie mieści się też mała historia kina - od Chaplina po western. Siwy pan Fredricksen przypomina Spencera Tracy, a jego uśmiechnięta łobuzersko żona, żyjąca we wspomnieniach, ma coś z Katharine Hepburn.
Jak w wierszu Tuwima o "Panu Maluśkiewiczu i wielorybie" następuje ciągłe pomylenie skali: malutkie zderza się z ogromnym, niesamowite zdarzenia sypią się jedne za drugimi, nie wywołując niczyjego zdziwienia, jak sytuacje wymyślane naprędce w zabawach dziadka z wnuczkiem - i podobnie jak w tych zabawach, dziadek w środku filmu jest troszkę znudzony.
A wszystko po to, żeby dać chwytający za serce morał: nasze przyziemne życie, od dzieciństwa do późnej starości, samo w sobie jest "duchową przygodą".
Po tym disnejowskim otwarciu Cannes, usłane balonikami, wygląda jak dziecinny kącik zabaw w McDonaldzie. Ale pierwsze filmy konkursowe każą się otrząsnąć i kierują się mocno ku ziemi. Chińsko-francuskie "Noce wiosennego szaleństwa" Lou Ye i znakomity brytyjski, wyprodukowany przez BBC "Fish Tank" ("Staw rybny") Andrei Arnold, utrzymany w duchu proletariackiego kina Kena Loacha, szokują realizmem.
Choć zarazem każdy z tych filmów jest rodzajem inicjacyjnej przypowieści o wyrywaniu się młodych ludzi z cywilizacyjnej pułapki.
Lou Ye był przed trzema laty bohaterem skandalu: za pokazanie w Cannes filmu "Letni pałac", nawiązującego do masakry na Tiananmen w 1989 r., został przez chińską cenzurę ukarany pięcioletnim zakazem robienia filmów. Nic sobie nie robiąc z tego zakazu, z pomocą francuskiego producenta zrealizował w Nankinie film mający światową dystrybucję, który Chińczycy obejrzą bez problemu na DVD.
Cenzura to przeżytek - napisał reżyser w liście do władz.
"Noce wiosennego szaleństwa" naruszają kolejne tabu - homoseksualizm. Choć właściwie stróże moralności nie powinni być oburzeni. Mimo nowofalowej formy i surowych, gruboziarnistych zdjęć z cyfrowej kamery podglądających kochanków we wszelkich możliwych układach, ta historia erotycznego czworokąta układa się w klasyczny melodramat o "złej miłości".
Rzecz dotyczy nie tyle samego homoseksualizmu, ile wymienności ról seksualnych we współczesnym świecie. Erotyzm ma tu charakter biologiczny, kojarzy się z "wiosennym przebudzeniem owadów". Młoda żona odkrywa, że jej mąż ma kochanka występującego jako drag queen. Na jej zlecenie obu mężczyzn śledzi młody człowiek, pośrednik, który w rezultacie zostaje zarówno kochankiem żony, jak i kochankiem owego drag queen. W obrazie tego płynnego cywilizacyjnego rojowiska - filmowanych dokumentalnie barów karaoke, klubów z tańcem erotycznym, sklepików, małych zakładów, których właściciele uciekają w popłochu przed państwową kontrolą - właściwie nie ma już Chin ludowych.
Ukazane migawkowo ogromne rzeźby w stylu soc wydają się reliktem jakiejś odległej, zapomnianej cywilizacji. To, co nadeszło, jest tytułowym "szaleństwem", rozedrganiem, amoralnym zamętem, w którym jedni zginą, a ci, co ocaleją - jak biseksualny drag queen - będą mieli szansę nabrać "buddyjskiego" dystansu.
W podobnym świecie dzieje się "Fish Tank" Andrei Arnold - w podmiejskim blokowisku otoczonym śmietniskami samochodów. Brakuje nam słów na nazwanie tego świata i tych, którzy go zamieszkują. Staroświeckie określenie "proletariat" kojarzy się z nędzą, z walką klas, ze społecznym uświadomieniem. Tu nie ma ani nędzy, ani świadomości. Z telewizora leje się rozrywka, dwunastolatki urządzają sobie party, ciągną piwo, palą papierosy i oglądają muzyczne programy. Miejscowy klub ogłasza eliminacje konkursu tańca. Nastoletnie dziewczynki ćwiczą na podwórkach. Tym, co je wyraża najgłębiej, jest hip-hop.
Patrzymy na ten świat nie z góry, ale od środka, oczami 15-letniej Mii, odważnej dziewczyny, która chodzi własnymi drogami. Kiedy mija ćwiczące danserki, rzuca w ich stronę przekleństwo. Tutaj nikt inaczej się do siebie nie odzywa. Nawet "kocham" brzmi tu jak "nienawidzę".
Jej matka ma kochanka, ochroniarza, który odwiedza ją po pracy. W oczach Mii jest on substytutem ojca, którego nie znała. Będzie też jej pierwszym mężczyzną. Ta inicjacja stanie się w jej życiu momentem przełomowym, przejrzeniem na oczy, uświadomieniem sobie iluzji, w jakiej żyła, oraz niewoli. Sekwencja, w której podejmuje rozpaczliwą próbę rozprawienia się z uwodzicielem oszustem, przykładnym ojcem rodziny przyjeżdżającym do bloków na romanse jak wędkarz do stawu rybnego, jej dramatyczna próba zemsty zakończona aktem miłosierdzia, ma w sobie siłę najlepszych filmów Kena Loacha ("Nazywam się Joe"). Dawno nie widziałem w kinie tak świetnego studium uzyskiwania świadomości, poczucia wartości własnego życia, które Mia, przedwcześnie dojrzała, próbuje wziąć we własne ręce. Nad osiedlem, które opuszcza, unosi się srebrny balonik w kształcie serca - dwuznaczny symbol iluzji i nadziei.
Dawno nie widziałem w kinie tak świetnego studium uzyskiwania świadomości, poczucia wartości własnego życia, które Mia, przedwcześnie dojrzała, próbuje wziąć we własne ręce. Nad osiedlem, które opuszcza, unosi się srebrny balonik w kształcie serca - dwuznaczny symbol iluzji i nadziei. Inaczej niż u Loacha, tu już nie chodzi o przemianę świata,tylko o ocalenie siebie.